sobota, 3 stycznia 2015

Tralalala, what the fu*k?

Metaliczny dźwięk suwaków plecaka uderzających o podłogę. Od kilku godzin jedna myśl - być już w domu. Od dwóch minut nowa, niemniej uporczywa - nie zostawać tu zbyt długo.

Mama pyta przez telefon, czy śnieg u mnie jest, czy stopniał, a ja zgodnie z prawdą odpowiadam, że w zasadzie, to nie mam pojęcia, bo szłam z dworca na takim autopilocie, że choćby z nieba spadali marsjanie - mogłabym przeoczyć.

Ten plecak sobie tam leży, a ja próbuję zazębić dwie rzeczywistości. Tę tutejszą: z szumem komputera, ciepłem kaloryfera, komfortową bliskością absolutnie wszystkiego, co niezbędne do życia. A nawet do wygody. Z rzeczywistością pustej i obcej, spowitej mrokiem doliny; kroków prawie nie przybliżających do odległego celu, za to beznadziejnie tonących w głębokim śniegu; koszmarnego, świdrującego i bezczelnie zajmującego myśli bólu pleców, zmęczonych tachaniem całego kilkudniowego wyposażenia. Rzeczywistość pełnego żołądka i perspektywy zaszycia się pod kołdrą w dowolnym momencie z rzeczywistością, w której oszczędza się herbatę, na wypadek, gdyby później było gorzej, a wokół, w promieniu kilku kilometrów nie ma nic poza białym zimnem. Obojętnym i nawet orzeźwiającym w czasie ruchu. Ale gdyby tak musieć się zatrzymać? Nie mieć już sił iść dalej?

Rzeczywistość względnego, umownego bezpieczeństwa z rzeczywistością dobrowolnego wystawiania się na zmienność, niepewność, izolację, a w tej zmienności, niepewności i izolacji na trud i wysiłek. Niezbędny, aby się z niej wydostać. Rzeczywistość poruszania się po swoistej równoważni.

Ciepło zalanej sztucznym światłem kuchni. Dwa dni wstecz była ciemnym, pustym pomieszczeniem, odrealnionym kształtem w wyobraźni. Może sporadycznie z kranu skapywała na stertę naczyń, pozostawionych w pośpiechu w zlewie przed wyjazdem, woda. Teraz pachnie naleśnikami, rozbrzmiewa jakimiś smętami z youtuba, co mi się akurat na bieżąco przypominają i moim zachrypniętym po brataniu się z zimą głosem. Wróciłam. Nierealna wydaje się w tej chwili z kolei biała przestrzeń długich dolin, ich ogłuszająca cisza, gotowa bezszelestnie pochłonąć zapuszczające się w nią zuchwałe istnienia. Tam też wrócę.

I się kurcze nie da. Ni cholery jakoś tego zazębić, zahaczyć, posklejać w jedną całość. Dwa odrębne kosmosy. I choć od tej ciepłej kuchni, do surowego świata gór mam całe setki kilometrów i, chcąc nie chcąc,  zawsze pomiędzy jednym z tych kosmosów, a drugim doświadczam buforu w postaci godzin jazdy, czasem "obozów pośrednich" w Krakowie, czasem ugrzęźnięcia na dworcu - mimo to, te przeskoki są trudne do ogarnięcia umysłem. Pewnie podobnie jest wysiąść z samolotu na pustyni, po tym, jak się do niego wsiadło gdzieś w mrozie i śniegach. No tu pogodę mamy z grubsza taką samą. Zmienia się krajobraz, ale mniejsza o to. Co najistotniejsze - na parę dni zupełnie odmienny staje się sposób funkcjonowania. Ograniczając się chwilami do przetrwania, co tu dużo gadać. I to jest właśnie chyba w tym wszystkim najbardziej spoko.

Bo ja generalnie nie jestem z tych, co to cieszą się z małych rzeczy, tryskają energią i uśmiechem i jeszcze zarażają innych. Pfff. No nie. Rzucam bluzgami na budzik, popołudniami zaszywam się w domu, spacery z psem ograniczam do niezbędnego minimum. Lubię swoją pracę, serio. No ale, nie biegnę do niej w podskokach. Bo nie. Bo ja nie biegnę do niczego w podskokach. Nie chodzi o to, że całymi dniami nic innego nie robię, tylko marudzę. To też nie. Z tym że w górach jakoś mi łatwiej. I o ekstatyczny zachwyt i o prostą radość z faktu, że żyję.

Nie rozumiem tego. Wytłumaczyć w związku z tym nawet nie próbuję. Zmarzłam, zmęczyłam się i trochę bałam. Teraz od mrozu schodzi mi skóra z nosa, a środkowe palce dłoni nieszczególnie przyjemnie mrowią. Plecy wciąż napierdzielają. Zaryzykuję stwierdzenie, że chwilowo mam wręcz dość, potrzebuję odpocząć, bo zniszczyłam się totalnie. Nie chciało mi się wychodzić z samochodu, ze schroniska, nie chciało mi się podchodzić, schodzić też nie. A dźwigać plecaka, to już zupełnie ani trochę. Lubię ruch, ale po mieście przecież dziesięć godzin nie łażę. Więcej jest zatem w tym aspektów, których nie lubię, niż które lubię. Tyle, że w jakiś pokrętny i dziwny sposób robienie czegoś, czego się nie lubi staje się w górach przyjemne. Można by powiedzieć, że ma to w sobie dużo z masochizmu. Gdy tymczasem to czysty masochizm ;).



Generalnie - nie ogarniam. Nie wiem, nie orientuję się, zarobiona jestem. I chyba tylko chciałam to napisać.

P.S. Plecak już nie leży na środku pokoju, tekst zaczęłam pisać wczoraj ;). A relacje oczywiście będą :).

7 komentarzy:

  1. Bardzo dobry wpis. Dosadnie szczery. Ubiera w słowa to, co czujesz na pewno nie tylko Ty.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam, czytam i... dotarło do mnie, co Ci najbardziej chcę powiedzieć. Zastanów się nad napisaniem książki. Serio. Bo bardzo dobrze się czyta Twoje opisy i porównania. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. https://www.youtube.com/watch?v=PSxihhBzCjk Tak mi się jakoś skojarzyło ;)

      - Will you think about it?
      - Yes I will.
      :D

      BTW uwielbiam ten film!

      Usuń
  3. Przeczytałam tą notkę rano- przed wychyleniem oka ze schroniska na padający śnieg. I towarzyszyła mi w tej dzisiejszej śniegowej sytuacji. Też nie lubie podchodzic i plecaka wielkiego nosić już w ogóle...ale nic nie robię tak w podskokach jak bieg do busika w Zakopanem, który wywozi na wypad w góry :) pozdrawiam więc serdecznie z zasypanych Tatr i mam nadzieję- do zobaczenia pewnego wieczoru w jednym ze schronisk!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeoczyłam jakoś ten komentarz. Do zobaczenia - oby oby :).

      Usuń
  4. Bo w górach otwiera sie niebo od góry. Wpadasz w nie jak w chmury, przelatujesz i musisz znów wrócić ;)

    OdpowiedzUsuń