wtorek, 30 czerwca 2015

MUST-SEE Tatr Zachodnich: Ornak - Błyszcz - Bystra.


A jednak miałam rację! Rozwiało się!

Oj tam, oj tam, że dopiero następnego dnia.

Wyspani, zasiedliśmy w ornaczańskiej stołówce, celem spożycia śniadanka i oczekiwania na Dorsza. Tu drobne wyjaśnienie. Dorsz jest kobietą o imieniu Dorota i nazwisku rozpoczynającym się głoską "sz". Prawda, że już wszystko jasne? Przez pierwszych parę godzin czaiłam się trochę i starałam się używać jednak imienia zwracając się do nowopoznanej towarzyszki, ale... zauważywszy, że nie ma ona nic przeciwko, skutecznie uległam pokusie włączenia do swojego słownika tej jedno-sylabowej ksywy.



Dorsz w momencie spotkania z nami miała już w nóżkach parę kilometrów przedreptanych w Dolinie Kościeliskiej. A dzisiejsza wycieczka miała być jej pierwszą tatrzańską :). Ale kto powiedział, że nie można zacząć ambitnie?


Ja nawet coś tam po cichu mówię, że ooo tam, gdzie widać, to tam właśnie wejdziemy, zahaczając o to, co wystaje po prawej (chodzi mi o Ornak, nie ujęty na zdjęciu), ale chyba Dorsz mi niezbyt wierzy. Lepiej dla niej ;).


No to plecaki tam, gdzie ich miejsce i wio! Plecaki, cóż, ważące po dobrych paręnaście, jak nie dwadzieścia(parę?) kilo każdy. Może i Zachodnie, może i wydreptane szerokie połogie trakty, ale jest w tym swoisty hardkor.


A jednak, choć upał i choć jest co dźwigać, na Iwaniacką Przełęcz docieramy dość popisowo wyprzedzając czas mapowy. Tam trochę jak na plaży, mnóstwo ludzisk leży pokotem łapiąc cień. Albo słońce, co kto woli. I my zatrzymujemy się na chwilkę, choć nie horyzontalizujemy się.




Ruszamy na Ornak. Teraz będzie widokowo, bo dotychczas, szliśmy tylko lasem. Dorsz stwierdza, że przydałby się suchar inauguracyjny i nawet przypomina sobie taki pasujący do kontekstu:

"Wchodzi Obcy na górę i mówi:
No. Stromo."



Na szlaku mamy osobliwe... "towarzystwo".


Nie wyjaśnię niestety, o co chodziło, bo sama pozostaję w gronie tych, co chcieliby wiedzieć. Ostatecznie łopata została porzucona na Ornaku, co zaowocowało możliwością uchwycenia w kadr dwóch łopat.

 Dla niewtajemniczonych - szczyty za Dorszem
to Starorobociański, a po prawej stronie Łopata

Tam gdzieś jest piwo!

Z tymi ludźmi choćby i w Zachodnie! :P

Czuję, że się dogadamy ;).

A tak ogólnie, to robi się ładnie. Byłam już kiedyś na Ornaku, ale w Tatrach "być" nie zawsze oznacza "widzieć". Zachodnie wybierałam niegdyś w mglistą i deszczową pogodę, zatem niewiele mam z nich widokowych wspomnień. Wróć. Niewiele miałam ich dotychczas, gdyż ta wycieczka sporo w tym temacie zmieniła.

 Na Ornaku. Przed nami Siwe Skały.
W oddali piramida Bystrej
 i ginący na jej tle wierzchołek Błyszcza.

Jest kuźwa pięknie. Sam grzbiet Ornaka rozlewa się przed nami malowniczo, widać już Siwe Skały, przez które będziemy iść. Po obydwu stronach wyrastają jak piramidy szczyty: po lewej - Bystrej, po prawej - Starorobociańskiego. W dole daje się wypatrzeć Staw Smreczyński, a z drugiej strony gdzieniegdzie dostrzegamy Polanę Chochołowską. W oddali Tatry Wysokie. A trochę bliżej nas i w przeciwnym kierunku - dalsza część Zachodnich. Ajajaj, dużo tego. Żal mi jedynie, że wiosna jeszcze taka wczesna (mamy czerwiec, ale góry rządzą się swoimi prawami), że to wszystko nie tętni tu zielenią, a zamiast tego ma kolor wydeptanego beżu. No ale trudno.



 Rohacze i Wołowiec. 
Muszę przyznać Borysowi rację, 
że z tej perspektywy wyglądają jak rogi wołu.

Siwe Skały.

Starorobociański.

Siwe Skały z bliska.

I Krywań się załapał...

Przejście przez Siwe Skały.

W kwestii orientacyjnej - nieszczególnie wiemy, gdzie idziemy. To, że napisałam powyżej, iż wyrasta nam przed oczami piramida Bystrej, to nie znaczy, że wtedy umiałam tę piramidę nazwać.

No bo skoro to jest Bystra, to gdzie się schował Błyszcz? A może to właśnie Błyszcz, a Bystra, choć wyższa, z tej perspektywy skutecznie ukrywa się gdzieś za nim?

Dorsz, tatrzańską neofitką będąc, nie zabiera w tej kwestii głosu. Ja wraz z Borysem natomiast wypowiadamy nasze myśli zbliżone brzmieniem do zapisanych dwie linijki wyżej pytań. Myślenie głośne nie przynosi jednak skutku choć trochę lepszego niż myślenie ciche. Nie wiemy nadal. Mapa uparcie twierdzi, że jest tam jedno i drugie. Ale JAK???

Z czasem, a raczej wraz ze zmniejszaniem dystansu pomiędzy nami, a zagadkowym szczytem, wszystko się wyjaśnia. Patrzyliśmy od początku i na Błyszcz i na Bystrą. Niższy wierzchołek Błyszcza zlewał nam się jednak z tej strony z całym masywem i optycznie po prostu znikał.

 Zejście z Siwych Skał, w dole Siwa Przełęcz,
przed nami Liliowy Karb, 
po lewej stronie Bystra i Błyszcz, którego wciąż nie możemy odróżnić od tła.

Jest gorrrąco.
I wcale nie mam na myśli tego, że Borys się rozebrał ;P.

Generalnie, z paru względów, mianowicie:

a) niemiłosiernego upału
b) wagi plecaków
c) litości dla Dorsza
d) i tylko troszeczkę: lenistwa

opierdzielamy się dziś popisowo, robiąc tego typu przystanki:



Zapłacimy za to srogo - dotrzemy do schronu po zamknięciu bufetu. Ale teraz, uprawiając leżenie bykiem, jeszcze o tym nie wiemy i beztrosko fantazjujemy o zimnym piwku. Ojjj, będzie bolało.

Po, czy też jeszcze przed dawaniem upustu swemu lenistwu, przemierzamy Siwe Skały, obniżamy się nieco na Siwą Przełęcz (wrócimy tu później, aby zejść z niej do Doliny Starorobociańskiej) i musimy się niestety znów trochę wdrapać, tym razem na Liliowy Karb.

 Znów Siwe Skały, tym razem z drugiej strony.



Zatrważające rozdeptanie tutejszych rejonów znowu daje o sobie znać. Zmierzamy na Liliowy Karb. Bokiem biegnie ścieżka, którą uznaję za skrót, prowadzę więc towarzyszy granią. Jest ładniej - widoki na obydwie strony, natomiast próżno tu rozglądać się za jakimkolwiek znakowaniem. Ruch mimo to odbywa się płynnie w obydwu kierunkach, a szerokość ścieżki świadczy o tym, że to żadna nowość. Hmmm.


W końcu widać, że Błyszcz i Bystra to dwa oddzielne szczyty.

Docieramy do przełęczy, a teraz będziemy trawersować grań w kierunku Błyszcza i Bystrej. Będzie niemal płasko, nie zmęczymy się więc zbytnio.


Z bliska staje się jasne, jak to z tym Błyszczem i Bystrą jest. Widać też wyraźnie szlaki prowadzące na obydwa te szczyty. Ten na Bystrą leży po stronie słowackiej, a tam jeszcze panuje kalendarzowa zima i w związku z tym trzeba chronić przyrodę (ktokolwiek doszuka się w tym sensu ma u mnie piwo), a więc jest zamknięte. Przynajmniej w teorii. Ów szlak to ten po prawej stronie, długi, prosty, trawersujący zbocze. Po lewej mamy zygzaczki wyprowadzające nieco bardziej stromo na Błyszcz.



A teraz odnotowanie kretynizmu, przy którym zakaz poruszania się po Słowackich szlakach do 15 czerwca z uwagi na ochronę przyrody trochę jakby maleje:

Otóż, żeby zdobyć nie tylko Błyszcz ale też Bystrą tego samego dnia legalnie należy:

a) przede wszystkim zaczekać do 16 czerwca i wyrobić się przed 1 listopada
b) najpierw wejść na Błyszcz, po czym zejść ponownie na Bystry Karb i dopiero wyruszyć na Bystrą

tudzież, zamieniając kolejność:

c) wejść na Bystrą, zejść z powrotem na Bystry Karb, wejść na Błyszcz.

Gdy tymczasem wierzchołki te dzieli fragment grani, który pokonuje się w jakieś 10-15 minut, przy czym tylko około połowa tego fragmentu NIE JEST SZLAKIEM.

WTF??? O co chodzi? Jak to? Dlaczego? Za co?

Z jakiego to powodu nie można puścić szlaku przez ten siedmiominutowy (oczywiście i tak wydeptany) odcinek grani, aby umożliwić legalne odwiedzenie obydwu wierzchołków jakoś tak bardziej logicznym sposobem niż ten, który jako jedynie słuszny proponuje mapa, a który niestety wymaga dwóch męczących podejść?

Za znalezienie sensu w powyższym stawiam już nie jedno, a dwa piwa.



Tymczasem idziemy sobie na ten Błyszcz. Jest dokładnie tak, jakby to powiedział Obcy: No, stromo. I jeszcze krucho odrobinkę. Wbijam na szczyt pierwsza, robię sesyjkę selfie, oczekuję na towarzyszy, po czym powierzam im swój plecak, pozwalam odzipnąć, a sama biegnę na Bystrą, bo mając tak blisko siebie najwyższy szczyt Tatr Zachodnich, nie odpuszczę mu na pewno.


 Bystra :)

 Bystra (i) Gosia :P

Tam wieńczę swą dzisiejszą górską drogę, od tej pory będzie tylko w dół. Lubię stać na szczycie. Lubię jeszcze trochę bardziej, gdy dokładnie wtedy nadlatuje szybowiec. A pilot, widząc, że robię mu zdjęcia, okrąża wierzchołek kilka razy.







Tatry Wysokie z Bystrej.

Błyszcz widziany z Bystrej.

Późno się robi, czas zmykać. W kilka minut powracam do Doroty i Borysa, dalej schodzimy już razem. Czas nas troszkę już goni, ale zmęczenie robi swoje. Na Bystrym Karbie znów popas. W międzyczasie słoneczko zaczyna chylić się powolutku ku Zachodowi, a świat nabiera pięknych barw.

 Towarzysze na Błyszczu.

 Zejście z Błyszcza.

 Znów na Bystrym Karbie.

Mówiłam już, że z takimi ludźmi mogę chodzić nawet w Zachodnie? ;)

Znów trawers przez grań, zejście z Liliowego Karbu już szlakiem, który uprzednio został przeze mnie niesłusznie posądzony o bycie skrótem. Zresztą tu też ścieżek taka mnogość, że i tak, pomimo najszczerszych chęci, tak do końca na szlaku pozostać nam się nie udaje i w okolice Siwej Przełęczy docieramy jedną z przypadkowych autostrad.






No to teraz tylko w dół do Starorobociańskiej i nią do Chochołowskiej. Taaaa... tylko... Najpierw to nas jeszcze solidnie dopraża i wyczekujemy źródełka. Przy źródełku odrobinkę marudzimy, że nie leci zeń piwo, a jedynie woda. A potem schodzimy. I schodzimy. I jeszcze schodzimy.





Wybuchamy entuzjazmem na widok traktu przebiegającego przez Dolinę Chochołowską. Entuzjazm momentalnie zamienia się w wiązkę bluzgów na widok czasu, jaki pozostał do schroniska, zapisanego na szlakowskazie. Robi się ciemno. Nie mamy już siły. Wszystko to jednak nic. Prawdziwym dramatem jest to, że nie załapiemy się na piwo.

Że, przepraszamy bardzo, ile???!!!

Do chochołowskiego schronu dobijamy ostatecznie jakoś przed 22-gą. Umieszczamy nasze zwłoki na ławkach, uprzednio zaopatrzywszy się w puszki coli z automatu, coby wypić cokolwiek zimnego i z bąbelkami. Smutny to balet.


Przypominam sobie o resztach pigwówki zakitranych w plecaku, które dopijamy ze świeżą, gorącą herbatką, co stawia nas nieco na nogi. Dużo bardziej stawia nas jednak na nogi fakt dosiądnięcia się do naszego stolika człowieka przekonanego o tym, że ma bardzo wiele do powiedzenia w każdym temacie okołogórskim, a wraz z nim wianuszka, nie wiedzieć czemu przekonanego o tym, że warto go słuchać. I jeszcze karmić kiwaniem głów i zadawaniem dodatkowych pytań. Przepraszam, ale gość tak pie*doli, że scyzoryk się w kieszeni nie tylko otwiera, ale w ogóle materializuje, a więc jakoś po tym, jak padają słowa, że na misia trzeba nosić gaz pieprzowy, ulatniamy się na górę. Tam mościmy sobie legowiska w korytarzu, resztami sił ogarniamy wieczorną higienę, poprzysięgamy, że do śniadania zamówimy piwo i udajemy się na zasłużone lulu.

A ludzie w górach dzielą się na dwie kategorie: masochiści i psychopaci. Tako rzecze Borys ;). 

16 komentarzy:

  1. Yyyy, bo ktoś te szlakowe regulacje wprowadził właśnie po 2 (albo 20) piwach? :D

    http://4.bp.blogspot.com/-MB5OYLwxFyU/VZJIQ9XG1lI/AAAAAAAAEzc/5aXGbXX2OLc/s1600/borys.jpg - PADŁAM :D

    Ten szlakowskaz w Chochołowskiej też mnie kiedyś dobił. :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Trauma, trauma, tak iść do wodopoju i nie doświadczyć piwnego paliwa. A co do słowackich regulacji szlakowych to zgadzam się z Madzią. Na trzeźwo tego nie ustalali.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nowo poznana pisze się rozdzielnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Trasa, która od dawna jest nabazgrana w moim zeszyciku planów haha. Może wrzesień. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a bo zawsze coś ciekawszego się zaplącze w głowie, znam to... ;)

      Usuń
  5. Cześć, przyjemna relacja i w ogóle wesoły blog. O której wystartowaliście? A raczej: ile Wam zajęła trasa od do schroniska, bo mam w planach, ale muszę jeszcze doliczyć dojście od busa do schroniska i ten sam odcinek z powrotem i nie jestem pewien, czy to w ogóle da radę...Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trasa jest długa. Wszystko zależy od kondycji. My od schronu do schronu szliśmy chyba ze 12 godzin, ale sporo odpoczywając.

      Usuń
    2. Byliśmy - 12h z hakiem od busa w Kościeliskiej do busa w Chochołowskiej, a byłoby ponad 13, ale końcówkę przejechaliśmy rowerami. Długa, ale przepiękna trasa, gorąco polecam wszystkim. P.S. Odcinek Błyszcz - Bystra chyba wszyscy pokonują granią. My zrobiliśmy to bez wyrzutów sumienia. Cześć!

      Usuń
  6. ja mam atlas tatr eko-grafu z 1996 roku i jest tam zaznaczony szlak między błyszczem i bystra (niebieski, 15 min)

    OdpowiedzUsuń
  7. Gosia, Ty też granią pokonałaś B -> B? Bo nie uwzględniałam Zachodnich w tegorocznych planach, ale jakoś mnie naszło... i brakuje mi oprócz Jarząbczego tych dwóch do kolekcji, wolę się upewnić, czy schodzić i wchodzić, czy trochę nagiąć zasady i skrócić drogę ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. U la la, jestem właśnie świeżo po trasie, ale bez Błyszcza. Muszę powiedzieć, że wygląda niepozornie, a jednak daje w kość ;) Mieliśmy taki oto zaszczyt, że po zejściu z Bystrej na drodze stanęła nam kozica z koziołkiem i nie pozwalała przejść. Stała akurat na tej wąziutkiej dróżce i ani ją obejść, ani obskoczyć. A jak tylko robiłam nieśmiało krok w przód natychmiast trzymała rogi w pogotowiu! Także spełniło się moje marzenie - pusty szczyt, a na dole ja oko w oko z kozicą ;) Dzięki za ten wpis!

    OdpowiedzUsuń
  9. Aha, oczywiście szlak z Bystrej na Błyszcz widziałam, że uczęszczany bez mrugnięcia okiem ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Piękne widoki! Pogoda - marzenie! Jak ja Wam zazdroszczę... Zwłaszcza zdjęcia z dwoma łopatami :D Świetnie się Ciebie czyta!

    Jedno jest pewne, zachęciłaś, w końcu i my zdobędziemy Bystrą: http://stopawstope.blogspot.com/2016/09/tatry-o-tym-jak-nie-weszlismy-na-bystra.html

    OdpowiedzUsuń