środa, 23 marca 2016

Jak zacząć się wspinać?

Nie żebym była ekspertem od wspinaczki i nie żebym do bycia nim uzurpowała. Nie żebym się w ogóle umiała wspinać jakoś lepiej niż podstawowo. I nawet nie żebym się nie mogła odkopać spod sterty maili zawierających tytułowe pytanie. Nie!
Po półtora roku dość regularnego odwiedzania panelu, jakimiś spektakularnymi osiągnięciami pochwalić się nie mogę, w głowie mam wciąż więcej pytań niż odpowiedzi, a jak już zdarza mi się odpowiadać na cudze, te w mailach, to ostatnio dotyczą one głównie przewidywanej pogody w kwietniu lub w maju (sic!).

Biorąc jednak pod uwagę ów przytoczony powyżej, dość podstawowy stopień mego wspinaczkowego zaawansowania, mianuję się specjalistką i ekspertką od "zaczynania". Zaczynam od półtora roku, deal with it.



To jedno. A drugie to to, że choć pytanie wprost: "jak zacząć się wspinać?" raczej w wiadomościach i komentarzach do mnie skierowanych pada rzadko, to przewija się przez nie dość regularnie coś innego, ale utrzymanego w mniej więcej tej samej problematyce:
"aleee ci fajnie, że masz się z kim wspinać..."
"zazdroszczę ci, że ma cię kto uczyć wspinaczki..."
"masz szczęście, że masz z kim jeździć w góry..."

Co ja de facto pojmuję jako: "Też chciałbym się zacząć wspinać, poznać ludzi, którzy się wspinają i mieć zaufane towarzystwo do górskich podbojów, ale ni cholery nie wiem, jak to osiągnąć".

Pojmuję to też trochę jako: "Gocha, no fajne rzeczy robisz w tych górach, ale spójrzmy prawdzie w oczy: jesteś tylko dziewczyną. Ciesz się więc i co dzień składaj dziękczynne modły, że ci się udało poderwać wspinającego się faceta". No ale mniejsza o to ;).


Z tym szczęściem, zazdrością i innym łapaniem boga za nogi rozliczę się na końcu tekstu. A tymczasem:

Jak zacząć się wspinać?


Nic nie rób. Siedź w domu, czytaj blogi i oglądaj filmiki na youtubie, od czasu do czasu napisz: "zazdrooooo..." pod którymś z nich. Ani się waż cokolwiek na temat wspinaczki przeczytać. Po prostu cierpliwie czekaj. Pewnego dnia stanie na Twojej drodze ktoś kto się wspina i wprowadzi Cię we wszelkie arkana tego zagadnienia. Poznasz go w aptece. A może w kolejce do kasy w spożywczym. Twoje życie nagle magicznie się odmieni, a marzenia zrealizują.


1. Idź na ściankę (na sekcję, albo... nie na sekcję)


Nie wyślę Cię od razu w skały czy góry, bo jeśli jesteś taką sierotą, jaką ja niegdyś byłam i nie masz nikogo, kto podzielałby Twój pęd do mierzenia się z pionem, a już tym bardziej nie masz nikogo w tym względzie kumatego, to sorry, ale najpierw musisz załapać jakieś podstawy, przejść wstępny instruktaż, a nikt Ci go nie udzieli pod skałką albo górską ścianą.

Co innego - na panelu. Pewnie nie każda sztuczna ścianka w Polsce zapewnia wstępny instruktaż, ale jakoś tak intuicyjnie zakładam, że w każdej większej miejscowości znajdziesz taką przynajmniej jedną. W każdej większej miejscowości znajdziesz też jakiegoś licencjonowanego instruktora, a oni nie śpią, tylko koszą kasę prowadząc sekcje wspinaczkowe.

A zatem - jeśli masz się z kim wspinać, ale i Ty i Twój potencjalny partner jesteście zieloni, możecie razem zapisać się na sekcję, a możecie też po prostu przychodzić wspólnie na ścianę, odbyć płatny instruktaż dla początkujących (prowadzi go operator ścianki, nie musi mieć uprawnień instruktora), no i powoli się rozwijać w tym kierunku.

Z doświadczenia wiem, że regularne i długotrwałe odwiedzanie panelu owocuje mnóstwem znajomości. Nie każda będzie miała potencjał partnerski, czy górski, ale i taka pewnie prędzej czy później się trafi.

Jeśli jesteś sam, zostaje Ci sekcja, bo niestety wspinaczka to sport, w którym potrzebujesz partnera. Albo...

No albo możesz po prostu zaglądać na ściankę sam, robić baldy (obiekty wspinaczkowe zwykle podzielone są na część do wspinania się z liną i na boulderownię - baldy to krótkie drogi, najczęściej trudniejsze technicznie, robione bez asekuracji, za to z grubym materacem w ramach podłoża), trawersy (wspinaczka "w bok"), rozglądać się za ludźmi, którzy chwilowo się nudzą i pytać ich, czy by Cię przypadkiem raz nie przyasekurowali...

Którąkolwiek opcję wybierzesz, istnieje duże prawdopodobieństwo, że po pewnym czasie poznasz sporo osób, pielęgnujących tę samą, co Ty zajawkę, ogarniesz, o co w tym wszystkim mniej więcej chodzi i będziesz mógł nawet uczyć się dalej sam. Ale jeśli nie jesteś jakiś wybitnie aspołeczny, to całkiem możliwe, że ktoś bardziej doświadczony dobrowolnie zechce Cię wkręcić w dalsze etapy wspinaczkowego rozwoju.

można i tak :)

2. Jeśli jednak bardziej na sekcję niż nie-na-sekcję, to...


...to spoko. Pod okiem instruktora nauczysz się zarówno asekuracji, jak i będziesz stopniowo podciągać technikę wspinania. Instruktor zapewni dla Ciebie rozwojowe ćwiczenia, wyznaczy przynajmniej jakiś zarys planu treningowego. Będziesz miał zawsze zapewnionego asekuranta (będzie nim instruktor, albo inna osoba z sekcji). Będziesz mógł zawsze o wszystko zapytać. Na sekcji też łatwiej nawiążesz bliższe kontakty z innymi wspinaczami na Twoim poziomie, niż po prostu przychodząc luźno na ściankę.


3. Wykorzystaj znajomości


Jeśli znasz kogoś, kto się wspina, możesz po prostu poprosić go o pomoc we własnym wystartowaniu z tym tematem. Jeśli krępujesz się prosić o coś takiego za darmo, to zaoferuj jakąś przysługę w zamian. Kasy raczej nie proponuj - jak chcesz płacić, to idź na sekcję do instruktora.

Środowisko wspinaczkowe jest raczej życzliwe. Życzliwie rozdaje pobłażliwe spojrzenia żółtodziobom ;), ale jeszcze życzliwiej serwuje rady. Normalne jest kibicowanie innym, hasła typu: "ciśnij!", podpowiedzi: "skręć się i wybij z prawej nogi" i to wcale nie tylko wobec dobrych znajomych, ale też czasem wobec osób, które zawędrowały na panel po raz pierwszy.

Tego typu prośba ma więc duże szanse spotkania się z brakiem odmowy, a nawet z życzliwą zgodą. Udzielenie komuś kilku podstawowych wskazówek nie zajmuje aż tak wiele czasu, żeby dla pasjonata było jakimś wielkim problemem. Jeśli więc Twój wspinający się znajomy nie słynie z bycia dupkiem, to spróbuj. Ja bym spróbowała.

A już w ogóle ekstra, jeśli masz znajomych, którzy chętnie zabiorą Cię w skały. Ależ oczywiście, że daj się zabrać!
Tylko nie pij wcześniej przez tydzień prawie bez przerwy piwa. Bo się figę nawspinasz.

Been there, done that...
fot. Wieczna Tułaczka


4. Zapisz się na kurs skałkowy

Jeśli czytasz mnie od czasu do czasu, to wiesz, że ja z kursami jestem trochę na bakier. Albowiem jedyny, jaki mam ukończony, to kurs prawa jazdy. Co jest dość znamienne, biorąc pod uwagę, że jeździć akurat nie umiem.

Nie jestem przeciwniczką kursów. Chętnie bym zrobiła ten, czy owy, ale jakoś zawsze muszę kupić a to kurtkę, a to plecak, a to coś ze sprzętu, a że rzeczy potrzebne w górach tanie nie są... to na nich się kończy moje szarżowanie oszczędnościami.

Inna sprawa jednak jest taka, że nie jestem też bynajmniej kursów gorliwą popleczniczką. Dlaczego?

Miewam czasem wrażenie, że kursy bywają nieco ideologizowane. Że popularną jest opinia, iż ktoś, kto kurs ukończył zawsze będzie lepiej wyedukowany od kogoś, kto o kurs się nie otarł. Otóż bzdura. I chrzanić fakt, że bzdura. Problem polega na tym, że ta bzdura może być złudna.

Powyższe przekonanie implikuje bowiem przekonanie inne: "jeśli ukończę kurs, to będę wiedział, jak bezpiecznie się wspinać".

Byłam raz świadkiem fragmentu przebiegu kursu. To były już ostatnie z jego dni, kursanci zatem wedle powyższego przekonania powinni już zmierzać do szczęśliwego podsumowywania swojej edukacji. Jeden z nich, nota bene bardzo miły i sympatyczny i niech mi wybaczy, jeśli to przeczyta, co zdarzyć się może, gdyż go niegdyś zdaje się zaprosiłam do polubienia fanpage'a... otóż jeden z nich znalazł się chyba w tych skałach i na tym kursie jakoś przypadkowo. Zdaje się, że to właśnie był jego pomysł na to "jak się zacząć wspinać". Coś tam niby po tych paru dniach kumał, coś tam potrafił, ale błędy popełniał wciąż dość kardynalne, no i ogólnie nie wzbudzał zaufania, co do swojej wspinaczkowej wiedzy. Dałabym się mu przyasekurować na wędkę i chyba tyle.

Kurs skończył? A i owszem, skończył. Wiedział, jak się bezpiecznie wspinać? Nie za bardzo.

I zdaje się, że też nie stał się dla niego ów kurs fundamentem pod dalszą wspinaczkową przygodę.
Puenta? Proszę bardzo:

Kurs tak, owszem, spoko, ALE... raczej nie na sam początek. To wprawdzie tylko moja opinia, ale nie zassana z kosmosu, tylko wysnuta z wielu obserwacji. Po prostu uważam, a uważam tak, dlatego, że to widzę, co następuje: osoba totalnie zielona dostanie na kursie taką pakę, przekraczającej na dany moment jej zdolności poznawcze wiedzy, że nie ma szans tego ogarnąć, zapamiętać, wdrożyć w swoją praktykę.

Kurs to jest piguła: dużo mega ważnych informacji i umiejętności podanych w stosunkowo krótkim czasie.

Dobrze jest wcześniej mieć zatem jakąś ogólną orientację i parę podstawowych umiejętności. Jeśli bowiem w ciągu paru dni kursu postawisz sobie za cel nauczenie się wszystkiego, począwszy od wiązania ósemki, poprzez asekurację dolną, a skończywszy na budowaniu stanowisk i wspinie na własnej, to prawdopodobnie wrócisz do domu, nie umiejąc nic. No chyba, że masz mózg stworzony do tak skondensowanej i zmasowanej nauki.

Większość ludzi nie ma. Większość z początku generalnie nie ogarnia. Większość ludzi potrzebuje kilkunastu albo kilkudziesięciu prób nim opanuje wiązanie ósemki. I drugie tyle, nim nabierze pewności, kiedy ósemka jest zawiązana prawidłowo. Większość potrzebuje dobrych paru godzin praktyki, zanim zacznie automatycznie wybierać linę. A co dopiero mówić o jej podawaniu. Większość osób potrzebuje takiej praktyki wielokrotnie, rozrzuconej w czasie. Na tym właśnie polega nauka - na powtarzaniu. Większość po tygodniu wraca do punktu wyjścia. A głupio by było w tydzień po kursie, za który wybuliłeś kilka stów, wrócić do punktu wyjścia, co?
Ups..

Lepiej niech kurs będzie pogłębieniem i doprecyzowaniem dotychczasowej wiedzy...

A zatem: kurs... tak jest jakąś odpowiedzią na pytanie o to, jak zacząć się wspinać. Ale tylko pod warunkiem, że masz zdolność przyswajania ogromnych pokładów wiedzy, których dotychczas nawet nie liznąłeś. W przeciwnym wypadku, zostaw sobie kurs na później.

I jeszcze jedno: kurs nie gwarantuje tego, że nauczysz się bezpiecznie wspinać.



5. Czytaj



Wspinaczka to sport, aktywność fizyczna, owszem. Na pewno nie obędzie się bez samodzielnego podejmowania prób, przyda się też podpatrywanie innych, jak też nieocenione będą ich rady. Jednak dobrze jest mieć świadomość, że wszelka wiedza związana z uprawianiem tego sportu nie jest bynajmniej wiedzą tajemną. Że - jasne - nic nie zastąpi praktyki, ale też bardzo bardzo wiele możesz się o nim dowiedzieć... po prostu z książek.

Jest pewnie wiele publikacji poświęconych tematowi wspinaczki, ale trzy, które sama powoli zgłębiam i które chyba już mogę polecić, to:

-  "W skale" W. Sonelski
-  "Trening wspinaczkowy" E.J. Horst
-  "Góry. Wolność i przygoda" D. Graydon, K. Hanson

A najlepsze efekty osiągniesz zapewne łącząc i mieszając ze sobą wszystkie wyżej wymienione punkty. Czyli: sięgniesz po literaturę, ale i zaczniesz trenować, poszukasz wspinaczkowych znajomości, a w odpowiednim momencie zapiszesz się na kurs.


.............................................................................



To teraz wrócę do prologu i do czasem odczytywanych pomiędzy wierszami komunikatów:
"aleee ci fajnie, że masz się z kim wspinać..."
"zazdroszczę ci, że ma cię kto uczyć wspinaczki..."
"masz szczęście, że masz z kim jeździć w góry..."


Serio?


Opowiem Ci, jak to było ze mną, moim wspinaniem i jeżdżeniem w góry naprawdę. Przed ponad rokiem splot różnych życiowych okoliczności i moich decyzji sprawił, że... zostałam sama w ponad dwustutysięcznym, nie-moim i w sumie dość obcym mieście. I jak mówię "sama", mam na myśli: "sama". No dobrze - z psem. Poza psem nic, tylko czarna dziura: praca, w której pełniłam wówczas dość odosobnioną funkcję i bywało, że przez cały dzień nie zamieniłam zdania z nikim dorosłym, puste mieszkanie i masa drobnych, codziennych problemów do załatwienia. W mieście, w którym wprawdzie mieszkałam od paru lat, ale w którym wciąż się gubiłam i którego nie uważałam za swoje. Zaczyna to brzmieć jak narzekanie, a nie do tego zmierzam. Klaruję tylko swoją ówczesną sytuację - którą sama poniekąd wybrałam.

Czy miałam się z kim wspinać?
Pomyślmy. Nie miałam się do kogo odezwać, nie miałam się z kim umówić na kawę czy wódkę, do kina chadzałam sama. Nie, z całą pewnością nie miałam się z kim wspinać.

Czy miał mnie kto uczyć wspinaczki?
Hehe. Nie. Tym bardziej nie.

Czy miałam z kim jeździć w góry?
Nie miałam z kim jeździć gdziekolwiek. Nie miałam z kim robić czegokolwiek. Utrzymywałam kontakty nawiązane kiedyś przez internet i nawiązywałam nowe. Nie zawsze rodziły się z tego zgrane górskie teamy, czasem zgrzytało, ale nie raz i nie dwa zawiązały się jakieś dłuższe górskie znajomości. Przynajmniej nie siedziałam w domu. Próbowałam.


Gdzie w tym szczęście? Gdzie w tym coś, czego warto zazdrościć?


Nie przyszła do mnie Chrzestna Wróżka, nie śmajtnęła różdżką i nie odmieniła w magiczny sposób mej smętnej egzystencji. To ja ją odmieniłam. Nie zajęło mi długo dochodzenie do wniosku, że ludzie raczej nie przyjdą do mnie, nie wjadą windą na siódme piętro i nie wyciągną z mojej samotni do świata żywych. Jedyne, co mi zatem pozostało to: wyjść do ludzi. Zaczęłam od tych najbardziej do mnie podobnych - poszłam na ściankę.

Bez wielkich oczekiwań, bez wymalowanej na czole błagalnej prośby: "wspinaj się ze mną", z początku to w ogóle z wylewającą się przez uszy beznadzieją i zniechęceniem. Ciąg dalszy mniej więcej znacie z bloga.

Ale na pewno niezupełnie. Jesienią na pewien czas, z powodów zdrowotnych, opuściła ściankę moja dotychczasowa partnerka od liny (poznana na sekcji). Przewertowałam znów listę znajomych w głowie, przewertowałam postacie przewijające się przez panel. Nikogo. Nikogo kurde, kto by potrzebował mnie jako partnerki. Sama się dużo nie nawspinam, Bartkowi wiecznie głowy zawracać nie będę, no klops. Myśllll Gośka, myśllllllllll!!!
Miewam na blogu aktywniejszych niż inni czytelników, czasem nawet jakoś się przypadkiem zgadamy w toku wymiany komentarzy, że mieszkamy w jednym mieście. Nie idziemy od razu z tej okazji na wspólne piwo, bo może to jakoś trochę dziwnie, ale tu nie chodziło o piwo. Odkopałam któryś z komentarzy od dziewczyny z Radomia, zebrałam się w sobie, wysłałam wiadomość: "może chciałabyś zacząć się wspinać...?"
No. Także tego. Z Pauliną trenuję na panelu już prawie od pół roku :))).

Obrazek dość uniwersalny. "Happiness" sobie możesz
zamienić na "climbing" i wyjdzie mniej więcej to,
o co mi chodzi :)

A zatem, jeśli chcesz zacząć się wspinać, mam dla Ciebie genialną radę:

Zacznij się wspinać! ;)


11 komentarzy:

  1. Fantastyczny i uniwersalny tekst ;) Jesli chcesz coś robić - zacznij to robić ;) / dzierzba

    OdpowiedzUsuń
  2. W zasadzie końcowa puenta robi robotę za cały tekst. A jeszcze bardziej generalizując można by powiedzieć: "jeśli chcesz zacząć coś robić - to zacznij to robić!" ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. "The best way to predict the future is to create it". Nie zazdroszczę, gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  4. " the best way to predict the future is to create it". Nie zazdroszczę, gratuluję :)/ Zardzewiała Blondynka

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej, czy jak poszlas sama na ściankę to od razu na sekcję czy po prostu poprosiłas jakiegoś instruktora żeby cię poasekurowal?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na sekcję. Ale teraz już nie należę do sekcji.

      Usuń
  6. Można też inaczej. Jak mnie żona "znalazła" byłem typową foką... yyy lwem morskim ;) Sprzyjało, bo z Chełmna do Gdańska śmignie się w godzinkę. Za to do Zakopca fiu fiu... jest co jechać. Mimo to spędzamy tam każde dłuższe wolne. Kiedyś pani w szkole nauczyła, że są Tatry, Rysy i Morskie Oko. Nazwa Kalatówki kojarzyła mi się z tymi ciastkami, co to je ś.p. Jan Paweł II zajadał. Teraz może nie jesteśmy jakimiś super wyjadaczami, ale oblatane mamy dość sporo. Więc tak z życia radzę, nie szukać swoich kompanów tylko w gronie już 'zarażonych', ale może spróbować kogoś zarazić, tak jak żona mnie, za co zresztą miedzy innymi ją kocham :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Gosiu, a czy mogłabyś mi coś podpowiedzieć na temat Via ferraty. jak zacząć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wiesz, że kierujesz pytanie do osoby, która nigdy w życiu nie dotknęła żadnej via ferraty? :)

      Usuń
  8. Otóż to. Przekopałem Twojego bloga, jest o wszystkim - o zawartości plecaka, o ubezpieczeniach, o piciu wody ze stawy. Ale nie ma O FERRATACH. A w Tatrach jest przecież ferrata.
    Mam nadzieję, że nie uznasz tego za natręctwo, gdy wrzucę link do swojego postu: http://filgorblog.blogspot.com/2016/10/egzystencjalizm-i-om-jedyna-prawdziwa_55.html
    (pewnie po kilku aktualizacjach link się zdezaktualizuje, więc dorzucam tytuł: Egzystencjalizm i Łom, jedyna prawdziwa ferrata w Tatrach).
    Enjoy :)
    Zdajesz sobie sprawę, że to Ty i Kasia zainspirowałyście mnie do założenia bloga? Wcześniej nawet przez myśl mi to nie przeszło.

    OdpowiedzUsuń
  9. Cześć Gosia. Z ciekawością przeczytałam ten wpis i generalnie zgadzam się ze wszystkim co napisałaś, poza jednym - że kurs wspinaczkowy nie jest dla początkujących. Zakładam, że osoba początkująca to ktoś kto ma do czynienia z górami i pójście na kurs nie jest dla niej tak abstrakcyjnym pomysłem jak np. dla mnie ukończenie kursu na operatora wózka widłowego, skoro jazda wózkiem mnie nie interesuje i nie jest do niczego potrzebna ;-) Zakładam też, że pomysł na kurs rodzi się w głowie z potrzeby rozwoju, spróbowania swoich sił w nowej dziedzinie, być może z ciekawości, ale ogólnie jest to dość świadome działanie więc pojawia się motywacja, by go ukończyć i się przyłożyć. Na swoim przykładzie opiszę krótko, jak to u mnie wyglądało (a przy okazji zaprzeczę nieco temu co napisałam zdanie wcześniej ;) ). Na kurs skałkowy namówił mnie kolega, wówczas sam świeżo upieczony kursant. Mnie wtedy wspinanie w ogóle nie interesowało i byłam stałą czytelniczką raczej "n.p.m." niż "Gór". Interesowały mnie szlajaczki po Bieszczadach, troszeczkę Tatry... Ale ten skubaniec tak mi zachwalał wspinanie w skałkach, jaką to świetną przygodę przeżył, tak truł tyłek, że w końcu skapitulowałam. Żeby było ciekawiej, namówił mnie na pełny kurs skałkowy, czyli z nauką wspinania na własnej asekuracji, a ja będąc zielona w temacie nawet nie wiedziałam, że rodzajów kursów jest wiele i na próbę mogłam sobie wybrać np. krótszy i łatwiejszy kurs wspinania po drogach ubezpieczonych. I co? I nie żałuję :-) Dla mnie to była jedna z najlepszych decyzji, jakie mogłam podjąć. Oczywiście, że już tydzień przed rozpoczęciem kursu panikowałam czy sobie poradzę, czy ogarnę te wszystkie węzły i operacje sprzętowe, czy nadążę za instruktorem, czy może okażę się najgłupsza w grupie i będzie mi trzeba wszystko po 3 razy tłumaczyć. Obawy te byłe uzasadnione, bo ze wspinaniem wcześniej miałam niewiele wspólnego (2 razy w życiu na sztucznej ściance) a program kursu był rzeczywiście obszerny. Na szczęście trafiłam na dobrego instruktora, który przez swój spokój i życzliwe podejście do ludzi sprawił, że mogłam skupić się na nauce, na wspinaniu, a w razie wątpliwości pytać o wszystko dowolną ilość razy, bez poczucia obciachu, przez co łatwiej było mi sobie całą tę wiedzę poukładać w głowie. Owszem, jest to wysiłek dla naszych szarych komórek jak i spory wysiłek fizyczny. Nie chcę pisać, że kurs to najlepsza droga lub że bez niego nie da się wspinać, lub nie da się wspinać bezpiecznie i dobrze, bo to nieprawda. Ale uważam, że jest to jedno z lepszych rozwiązań dla kogoś, kto nie ma znajomości w tzw środowisku, ani możliwości chodzenia na ściankę w swojej miejscowości, ani kogoś, kto mógłby go wprowadzić w tajniki wspinania. Każdy oczywiście decyzję podejmie sam, ze swojej strony dodam jeszcze tylko, że decydując się na kurs warto zasięgnąć języka nawet nie tyle o szkole, co o konkretnych instruktorach, bo ostatecznie to w dużej mierze od nich zależy czy połkniemy bakcyla, czy pozostaniemy z uczuciem niesmaku i wyrzuconych w błoto pieniędzy. Kończąc ten przydługi wywód, pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń