poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą na Hruby Wierch o 5 rano (Furkot, Hruby, Wielkie Solisko vel. artakcje Doliny Młynickiej cz. 3)


Gdy przed czwartą zadzwonił budzik, bynajmniej nie miałam ochoty wygrzebywać się z legowiska. Ale jednocześnie wiedziałam, że już nie zasnę. Zerknęłam w niebo. Było czyste. Jak tu spać?

Ogarniając się z grubsza, próbowałam dobudzić Bartka. Nawet wyszedł ze śpiwora, ale jakiś taki nieprzytomny. Nie było co myśleć, dzień już wstawał, jeśli chciałam załapać się na resztki świtu, to powinnam ruszać czym prędzej.

No. To ruszyłam.
Moje cele zaznaczone na złoto...
Prawdę mówiąc, było już wtedy prawie zupełnie jasno, nie wiedziałam więc do końca, co mnie tak pchało do przodu i do góry. Z początku jeszcze niby ścigałam się ze wschodem. Potem już... ze sobą chyba.
Bystre Turniczki, Bystre Czuby, no i Bystra Ławka,
a wszystko to o bystrym świcie ;)
Przeskoczyłam najszybciej jak mogłam kamieniste pole, oddzielające naszą kolebę od szlaku, a szlakiem to już zasuwałam jak zła. Najpierw na próg Capiego Kotła. Tam podgoniłam prawie biegiem, bo całkiem płasko. Dalej znów pod górę, szlakiem na Bystrą Ławkę. Słońce zasadniczo drugi raz dziś nie wzejdzie, ale ja w międzyczasie umyśliłam sobie, że w godzinę będę na Furkocie. Nie miałam pojęcia, gdzie odchodzi ścieżka nań, wbiłam się więc w pierwsze coś, co na ścieżkę poniekąd wyglądało. Gdzie mogłam, łapałam rękami, nie tyle dla utrzymania równowagi, co żeby było szybciej. Zębami bym gryzła kamienie, gdyby to mogło polepszyć moje tempo.

Nie bardzo wiem, jak to wytłumaczyć. Ale i nie czuję takiej potrzeby.

Dolina Furkotna widziana z Furkotu
Dobiłam na Furkot w odrobinkę ponad godzinę. Była 6-ta, wokół nikogo. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten dzień nie zamierza być pogodny zbyt długo, że ci, co tu przyjdą choćby dwie godziny po mnie, nie będą się cieszyć nie tylko resztkami wschodu słońca, ale i w ogóle żadnym widokiem.

Ten poranek był mój. Może gdzieś jeszcze, na którymś ze szczytów ktoś witał dzień razem ze mną, ale na tych najbliższych nie dostrzegłam nikogo. Byłam sama. I było mi z tym niewypowiedzianie dobrze.

Wielkie Solisko - widok z Furkotu
Dalej już się nie spieszyłam. Na Furkocie spędziłam dobrych kilkadziesiąt minut, po prostu siedząc, patrząc, czując. Potem spokojnie ruszyłam na grań, myśląc intensywnie nad każdym kolejnym krokiem. I tak minęło kolejnych kilkadziesiąt minut, bo szłam naprawdę powoli, co chwila przystając i po prostu ciesząc się drogą i tym, że tak ładnie jest wokół.

Hruby Wierch widziany z Furkotu


Pod koniec jednak coś się wydarzyło. Przed Krywań napłynął niewielki obłoczek, a gdy skierowałam w tamtą stronę aparat, zorientowałam się, że na obłoczku maluje się coś jakby kawałek tęczy. Parę następnych kroków zajęło mi skojarzenie, że to niekoniecznie tęcza, a raczej fragment glorii tworzącej się przy zjawisku Widma Brockenu.


Cały spokojny nastrój chwili świstak strzelił. Znów przyspieszyłam, choć zachowując wszelką ostrożność, a więc przyspieszyłam nieznacznie. Prosząc w myślach maleńką chmurkę, by łaskawie poczekała dokładnie tam, gdzie jest i pozwoliła mi się całej na niej odbić i w tym odbiciu uwiecznić. Nim jednak wdrapałam się na kulminacyjny punkt Hrubego Wierchu, obłoczka już nie było.

Od tej pory już nie tylko siedziałam, patrzyłam i czułam, ale i POLOWAŁAM NA WIDMO. I należy to rozumieć na tyle dosłownie, na ile dosłownie da się polować na Widmo Brockenu. Nade wszystko, wypatrywałam wokół mniejszych lub większych, tworzących się dosyć nagle i jakby zupełnie z niczego białych strzępków. I, gdy tylko zbliżały się ku mnie i sprawiały wrażenie, iż za moment się przeze mnie przewalą i znajdą się, wraz ze mną i słońcem w odpowiedniej konstelacji (bo tworzyły się na wschód ode mnie, a żebym zobaczyła widmo, musiały przepłynąć na zachodnią stronę, tak, abym znalazła się pomiędzy słońcem a nimi), ja stawałam wyprostowana, zwarta i gotowa do zajęcia odpowiedniego miejsca na grani lub szczycie. A i nie jeden raz się profilaktycznie przemieszczałam po okolicy, usilnie próbując stanąć pomiędzy słońcem a obłokiem.
Obłok nad granią wschodnią
Trwało to znów dość długo i wyglądało pewnie zabawnie, jakkolwiek jestem praktycznie pewna, że nikt mnie nie widział. W międzyczasie, gdy akurat żadne skupisko pary wodnej nie przesuwało się ku mnie, napatrzyłam się na wszystko, na co tylko Hruby pozwala się napatrzeć.
Widok na Wołoszyny i Miedziane
"Nasza" Dolina Pięciu Stawów, Grań od Świnicy po Kozi Wierch,
a na pierwszym planie Liptowskie Mury
I w szerszym ujęciu: caluteńka Orla Perć plus bonusy
Stamtąd przyszłam - Furkot
Dolina Kobyla, Przełęcz Zawory, widać też Gładką Przełęcz,
Gładki Wierch, Walentkowy Wierch, oczywiście Świnicę...
a w oddali po lewej stronie Kasprowy
Dolina Młynicka
Po wschodniej stronie wciąż trochę razi...



I wtedy, gdy już po raz dziesiąty łapałam w kadr te same fragmenty krajobrazu, obłoczki przestały występować pojedynczo. Zakłębiło się nagle od bieli, która miała i mnie zaraz pochłonąć. Przystanęłam na grani wschodniej odbijającej od Hrubego i... w chwilę potem zupełnie wyraźnie zobaczyłam swoje widmo na ścianie Muru.


A potem znikło i widmo i pół świata, który przed momentem się tak pięknie stąd prezentował. Coraz to nowe chmurki podrywały się z dolin i zamykały nade mną nieboskłon. Już nie miały niewinnego białego koloru, zrobiły się szare. Pomyślałam sobie o kondensacji i o tym, że poznałam to pojęcie czytając o burzach. Jest 9-ta rano, za wcześnie na kondensacyjną burzę. Ale czy oby na pewno burza o tym wie?
Dolina Niewcyrka i proces tworzenia się chmurki
Postanowiłam w każdym razie przejść grań, której nie chciałabym pokonywać w ewentualnym nagłym deszczu i dalej zastanowić się nad swoją sytuacją na Furkocie. Siedząc znów na jego wierzchołku, byłam już spokojniejsza, a i chmurki jakby jaśniejsze. Nie było już jednak za bardzo czego podziwiać, ruszyłam więc w dół, tam gdzieś, gdzie zostawiłam szlak.




Dolina Młynicka, a nad nią Szatan i Grań Baszt

Wyszłam zupełnie gdzieś indziej, niż przed trzema godzinami weszłam. Okazało się, że przy odbiciu tej właściwszej ścieżki na Furkot, na wielkim głazie, widnieje wielki napis, żółty w dodatku, głoszący jedno krótkie słowo "stop". Czyż można prosić o lepszy drogowskaz?


Tam sobie usiadłam, już zupełnie uspokojona, bo to, co kłębiło się powyżej wyglądało tak samo, jak to, co kłębiło się wczoraj nad Szatanem, a przedwczoraj nad Szczyrbskim. To nie burza.

Jak już się nasiedziałam i odbyłam krótkie pogawędki z dwiema grupkami też zbaczającymi ze szlaku, wstałam i poszłam na Bystrą Ławkę. Wciąż pustą. Przeszłam do Doliny Furkotnej, wypatrując żlebu, którym się wychodzi na Wielkie Solisko. Coś tam nawet wypatrzyłam, ale że nie miałam parcia na kolejne samotne przygody, postanowiłam pomału wracać.
Wyżni Wielki Furkotny Staw
No, tylko że wtedy właśnie zadzwonił telefon i umówiłam się z Bartkiem w okolicach Bystrej Ławki, aby, już razem, iść na Solisko właśnie. Przeszłam więc znów na stronę Doliny Młynickiej, głównie dlatego, że tam było jednak słoneczniej, a więc i cieplej, i ułożyłam się wygodnie na kamieniach. Nie należałam się jednak długo, bo i Bartek podkręcił tempo. Razem przeszliśmy przełęcz i zeszliśmy do Doliny Furkotnej, rozglądając się za ścieżką, która by nas poprowadziła żlebem aż na Wielkie Solisko.

Obstawiam żleb odróżniający się na jasno...
Niebo się tymczasem zabetonowało już dość ostatecznie, nie widzieliśmy więc szczytu, na który chcieliśmy wejść. Ja wciąż miałam przed oczami żleb, który spod Bystrej Ławki uznałam za właściwy. Już prawie przeszliśmy zupełnie obok tego żlebu, nie znalazłszy żadnego kopczyka, w końcu spróbowaliśmy więc podejść nim do góry.


Ścieżka nie była wprawdzie zbyt wyraźna... właściwie to słuszniej by było uznać fakt nie istnienia tam żadnej ścieżki. No tyle że a to gdzieś trawa tak charakterystycznie udeptana, a to kamyki jakby sensownie rozsypane. Ba, nawet cały jeden kopczyk. Dziwnie się szło tą drogą, zmieniając odwieczne, jakby się chwilami mogło wydawać, ułożenie tamtejszych kamieni.



Jeśli w ostatnich dniach mogło mi się zdarzyć narzekać na zbytnią oczywistość niektórych offroadów, tutaj powodów do takich narzekań zdecydowanie nie miałam. Tak czy inaczej, po żmudnym przejściu dość sypkiego i chwilami sprawiającego wrażenie dziewiczego żlebu wyleźliśmy na... coś. Coś, co było jakimś szczytem, zdecydowanie jednak nie tym, który mieliśmy w planach.

Na Wielkim Solisku leży spora, charakterystyczna skała, nazywana grzybkiem. Tu niczego takiego nie uświadczyliśmy. W dodatku przez mgłę, wyłonił się na chwilę, jak zła mara, jakiś szczyt ewidentnie wyższy od tego, na którym staliśmy. A Wielkie Solisko jest najwyższym punktem grani.


Poszliśmy więc w stronę mglistego majaka. Popod granią, jakimś wyraźnym traktem. Po drodze jeszcze jeden szczycik lub turniczka. Wreszcie, zdecydowane podejście na jakiś widocznie grubszy wierzchołek. Robi się lekko trudno i już sobie myślę, że jeśli to znów nie ten, to chyba trzeba złazić minionym właśnie żlebem, w którym akurat dało się dostrzec ścieżkę. Gdy jednak osiągam kopułę szczytową, Bartek siedzi już na grzybku. Uff.


Kicam i ja na ową skałkę, która nie pozwala już mieć wątpliwości co do tego, iż dotarliśmy na właściwe miejsce. I tak sobie siedzimy, ja nawet trochę leżę. Z drugiej strony grzybka odsłania się niezła lufa, ale, poza przepaścią nic nie widać, złazimy więc ze skałki, a potem i ze szczytu, a w dół kierujemy się już właściwym żlebem. Ten jest nieco przyjaźniejszy od poprzedniego, ale i tak kruchy, na szlak docieram więc z boleśnie obtłuczoną kostką.


I ze świadomością, że gdybyśmy posiedzieli trochę dłużej, to załapalibyśmy się na jakiś pejzaż, bo teraz akurat widać szczyt z dołu. To i pewnie ze szczytu coś widać. No, trudno.

Widoczne obydwa żleby: ten, którym podchodziliśmy - po lewej stronie, jaśniejszy,
i ten użyty do zejścia - prawie na wprost
Wracamy, zatłoczonym teraz już gęsto szlakiem znów do Doliny Młynickiej i do naszej w niej koliby. Ja ledwo powłóczę nogami, chyba mają chwilowo dosyć codziennych szczytowych włóczęg. Żołądek ma zaś dosyć jedzenia z proszku przeplatanego słodyczami. Te drugie zresztą się kończą, zmuszona więc jestem znów zapchać się kus kusem z jakąś przesoloną zupką. Z racji tego, że główne wojaże odbyliśmy dziś przed południem, mamy jeszcze mnóstwo dnia do dyspozycji. Gramy więc, tak jak wczoraj, w karty, ganiamy się i wylegujemy na dachu naszej koliby. Stamtąd Bartek dostrzega nieopodal nas jakiś przedmiot, zaciekawieni więc schodzimy i zbliżamy się do niego. Zgodnie z przewidywaniami, jest to jakaś część śmigłowca, który roztrzaskał się pod progiem Capiego Kotła w latach 70-tych.
Aparat już mi zdechł, zdjęcie z telefonu
Z tym helikopterem, to w ogóle ciekawa historia, bo drobna część jego szczątków wciąż leży w miejscu katastrofy. Co dość szokuje, gdy się człowiek na to nagle napotyka, a przynajmniej mnie zszokowało, gdy cztery lata wstecz odwiedziłam Dolinę Młynicką po raz pierwszy. Na wielkim głazie przy szlaku, tablica upamiętnia nazwiska zmarłych ratowników i pilotów, pod nią obecnie leży przytachany przez kogoś kawałek żelastwa, a dalej spoczywa tego cała stertka, co teraz jeszcze łatwiej zauważyć niż cztery lata temu, bo kilkunastometrowa droga do tej stertki jest bogato wykopczykowana. Ale co tutaj, kilkaset metrów od tamtego miejsca, robi ta ciężka i pordzewiała część konstrukcji rozbitej maszyny? Doleciała aż tu, niesiona siłą eksplozji? Spoglądam na największy z głazów przy turystycznej ścieżce, ten, który upamiętnia wypadek. To jednak bardzo daleko. Ktoś to tutaj przyniósł? Ale po co? Po co ktoś miałby dźwigać ważący dobrych kilka kilo złom przez te wielkie niewygodne kamulce?



"Życie w kolebie" okiem kamerki Bartka:


Bartek wrócił do koliby, a ja usiadłam przy znalezisku, ale nie dlatego, żeby dalej je badać. Gdy odwróciłam się, by też wracać, urzekł mnie widok na nasze kamienne schronienie i staw za nim. No i - znów byłam sama. Robiło się wieczornie, a mgły schodziły ku dolinom, tam, gdzie rankiem formowały się gwałtownie i skąd pełzały ku mnie, gdy stałam na Hrubym Wierchu. Znów, tak jak rano, po prostu siedziałam, patrzyłam i czułam, a przeze mnie, wraz z mgłą, przelewały się najpiękniejsze myśli i wrażenia.

Kamienna kraina, za dnia rozbrzmiewająca turystycznym gwarem, teraz opustoszała i wróciła do swej dzikości. A w niej ja, tylko trochę nienaturalna i niepasująca część tego dzikiego, odwiecznego świata. Ktoś kiedyś pewnie spał w tej samej kolibie, którą i my upatrzyliśmy za swoje miejsce noclegowe. Kto? Kiedy? W tym roku? Czy dwadzieścia lat temu? Kim był, jakie szczyty obierał za cele, co czuł, będąc tutaj? Zjedzona przez rdzę część silnika leży w tych okolicach już czterdzieści lat i długo jeszcze będzie leżeć. Głazy, które nas ugościły, zniósł tu niegdyś i ułożył lodowiec. Wrócimy tu może jeszcze, albo i nie, na pewno zaś przyjdą inni. I choćby przyszli, gdy nas już dawno nie będzie, tu wszystko będzie takie samo. I będą mogli spać w tej samej, co my, kolebie.

I niechaj śpią dobrze. Byłam tam bardzo szczęśliwa.

Nawet, gdy zasypiałam, nie mogąc przestać myśleć o ciepłym i pachnącym obiedzie.


19 komentarzy:

  1. Gosiu, powiedz jak to robisz, że udaje Ci się mieć zasięg w Tatrach? Bo z moich doświadczeń, to już w polskich Tatrach jest z tym marnie (ale przynajmniej na górze zwykle jakiś tam zasięg jest), a w słowackich to hmm... jakby na odwrót i im wyżej tym z nim gorzej, a tak w ogóle to zwykle nie ma go wcale. A tu czytam, że udaje Ci się zadzwonić, telefon odebrać, a czasem nawet z komórkowego neta skorzystać... Jaki masz na to sposób? Jakaś sieć jest lepsza od innych? Czy konkretny model telefonu? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem w Orange i faktycznie czasem mam zasięg, gdy Bartek w Play go nie ma... ale bywa i na odwrót :D. Np. w naszych Pięciu Stawach ja nigdy nie mam zasięgu, a on ma.

      Tak więc nie wiem, jak to robię. Po prostu w niektórych miejscach mam zasięg, w innych nie. Gdy Bartek zadzwonił, byłam w Furkotnej. Jak tylko przeszłam do Młynickiej, straciłam zasięg i już byśmy się nie dogadali.

      Usuń
    2. Mając Play można się zalogować do każdej sieci, więc z zasięgiem powinien być najmniejszy problem.

      Usuń
  2. powtórzę, co napisałam na FB - piękny artykuł, chyba jeden z najlepszych jakie tu czytałam....Zwłaszcza zakończenie. Aż się chce cytować ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Też mnie chwycił za serducho :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Najciekawsze wrażenia są gdy szczyt tonie w chmurach. Byle nie padało, brak słońca i chmury mi nie przeszkadzają. Ale nigdy nie udało mi się ujrzeć widma, myślę, że trzeba je upolować, tak jak Ty :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też powtórzę.... wzruszyłam się.. Tyle piękna jest na świecie. I tylko od nas zależy czy je dostrzegamy ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Masz Kobieto talent do pisania - bezsprzecznie. I w tym pisaniu widać, że góry dla Ciebie to coś więcej niż zwykła przygoda. Wpadam tu z przyjemnością. Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie mogę wyjść z podziwu, że śpicie na dziko. Odnoszę tez wrażenie, po przystanku tych wspomnień, że skaczesz po tych szczytach jak kozica, nie przejmując się czy to jeszcze szlak czy może już nie..

    OdpowiedzUsuń
  8. Kobieto jestes genialna...gdyby ludzie chociaz w malej czesci czulu tak jak ty to swiat bylby jeszcze piekniejszy...szacun

    OdpowiedzUsuń
  9. Powiem tak: chyba stajesz się moja górską Świtezianką. Przez lata chodziłem po Beskidach, Tatrach, reszcie Słowacji - jako turysta, po szlakach. Potem przez 10 lat jeździłem w Alpy (na przemian z włoskimi miastami i zabytkami). Az kilka miesięcy temu przypadkiem trafiłem na Twój blog - i oniemiałem. Nie tylko zobaczyłem inne Tatry niż znałem, ale też poczułem... ciarki wędrujące po plecach. Ty masz w sobie, oprócz innych cech, np. pełnego wdzięku lansowania siebie, autentyczne szlachetne górskie szaleństwo. Coś, co niesie Cię na skrzydłach w góry, każe ryzykować, zapominać o rozsądku - i czynić to pod wpływem jakiejś bezgranicznej, nie do odparcia fascynacji, szaleńczej miłości, która sprawia, że ból, zimno, niewygody, zmęczenie, ryzyko - przestają mieć znaczenie. I co gorsza poczułem, że coś to we mnie porusza, budzi moją miłość do gór, która kiedyś się rozpaliła, i trwa, choć już nie jest jak rozpalone żelazo. Kupiłem kilka książek o Tatrach bez szlaku. I właśnie odkryłem, że chodzę nieco po Twoich śladach: nocowałem pod Skalnymi Wrotami na skasowanych szlaku w Bialskich, który w końcu doprowadził mnie na Kopskie Sedlo, a Hruby Wierch odwiedziłem w dniu, gdy Wy wyszliście z Młynickiej (5.08).
    A może stajesz się moją Beatrycze??? :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Zapytam tu, bo to chyba ważne dla wszystkich. Gdzie się myliście, skoro nie w stawie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko zachodzę w głowę, czemu kwestie dotyczące mojej higieny osobistej miałyby być "ważne dla wszystkich".

      Usuń
  11. Gosieńko, Nie bierz wszystkiego tak personalnie. Jesteś wzorem i idolem dla mas turystów, którzy chcą chodzić tak jak Ty. Twój survivalowy sposób chodzenia jest niezwykły, bo spontaniczny, żywiołowy. Bo jest byciem z górami niesamowicie blisko, jest jakimś mistycznym jednoczeniem się z nimi, przenikaniem. I dlatego interesujące są szczegóły. Jeden to woda do picia. Rozwiązanie to tabletki albo filtr. Drugi to mycie. Mój pomysł jest taki, że biorę mokre chusteczki, np. dla niemowląt z Rossmanna. Ale zęby to jednak w wodzie. Tak czy inaczej - podziwiam Twoją kondycję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skąd wniosek, że biorę?

      A jeżeli to naprawdę dla kogoś ważne, to z łatwością przeszpera blog, znajdzie post o pakowaniu plecaka, a w nim cały podpunkt poświęcony chusteczkom :D.

      Usuń
  12. "z łatwością przeszpera blog" Może Cię zaskoczę, ale ten blog jest dość obszerny. :) Tak sobie pomyślałem, że może chusteczki dla niemowląt w kontekście heroicznych wyczynów górskich to jakiś przyziemny dysonans. No cóż, tak jakoś wyszło. W razie czego - skasuj ten komentarz.

    A co do brania personalnie. Nie wiem, jak to ująć zwięźle. Nie jesteś tak całkiem osobą prywatną. Jesteś osobą instytucjonalną, autorką bloga. Trochę jak w literaturze - nawet jak autor pisze w pierwszej osobie, jest różnica miedzy nim prywatnie, a "podmiotem lirycznym." Więc pytają o "szczegóły techniczne" turystki Rudej z Wyboru. Nie należy tego brać tak całkiem do siebie. Może nie do końca sam rozumiem, o co mi chodziło, ale jakoś w tym kierunku... Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń