niedziela, 14 sierpnia 2016

O rozchmurzaniu Szatana (atrakcje Dol. Młynickiej cz.2)


Miało być cieplej niż przed miesiącem, zrezygnowałam więc z taszczenia ze sobą zimowego śpiwora. Letni ciężko nazwać śpiworem. Wygląda jak śpiwór, nie da mu się tego odmówić. Ale ciepła daje tyle, co nic. Kosztował chyba 60 zł w sieciówce na literę D, to i czego się spodziewać?

- Biorę ten cienki śpiwór.

- Tak? Aha.

- Tak. Być może przeklnę chwilę, w której to powiedziałam. Ale już powiedziałam.

Jakkolwiek bliskie by mi nie było powiedzenie, że "jak mówię, że zrobię, to znaczy że mówię" - tym razem naprawdę zrobiłam tak, jak powiedziałam. Nooo wzięłam też zimowe getry i kurtkę puchową. Aż taka głupia, żeby spać w samym - tak cienkim - śpiworze pod chmurką (już) nie jestem.

Bo kiedyś, owszem, próbowałam.

Wróćmy jednak do Doliny Młynickiej. Spało mi się może średnio komfortowo, ale bez dramatu pod postacią na przykład owijania się folią NRC. A już najlepiej mi się spało, jak Bartek z rana opuścił kolibę, pozostawiając porzucony swój śpiwór, a mnie się zrobiło tak wygodnie i ciepło, że... obudziłam się po 10-tej.

Poprzedniego wieczora, kiedy to ścigałam się z zapadającym zmierzchem, idąc nad staw po wodę, w tamtejszej okolicy dojrzałam... najpierw dojrzałam murek z kamieni, a murek oznacza kolibę. Obok znajdował się właz do niej, nie omieszkałam zajrzeć. A sama koliba? No cud, miód, żurawina i oscypek! Kwintesencja koliby.

Szarzało już wtedy jednak, nie miałam więc czasu się do niej próbnie ładować, tym bardziej nie było mowy o przenoszeniu się tam po ciemku. Ale z rana pierwszy zamysł był oczywisty: znaleźć kolibę. Oszamaliśmy śniadanko, zagarnęliśmy graty i ruszyliśmy nad staw. Kamienie wszystkie do siebie podobne, niełatwo znaleźć ten jeden, konkretny. Udaje się w końcu.

Moje upatrzone, cudowne górskie lokum, ma jednak wadę - jego podłoże wyściełają spore, kanciaste, nierówne głazy, bez szans na przesunięcie. Jedna osoba jakoś się tam wygodnie ułoży i prześpi. Dwie - raczej nie bardzo. Bartek coś przebąknął, że chyba widział po drodze jakąś inną i udał się na jej poszukiwania. Mija chwila, woła mnie.

Największy głaz w tej części doliny. Właściwie kilka głazów, odwiecznie na sobie poukładanych. W środku - coś jak zadaszony pokoik. Fajno. Zostajemy.

Znaczy - klamoty zostają. Bo my idziemy na wycieczkę. Odwiedzić takiego jednego rogatego gościa.

Nie chce mi się za bardzo, bo na Szatana to ja chciałam iść się nachapać widoków, a tu dziś wisi jakieś markotne chmurzysko i kłębi się tylko nad doliną. Ale nic no, pozostaje nadzieja, że dopisze nam trochę szczęścia i, nim wleziemy na szczyt, coś niecoś się rozwieje. A może tatrzańskie piki wystają ponad tę brzydką chmurę?


Odpalam na telefonie opis. Drapiemy się na wał, który tak jakby wylewa się od strony Szatana, prawie dotykając szlaku. Nim podchodzimy do ściany. Szczyt Szatana mamy na wprost, dokładnie nad sobą, jednak żeby wgryźć się weń w miarę łatwo, zrobimy takie trochę kółko.


Za wałem ma być zachód, a na nim skalne progi. Idziemy owym zachodem, przypominającym nieco "pod-chłopkową" galeryjkę. Wspomniane w opisie progi skalne są dokładnie dwa, ale że zupełnie nieeksponowane, to nie sprawiają żadnego problemu.

Trawersem wzdłuż ściany mamy iść aż do "wybitnego" żlebu. Lekko nabieramy tu wysokości, ale na tym odcinku idzie się naprawdę szybko. Zaraz więc pojawia się i jakiś żleb, na moje oko jak najbardziej wybitny. Widząc jednak, tak samo wyraźną jak wcześniej, ścieżkę z drugiej jego strony, przyjmuję że to jeszcze nie ten.


Później okaże się w sumie, że poniekąd to jednak ten. Bo zarówno on, jak i żleb następny, są odgałęzieniami tego samego żlebu opadającego spod Przełęczy nad Czerwonym Żlebem (który znajduje się z drugiej strony grani). Więc i tędy by się doszło tam gdzie trzeba, ale tu chyba bardziej krucho i stromo. Idziemy więc grzecznie dalej. Samo przekroczenie żlebu wymaga wzmożenia uwagi.


Drepczemy znowu wygodną ścieżką, wyglądając żlebu, zamiast niego jednak napotykamy tabliczkę "ku pamięci". Siedzi mi ta Petra w głowie przecież jeszcze od momentu pakowania plecaka. Spadło się jej gdzieś tutaj przed rokiem i trudno o niej nie myśleć, gdy się człowiek wybiera na tę samą górę.


Zatrzymujemy się chwilkę, a potem ja wyrywam dalej. Najpierw zdecydowanie na wprost. Wygląda na to, że tak właśnie trzeba - dalej przed siebie. Ścieżka tu znika za winklem i chyba po prostu się należy też za ten winkiel przewinąć.


Już już mam zacząć kombinować, gdy coś mnie tryka.

Te, te, Gośka, jak żeście wczoraj ze Szczyrbskiego schodzili? Co było w żlebie? Jaka była nauczka?

A no nauczka była taka, że jak się nagle robi dziwnie trudno, to zamiast się niezwłocznie zabrać do kombinowania, jak by tu te trudności złamać, wpierw warto się rozejrzeć, czy gdzieś obok nie ma kopczyka albo wydeptanych śladów. Oprzytomniawszy więc, rozglądam się i natychmiast, a jakże, znajduję wyraźną ścieżkę trochę niżej. Cofam się więc ze dwa metry.

Ścieżka jest dość znacznie niżej i trzeba pokonać pochyłą skałkę, by się do niej dostać. Skałka do schodzenia najwygodniejsza może nie jest, ale że pod spodem jest akurat komfortowo płasko, a lufa jest dopiero ze dwa metry dalej, to się po prostu z tej skałki zsuwam. Bartek idzie za mną. Czyli też się przewijamy za winkiel, tylko odrobinę niżej niż pierwotnie nam się wydawało, że będziemy.


Jest to dość kluczowe miejsce na całej trasie, z czego wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy. Wrócę do niego przy opisywaniu zejścia.

A za winklem już trafiamy do prawidłowego żlebu, co potwierdzają majaczące w nim liczne kopczyki. Zaczyna się ostra orka do góry. Żleb jednak, jak na ten rodzaj formacji, daje się lubić. Jest wprawdzie trochę krucho, ale nie osuwa się wszystko pod butami, ani nie fruwa przy każdym poruszeniu. Droga całkiem przyjemna, poza może tym, że każdy krok, to krok do góry, a z moją szczytową kondycją, coś się jakoś ostatnio pogniewałam.


No i jest nudno. Z ciekawszych rzeczy do odnotowania jest tylko ta, że "nasz" żleb trochę wyżej łączy się z tamtym, cośmy go przekraczali ścieżką. Odnotowuję to sobie dokładnie w pamięci, żeby schodząc nie zapędzić się czasem w nie tą, co trzeba, odnogę.

Chmurno wciąż, chyba naiwna jestem, że liczę na jakikolwiek landszafcik ze szczytu. Zadzieram głowę i miga mi jakaś sylwetka idąca ani w górę, ani w dół, tylko w bok, a więc grań już niedaleko. My tymczasem cierpliwie zmagamy się ze żlebem.

W niebieskiej bluzie JEDYNY człowiek, jakiego spotkaliśmy przez cały dzień :)

Wreszcie i on się kończy, dobijamy do grani i szybciutko hyc hyc na nasze lewo, wskakujemy na południowy wierzchołek Szatana.

Grań Baszt

Widać NIC.

Oj no, wiadomo, trochę przesadzam. Widać trochę Grani Baszt, drugi wierzchołek i grań w kierunku Hlińskiej Turni. Widać Szczyrbski Szczyt i dolinę, z której przyszliśmy, ale na to napatrzyliśmy się już wczoraj.

Na południowym wierzchołku znajduje się skrzynka, a w niej notes zawinięty w folię. Długopisu nie stwierdzono. Nasi poprzednicy podpisali się kamieniem. Ja wprawdzie zazwyczaj nie noszę ze sobą w górach markera, ale że miałam w planach, będąc w Zakopanem, wypisać pocztówki dla osób, które wsparły BloGÓRsferę, to wzięłam flamaster i cienkopis na wyjazd. A żeby mi się nie plątały gdzieś po wielkim plecaku, to je nosiłam w nerce na pasku, razem z dokumentami. I tym sposobem miałam ze sobą. Good for us.


Nad naszym wpisem da się wypatrzeć podpis zrobiony (chyba) kamieniem,
Lech i Tomek - szacun :),
a Kwaq wpisał złą datę - byliśmy 3 sierpnia

Opis rzecze, iż z drugiego wierzchołka są piękniejsze widoki. Póki co, może być tylko piękniej widać chmurę, zarządzam jednak ewakuację na północny róg Szatański. Przegramalamy się tamże i zasiadamy wygodnie, oczekując spektaklu.

Wierzchołek północny widziany z południowego

Przejście pomiędzy wierzchołkami
Gdy Bartek pyta, czy wierzę, że coś się przetrze, odpowiadam uparcie, że tak. Ale to takie bardziej zaklinanie rzeczywistości. Średnio w to wierzę.

Dolina Młynicka i Szczyrbski Szczyt... no dobrze, ale to już widzieliśmy...
Z drugiej strony uparcie kłębi się gęsta chmura
A jednak... A to się na chwilkę pojawi skrawek Hińczowego Stawu, a to trochę przebije się przez chmurę zieleń doliny. A to jakieś głębokie siodło gdzieś zamajaczy, a ja rozpoznam w nim Wagę. A to, już dużo wyraźniej, nagle zmaterializuje się skalny Chłopek z Przełęczą pod jego nazwą. Powoli, powoli Szatan zaczyna pokazywać, że chyba cieszy się z naszej wizyty i wyciąga na stół najlepsze ciacha.

Cubryna, Mięguszowiecki Szczyt Wielki i Mięguszowiecki Szczyt Pośredni

Przełęcz Waga, Ciężki Szczyt, dwuwierzchołkowa Wysoka, a niżej masyw Kopy Popradzkiej
Przełęcz pod Chłopkiem
Widoczna chata pod Rysami, a ponad przełęczą nawet sylwetki ludzkie zmierzające na Rysy
A to właśnie Rysy

Pojawiło się też jakieś życie za Szczyrbskim Szczytem,
w oddali dobrzy znajomi Giewont i Kasprowy
A nieco po prawej, Dolina 5 Stawów Polskich wraz z przyległościami
(rozpoznawalna np. Zamarła Turnia)
Żabia Dolina Mięguszowiecka, Waga, Ciężki Szczyt, Wysoka i Kopa Popradzka
Szczyrbskie Jezioro

Dolina Hińczowa a ponad nią Cubryna i wszystkie Mięguszowieckie Szczyty
Tylko Kończysta z Gerlachem pozostały w ukryciu, choć kształt tej pierwszej przez ułamek chwili udało mi się zobaczyć. Napatrzyłam się jednak na Rysy, Mięgusze i Wysoką. Najadłam się Szatanie, dziękuję.

Nie spieszyło nam się nigdzie, pogoda, choć chmurna - była stabilna, wiatru prawie wcale. Zimno jednak było siedzieć dłużej bez ruchu, po około godzinie BIESiadowania ;) na szczycie, zaczęliśmy się z niego ewakuować. Pomalutku, bo i nie ma po co prędzej.

Pokój z widokiem :)


Najpierw oczywiście długo żlebem. Gdy ten się skończył, miałam w pamięci, że w przeciwnym kierunku schodziliśmy trochę na dół i tak pokonywaliśmy ostry zakręt. Teraz więc też udałam się tam, gdzie była skałka, z której uprzednio zsuwałam się na ścieżkę. Do góry wdrapałam się bezproblemowo. Zaraz za skałką była tabliczka, a za tabliczką znów wygodny, długi zachodzik. I dopiero idąc nim, zdałam sobie z czegoś sprawę.

Nie było wypychającego głazu.

W każdej relacji z Szatana, jaką czytałam, pojawiało się miejsce, w którym trzeba było się mocno przytulić do wystającego głazu i przełożyć nogę nad zionącą niżej przepaścią. My na całej trasie niczego takiego nie spotkaliśmy. Wyraziłam swoją myśl głośno i Bartek powiedział to, co już i mi zdążyło przemknąć przez mózgownicę. Ten głaz był tam, gdzie my poszliśmy dołem.

To moje miejsce zawahania: "rozejrzyj się, czy gdzieś obok nie jest łatwiej". Gdy zobaczyłam niżej wyraźną ścieżkę, byłam przekonana, że nią właśnie wiedzie prawidłowa droga, a tylko ja w pierwszym odruchu, swoim zwyczajem, chciałam się władować w kaszankę. Okazało się jednak, że nie, że oryginalnie trasa wiedzie właśnie tamtędy, to wyżej niby zwyczajowo przechodzi się za winkiel. A to, co my ostatecznie zrobiliśmy, było obejściem.

Bartek idący "obejściem"
Nie wiem, jak to jest przytulać się do tego głazu, ominęła mnie ta przyjemność. Autorzy relacji, które znałam, no cóż - napisali je, a więc jakoś przez ten głaz przeleźli. Ale tuż obok błyszczy się srebrno tabliczka Petry...

Była sama, nikt nie widział upadku, szukano jej zresztą kilka dni, bo w swoich wcześniejszych planach, o których mówiła rodzinie, nie uwzględniała Szatana. Miejsce wypadku zapewne wydedukowano z miejsca odnalezienia zwłok. Ścieżka prowadząca zachodem jest banalna. Dalej, w żlebie, powiedzmy, że jest trochę trudniej. Ale na "ławce"? Musiałaby się chyba zaplątać we własne nogi, żeby stamtąd runąć. Tylko, że przed wejściem w żleb jest ten głaz...

Nie wiem, jak było, ale na zdrowy rozum, musiała się spierniczyć z tego głazu właśnie. Tym samym, jakoś mi tak cieplej w trzewiach, że zobaczyłam tę ścieżkę niżej i skorzystałam, idąc w obie strony, z obejścia. Nie wiedząc nawet, że coś obchodzę.

Pogoda się poprawiła, widać Szatan nie tyle cieszył się z naszej wizyty, co rzucił nam jakiś ochłap, cobyśmy już sobie poszli. A cieszył się dopiero teraz, jak my byliśmy już prawie w dolinie. Poodsłaniało się jeszcze parę elementów krajobrazu, uprzednio poukrywanych w chmurze.

Grań Soliska kulminująca na Wielkim Solisku z dobrze widocznym grzybkiem skalnym
Furkot, położony nieopodal Bystrej Ławki, oraz oddzielony od niego niedługą granią Hruby Wierch - plan na jutro :)
Niżni Kozi Staw a największy i najciemniejszy głaz widoczny ponad nim to nasz chwilowy domek



Teraz nawet widać, gdzie byliśmy ;)

Po powrocie na szlak poleżeliśmy trochę na trawie, jednak burczenie w brzuszkach nakazało nam udać się do naszego zaimprowizowanego schronu. Gdzie spędziliśmy wieczór na graniu w tysiąca. :)


fot. Bartek

Filmik posklejany przez Bartka


15 komentarzy:

  1. Mogła jeszcze spaść z tego bardziej kruchego i stromego żlebu, a tabliczka wyznacza miejsce odnalezienia zwłok, a nie miejsce wypadku. Ale to tylko przypuszczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, raczej nie. Na tabliczce jest napis "zahynula padom v zavere Satanovej lavky". Poprosiłam kolegę, który zna słowacki, żeby pomógł mi to rozszyfrować, no i chodzi o to, że "zginęła od upadku z końcówki ławki". W jakichś informacjach ta ławka pojawia się w szerszym kontekście i można wywnioskować, że chodzi o ten trawersujący zachodzik:

      "Před plesem značku opustíme a zabočíme doprava k Satanskému masivu. Zde se zhruba ve spádnici vrcholu nachází lávka, která traverzuje masiv doprava"

      No i info o tym, że ciało znaleziono w dolinie:

      "V poobedňajších hodinách sa Petru podarilo nájsť pod stenou Satana v Mlynickej doline, žiaľ, už nebola nažive."

      Są też zdjęcia z akcji, na których widać, że ciało leżało w niższych partiach. Portal Tatrzański wprawdzie podaje, że tabliczka została wmurowana w miejscu znalezienia ciała, ale ich bym raczej nie posądzała o rzetelność.

      Usuń
  2. No to sprawa raczej jasna. Ja w ogóle nie szukałam info o tym wypadku, bo zdarzył się dosłownie dosłownie na chwilę przed moim wyjściem na Szatana. Jakoś nie miałam ochoty wałkować tematu przed wyrypą, a napisu z tabliczki to nie rozumiałam.
    Szkoda dziewczyny, bo młodziutka była, jednocześnie cieszę się, że sama poradziłam sobie z tym miejscem. Ale następnym razem poszukam obejścia. 😉

    OdpowiedzUsuń
  3. Szalenie efektowna wędrówka. Pięknie opisujesz, robisz... pardon - robicie wspaniałe zdjęcia. Gratuluję profesjonalnego prowadzenia boga, zapewnia, że wpadnę do Was częściej.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdjęcia są mojego autorstwa, poza oczywiście tymi dwoma, na których pozuję, no i jednym selfie z kija ;).

      Bartek ma swojego bloga - link jest w jego imieniu nad filmikiem. Dziękuję i zapraszam :)

      Usuń
  4. Trochę za bardzo demonizujesz ten trawers do żlebu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten po głazie? Właściwie, to napisałam, że nie wiem, jaki jest, ale wszystko wskazuje na to, że dziewczyna spadła właśnie stamtąd. Demonizuję tym, że nie wiem? Czy tym, że ktoś się tam zabił? :)

      Usuń
  5. Świetne schronisko ! (to na koncu filmiku) Idealne :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Są gdzieś w sieci zebrane opisy dróg na szczyty na które nie prowadzą znakowane szlaki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkie raczej nie,ale znam parę fajnych linków. Priv jak coś.

      Usuń
    2. Na razie się nie czuję na siłach, ale Twoje relacje i zdjęcia człowieka mocno inspirują ;). Za jakiś czas się przypomnę :).

      Usuń
    3. W sumie to fajny byłby taki poradnik szczytów i miejsc pozaszlakowych dla tych w miarę zaawansowanych ;). Niekoniecznie z opisem samej drogi, ale gdzie warto iść na początek pozaszlakowego chodzenia, a gdzie bez umiejętności wspinaczkowych nie podchodź itd.

      Usuń
    4. kto naprawdę chce, znajdzie wiele przydatnych informacji w internecie

      trudności zazwyczaj są podane w opisach - do 0+ to jest chodzenie czysto turystyczne, powyżej warto się zastanowić nad liną (do góry puści, ale schodzenie terenem I lub II może okazać się zbyt trudne)

      Usuń