wtorek, 30 sierpnia 2016

Mechanizmy obronne tatromaniaka - czyli jak sobie skutecznie wmówić, że nic nam się nie stanie w górach?

Mechanizmy obronne "wymyślił" Freud, ale pojęcie, jak i samo ich zjawisko jest jak najbardziej uznawane przez współczesną psychologię. Czym są, można łatwo sprawdzić u zawsze dzielącego się wiedzą kolegi Googla. W skrócie i tłumacząc od razu z polskiego na nasze, z mechanizmami obronnymi chodzi mniej więcej o to:

W życiu każdego z nas zdarzają się momenty, w których gnębią nas nieprzyjemne uczucia. Nie mam na myśli takiej od razu petardy, jak śmierć bliskiej osoby (choć to też). Raczej milion codziennych, czasem zupełnie błahych wydarzeń. Krzywe spojrzenie koleżanki z biura, urwana nagle na nasz widok rozmowa, debet na koncie, rzucenie się w oko na fejsie zdjęcia dawnego znajomego, któremu kiedyś wyrządziliśmy przykrość, informacja w radio o kolejnym zamachu gdzieś w Europie, nie dostanie pracy, o której marzyliśmy. Gdyby się dobrze zastanowić, mamy miliony powodów do zmartwień. Martwienie się jednak jest trudne, nieprzyjemne, bolesne, wywołujące lęk. Nasza psychika ma więc na nie sposób. Ten sposób to właśnie mechanizmy obronne.

Ich rodzajów jest wiele, a ten blog nie jest o psychologii, a artykuł nie pretenduje do miana bycia naukowym. Próbuję tylko objaśnić tytułowe pojęcie.

Mechanizmy obronne pozwalają nam uporać się z trudnymi emocjami, właściwie można rzec, że tylko dzięki nim czasem nie wariujemy. Przykład? Proszę bardzo.

Wybierz dowolny portal informacyjny i przejrzyj nagłówki od góry do dołu. Wypadek samochodowy, morderstwo, czyhający za rogiem kryzys gospodarzy, zamach gdzieś w Europie i wojna gdzieś trochę dalej. Właściwie, to powinniśmy skupić wszystkie swoje wysiłki na wybudowaniu i zaopatrzeniu bunkra, w którym schronimy się na resztę swych dni, by spokojnie doczekać śmierci ze starości. Nudno i smutno by nam jednak było w tym bunkrze i pewnie nie mielibyśmy ochoty się rozmnażać mając wciąż przed oczami wizję tych wszystkich okropieństw, które codziennie rozgrywają się dookoła nas, więc zamiast siedzieć i się martwić, albo od razu podciąć sobie żyły my... stosujemy całą gamę mechanizmów obronnych, po to, by móc wyjść bez lęku do pracy, na spacer, pojechać na wycieczkę. Tak to się o nas zatroszczyła ewolucja, wyposażając nas w nie jak w tarczę, dzięki której nie przestanie nam się chcieć kontynuować gatunku.

Mechanizmy obronne to cudowna rzecz, bez której zdecydowanie nie bylibyśmy w stanie na dłuższą metę normalnie funkcjonować. Ale, jak od każdej rzeczy, która robi nam dobrze, od mechanizmów obronnych też się można w pewnym sensie uzależnić. A w każdym razie, trochę z nimi przesadzić.

Warto jest wiedzieć, czym one są, jakie są i umieć je rozpoznawać u siebie, bo, o ile w pewnych sytuacjach ratują nas przed szaleństwem, o tyle w innych mogą poważnie utrudniać nasze relacje z ludźmi. Z sobą samym zresztą też.

Z zajęć z psychologii ogólnej na pierwszym roku studiów pedagogicznych pamiętam parę podstawowych mechanizmów: wyparcie, zaprzeczenie, projekcja, racjonalizacja... W tej ostatniej wyróżniano dwa rodzaje, które się dość zabawnie nazywały: kwaśne winogrona i słodkie cytryny. Przyszło mi ostatnio do głowy, że na co dzień obserwuję na internetowo-tatrzańskim poletku kilka nowych mechanizmów o równie oryginalnych nazwach.

Chcesz wiedzieć jakich? A nawet dowiedzieć się, jak je zastosować? Czytaj więc dalej.


Jesteś turystą tatrzańskim, częściej lub rzadziej, ale jednak dość regularnie tam bywasz. Przemierzasz wysokogórskie, coraz trudniejsze szlaki. Sprawia ci to radość. Bo pięknie, bo hardkorowo i jest się czym potem pochwalić, bo cokolwiek.
Może pakujesz właśnie plecak, obmyślasz, z czym sobie zrobić kanapki. Albo przed kilkoma godzinami wróciłeś do domu z jakiejś górskiej wędrówki. Odpalasz fejsa, zaraz wrzucisz jakieś lajkogenne foto ze szczytu, ale najpierw przeglądasz feed'a i... zaraz, zaraz, a to co? Wzrok zatrzymuje się na, zwykle używanym w takich sytuacjach, zdjęciu śmigłowca i druzgocącym nagłówku: śmierć w Tatrach.

Byłeś tam przed kilkoma godzinami, albo za kilka godzin tam będziesz. Trochę ci nie w smak ten świeży trup. Trochę się wdziera w świadomość i próbuje w niej wiercić. Mąci ci niedawne piękne górskie wspomnienia cieniem niepokoju. Albo zmusza do zastanowienia, czy oby na pewno chcesz tam jechać. A fe, nieładnie. Niedobry umarlak, popsuł ci humor.


Zasadniczo to jest ten moment, w którym powinieneś przyjąć do wiadomości, że wypadki w Tatrach się po prostu czasem zdarzają i, dopóki tam chadzasz, dopóty możesz stać się ofiarą jednego z nich. Tak jak, jeżdżąc samochodem, możesz mieć wypadek samochodowy, a latając samolotem - lotniczy. Albo jedząc tony słodyczy nabawić się cukrzycy, a paląc papierosy - raka.

No tak, tylko że jeździć samochodem czasem musisz, bo niby jak inaczej przemieszczać się po świecie? Konno? Coś nam się też w końcu od życia należy, sięgamy więc czasem po używki, żeby sprawić sobie doraźną przyjemność. Wiemy, że to raczej kiepskie, ale oj tam, oj tam. Na coś zresztą trzeba umrzeć.

Ale góry? Wędrowanie górskimi szlakami, czy wspinaczka, takie są piękne, wzniosłe, wspaniałe, szlachetne. Nie czujemy się lepsi, bardziej uczłowieczeni, jak zeżremy na raz całą czekoladę, albo obudzimy się skacowani po imprezie. Ale już po powrocie z gór - owszem. Rezygnować więc z tego? A takiego! Pogodzić się z faktem, że możemy w górach zginąć?

Yyyyyyeeeeeeyyyyy... No nie jest to takie łatwe. Nie jest łatwo przyjąć, że coś, co robię wyłącznie dla własnej przyjemności, coś, czego robić nie muszę, ale podejmuję decyzję, że jednak to robię - może mnie znienacka zabić. Coś, co jest moim kaprysem, frajdą, może sprawić że umrę i już nie powrócę do swojego zwykłego codziennego życia, które też przecież cenię. Trudne, bo jak się to przyjmuje i bierze na klatę, to już zawsze niepokój kładzie się cieniem na zdjęciach, wspomnieniach, marzeniach i planach. Nie jest to cień jakiś specjalnie ciemny, ale jest. Doświadczanie gór już nie jest takie czysto radosne. Stajesz się raz na zawsze takim trochę potępieńcem, skazanym przez samego siebie na wieczne rozterki przy pakowaniu plecaka. Iść ku przygodzie, zawsze obarczonej pewnym ryzykiem, czy dać sobie spokój, zostać w domu, wybrać bezpieczniejszy wariant?

Trudne, co nie? Trudne, nieprzyjemne, bolesne. Po co to komu? Po co, skoro można o wiele łatwiej?! Po co się dręczyć takimi smętnymi myślami, jeśli możesz dalej bezstresowo wychodzić w góry, będąc w stu procentach pewnym, że wrócisz w jednym kawałku. Jak?

Wystarczy, że widząc nagłówek dotyczący wypadku w Tatrach zastosujesz jeden z zaproponowanych poniżej mechanizmów obronnych. Pamiętaj, że dla jeszcze lepszego działania mechanizmu, warto jest uzewnętrznić swoje przemyślenia w komentarzu pod nagłówkiem głoszącym czyjąś śmierć w górach.

Psychologiczny górski mechanizm obronny numer 1 - "złe buty"

Nie klikaj w artykuł, a jeśli z rozpędu zdarzy ci się weń kliknąć, to absolutnie go nie czytaj. Jeszcze byś się dowiedział, że wypadkowi uległ turysta, który miał kask, uprząż, lonżę i buty tak porządne, że pozostały przyczepione do skały, podczas gdy reszta turysty poleciała trzysta metrów niżej. Lepiej będzie, jeśli z góry założysz, że miał trampki, a w ogóle to pewnie po raz pierwszy był w Tatrach. Ale pamiętaj, to buty są tutaj najważniejsze. Tworząc komentarz, powołaj się na zdjęcia zrobione przez ukrytego fotografa w Kuźnicach, możesz nawet któreś skopiować, najlepiej takie z japonkami.

Ty oczywiście masz dobre buty, za kostkę, twarde, grube, po ich zdjęciu stopa wygląda, jakbyś ją godzinę trzymał w wannie, a skarpetki śmierdzą jak należy, na podeszwie zaś pisze "vibram". Możesz spać spokojnie. Z takimi butami nic ci nie grozi. Spadają tylko ci w trampkach, klapkach i balerinach.

Psychologiczny górski mechanizm obronny numer 2 - "śmierć na własne życzenie"

Czytanie artykułu w przypadku chęci zastosowania tego mechanizmu również nie jest wskazane. Jednak pierwsze informacje o wypadkach zawierają zwykle tylko ogólne wieści, nieznacznie tylko naświetlające zaistniałe nieszczęście: ktoś spadł, mniej więcej w tym miejscu, nie żyje. Więc nawet jeśli nieopatrznie zapoznasz się z treścią artykułu, całą resztę możesz sobie śmiało dośpiewać.

Nie krępuj się. Popuść wodze wyobraźni. Gdyby jednak nic nie przychodziło ci z początku do głowy i już już zaczynałaby cię ogarniać panika i już już prawie musiałbyś zaakceptować fakt, że wypadki w górach po prostu czasem się zdarzają - służę podpowiedzią. Ten niefrasobliwy turysta, który ośmielił się umrzeć na szlaku, który ty sam jeszcze przedwczoraj przemierzałeś, z całą pewnością dopuścił się któregoś z poniższych przewinień:

- szedł za szybko, wyprzedzał innych

- rozmawiał przez telefon

- skracał sobie drogę, idąc obok szlaku

- myślał o niebieskich migdałach

- przecenił swoje możliwości

To teraz szybciutko wybierz sobie któreś z powyższych, a żeby w nie jeszcze mocniej uwierzyć, napisz je w komentarzu. Uwierzysz jeszcze mocniej i uspokoisz się jeszcze dogłębniej, gdy użyjesz paru odpowiednio obelżywych epitetów.

Ty oczywiście zawsze idziesz co do centymetra szlakiem, nie spieszysz się, nie używasz telefonu i dobrze przygotowujesz się do wyjścia, między innymi przez wybranie odpowiedniego dla siebie i swoich możliwości szlaku. Nie musisz się więc niczego bać. Giną tylko niefrasobliwe głupki. Ty jesteś bezpieczny.

Psychologiczny górski mechanizm obronny numer 3 - "POKORA"

Góry wielkie są i groźne. Góry rządzą się swoimi prawami. Góry od czasu do czasu upatrują sobie swoje ofiary i nie pozwalają im już wrócić do domu. Nie daj się zwieść geograficznej wiedzy, że góry to wypiętrzone płyty, tworzące się przez miliardy lat i formowane przez lodowce warstwy skał. Góry to istota, żywe, czasem łagodnie uśpione, a czasem żądne krwi bóstwo, które patrzy na ciebie. Ale nie patrzy normalnie, tylko na wskroś. I widzi, czy masz do nich pokorę. I biada ci, o przeklęty, jeśli jej nie masz.

Ten, co spadł, najwyraźniej musiał przyjść w góry jak na plażę czy do baru. Nie miał pokory w sercu. Czujny rentgen górskiego bóstwa prześwietlił go i wydał natychmiastowy wyrok.

Tyś jest jednak pokorny. Urządziłbyś całopalenie kozicy przed drogą, gdybyś tylko doznał we śnie wizji, że tak trzeba. Stajesz w obliczu majestatu gór i widzisz, jakie są potężne. Upajasz się poczuciem, że jesteś wobec nich jak ten mały robak.

A potem spokojnie ruszasz na, choćby najtrudniejszy, szlak. Teraz, gdy wzbudziłeś w swoim sercu pokorę do gór, już nic ci nie grozi.

Pod zdjęciem śmigłowca i nagłówkiem o czyjejś śmierci publikujesz komentarz o treści: "do gór trzeba mieć POKORĘ", po czym spokojnie wracasz do swoich zajęć.


Powyższe mechanizmy można oczywiście dowolnie edytować i miksować, dostosowując do własnych potrzeb. Zimą na przykład "złe buty" możemy łatwo przeformułować w "brak sprzętu". Generalnie panuje tu pełna dowolność - wmów sobie cokolwiek, bylebyś tylko czuł się spokojnie, komfortowo i bezpiecznie.

...........................................................................


A wracając do poważniejszego tonu. Owszem, zdarza się, że wypadkowi ulega osoba nieprzygotowana. Idąca w maju zaśnieżoną Rysą bez czekana, czy w lipcu, pomimo prognoz, ładująca się prosto w paszczę burzy. Nie rzutuje to jednak na całokształt zjawiska górskich wypadków.

One się po prostu zdarzają. Czasem wynikają z nagromadzenia kilku niewielkich błędów, czasem z jednego większego, czasem z nanosekundy nieuwagi, czasem z czynników zupełnie niezależnych od ulegającego wypadkowi człowieka.

Ocenianie z góry każdego tego typu wydarzenia jako wynikłego ze:
- złych butów
- braku sprzętu
- niefrasobliwości
- braku pokory
jest szalenie krzywdzące wobec ofiar. Bo być może żadnej z tych rzeczy nie można im w rzeczywistości zarzucić. Za to nam pozwala poczuć się świetnie. Zracjonalizowaliśmy sobie zbiorczo wszystkie wypadki, doszliśmy do wniosku, że doprowadziły do nich konkretne błędy, albo brak osławionej pokory. My tych błędów nie popełniamy, pokorą aż świecimy, wydawać się nam więc może, że jesteśmy bezpieczni.

O ile zatem mechanizmy obronne czasem pomagają nam normalnie żyć - na przykład nie myśląc bezustannie o wojnie, o tyle w tym konkretnym kontekście są pułapką.

Bo wcale nie jesteśmy bezpieczni. A szczekając sloganami o złych butach i pokorze dodatkowo robimy z siebie debila.

Na zakończenie chcę opowiedzieć o pewnej postaci. Andrzej Marciniak. W młodości rokował na zapalonego himalaistę. W 89 roku stanął na czubku Everestu. W czasie zejścia stracił w lawinie pięciu kolegów - wszystkich pozostałych uczestników wyprawy, a sam, ranny, został uwięziony wysoko w ścianie. Cudem uratowany przez wyprawę zorganizowaną przez Artura Hajera. Zaniechał wyjazdów w góry najwyższe, wyjątek zrobił tylko raz, dla Annapurny. Wspinał się czasem w Tatrach. Sierpniowego dnia, dwadzieścia lat później, dopiero wstawiał się w trójkową, stosunkowo łatwą, jak na skalę trudności wspinaczkowych drogę. Nie był jeszcze nawet zbyt wysoko, kiedy głaz, wyróżniany zresztą nawet chyba w topo drogi, obluzował się pod jego ciężarem i runął wraz  z nim, przygniatając go następnie.

Marciniak miał wieloletnie doświadczenie i przygotowanie, nie porywał się z motyką na słońce, a jedynie rekreacyjnie wspinał opisaną drogą. I buty miał z pewnością odpowiednie, choć pewnie nie za kostkę, bo buty wspinaczkowe bardziej przypominają baletki niż glany. I pokory, po wydarzeniach z 89 roku mu pewnie nie brakowało.

Wypadki w górach się po prostu zdarzają.

I tak, Ty też, właśnie Ty, dopóki chodzisz w góry, możesz jednemu z nich ulec.




15 komentarzy:

  1. Podobna historia spotkała takiego giganta jak Erhard Loretan. Człowieka, który w himalajach robił co chciał i śmiał się śmierci w twarz. I kiedy wydawało się, że już spokojnie będzie zarabiał jako przewodnik w Alpach, wydarzył się wypadek i zginął. Chyba nie da się ich całkowicie uniknąć, ale zawsze można minimalizować ryzyko. Świadomość śmiertelności podnosi jednak koncentrację, więc dobrze ją mieć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wybieram się na szczyt, na którym zmarła kobieta przysypana oderwanymi kamieniami. To już nie mogła być wina butów ani żadnej rzeczy, która w ekwipunku takich jak my, jest święta.

    POKORA. Słusznie piszesz, że zginąć można przez chorobę lub w wypadku samochodowym. Summa summarum, śmierć jest nieunikniona i tu już raczej jest miejsce na wywód teologiczny.

    I jeszcze raz POKORA.

    wdrodzedonikad.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Przedwczoraj drugi raz w życiu doświadczyłem sytuacji, ze śmiertelny wypadek zdarzył się w tym samym dniu, na tym samym szlaku lub tuż obok miejsca gdzie szedłem (w 2014 dwie osoby na słowackim szlaku na Rysy, i w ostatnią niedzielę na zejściu z Granatów). To postawiło mnie mocno do pionu w kwestii, że wypadki zdarzają się tylko tym innym, nieprzygotowanym.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak samo jak nie da się przewidzieć wypadku samochodowego tak nie da się przewidzieć tego w górach czy gdziekolwiek indziej. I tyczy to tak samo doświadczonego himalaisty jak i panny w balerinach pomykającej po ceprostradzie.
    Żyjesz - ryzykujesz, a bez ryzyka nie ma zabawy. Nie chcesz ryzykować schroń się "...na resztę swych dni, by spokojnie doczekać śmierci ze starości".
    Gosiu bardzo dobry tekst! Brawo!

    OdpowiedzUsuń
  5. Góry to wojenna potyczka, śmierć to zbłąkana kula, nadlatująca niewiadomo kiedy i skąd. Mogąca trafić i wcxoraj zmobilizowanego, ledwie co wyrwanego zza biurka "Jasia Zielone Ucho", i Starego, zaprawionego we wszelkich możliwych potyczkach i bojach - Wiarusa. W okopie albo podrywającej sie zeń tyralierze. Dlaczego? Dlatego! Po prostu tak bywa w życiu...

    OdpowiedzUsuń
  6. Góry to wojenna potyczka, śmierć to zbłąkana kula, nadlatująca niewiadomo kiedy i skąd. Mogąca trafić i wcxoraj zmobilizowanego, ledwie co wyrwanego zza biurka "Jasia Zielone Ucho", i Starego, zaprawionego we wszelkich możliwych potyczkach i bojach - Wiarusa. W okopie albo podrywającej sie zeń tyralierze. Dlaczego? Dlatego! Po prostu tak bywa w życiu...

    OdpowiedzUsuń
  7. Dobry z Ciebie psycholog. A tekst trochę przewrotny (w moim subiektywnym odczuciu oczywiście). Pewnie co komu pisane to go nie minie, ale..........mimo wszystko nie warto kusić losu i jednak założyć dobre buty i uzbroić się w pokorę. Jak to mówi stare porzekadło " strzeżonego Pan Bóg strzeże" - pozdrawiam Cię Gosiu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Byłam w te wakacje świadkiem wypadku w górach ,śmiertelnego niestety.Turysta spadł w okolicy orlej baszty ,stało się to w moje urodziny więc tym bardziej mnie to dotknęło.Ale to święta prawda, wypadki w górach zdarzają się ,ale mogą się też zdarzyć w każdym innym miejscu.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. I pomyśleć ze pisząc to jadłaś lody😋 archetyp poprawy humoru😋

    OdpowiedzUsuń
  10. Gosiu, myslałam dziś dokładnie o tym samym. Jakoś siedzi we mnie ten temat. Kiedy zaczynałam swoje wedrowanie po Tatrach i czytałam o róznych wypadkach, tez pierwsza myśl była taka: złe buty/ ignorancja/brak pokory. (co pokrywało sie z newsami typu "wzial 5letnie dziecko na orla perc/ turysta w adidasach na rysach w zimie") Owszem, nadal widzi się tlumy pań w baletkach idących na Giewont, ludzi w wysokich górach bez mapy, ale gdy czyta się o smiertelnych wypadkach, to nie oni giną, a ci dobrze ubrani i obuci ludzie na najtrudniejszych szlakach. Które po prostu są bardzo niebezpieczne i żadne myślenie zyczeniowe tego nie zmieni. Masa miejsc, w których niezwykle łatwo sie poślizgnąc i polecieć w przepaść, skały które mogą się ukruszyć pod naciskiem dłoni czy stopy. nie mamy na to żadnego wpływu. Warto mieć cały czas w głowie te swiadomość "tu jest bardzo niebezpiecznie"- po to, aby bardziej uwazać. isć wolno, uważnie, w skupieniu. A jeśli myśli o niebezpieczenstwie paraliżują, to po prostu zrezygnować - choć wlasnie to bywa najtrudniejsze! Mnie osobiście świadomość ilości wypadków, które zdarzyły się w danym miejscu, paraliżuje przed próbą przejścia go. Tak mam chociażby z łatwą i niegroźną dla wielu osób Świnicą.

    OdpowiedzUsuń
  11. jeszcze jeden mechanizm obronny, o którym myślę,ze warto wspomnieć: "Bo to wszystkim innym przydarzają się wypadki. Mnie? W życiu!"

    OdpowiedzUsuń
  12. Super artykuł! Z tymi butami to non stop sa jakies problemy u ludzi.... pisałem juz nie raz swoje zdanie na ten temat... i zdania nie zmienie.. posiadam krótkie i długie buty zakładam jednak te długie praktycznie w 90% na wyjscia.. uważam ze jednak kostka jak stabilna to lepiej i pewnie mi sie idzie. I jak dobry but i skarpeta to wcale nie jedzie... ani sie nie poci.. to juz tez kwestia innych spraw z natury indywidualna.. A kto chce niech sobie chodzi nawet i w pantofelkach, szpilkach i w sukience... to nie moje sprawa. I wali mi to.. Pozdrawiam Gosia!

    OdpowiedzUsuń
  13. Jest też coś takiego kochani na tym świecie jak samospełniająca się przepowiednia. Jeżeli będziemy o czymś nieustannie myśleć to wzrasta szansa, że się nam to przydarzy. To tak jak z pomyśleniem, że niosę tak pełny kubek kawy, że zaraz tą kawę rozleje. I co się dzieje za chwilę? Rozlewamy tą kawę, bo nasza podświadomość jest jak kelner. Przyniesie nam to o co poprosimy w tym przypadku pomyślimy. Więc w góry należy iść z nastawieniem pozytywnym.

    OdpowiedzUsuń
  14. Doskonale opisałaś "mechanizmy obronne".Dopiero teraz przeczytałem ten tekst/bo trafiłem na Twego bloga w lipcu 2017-szkoda,że tak pózno/.Twoje teksty czyta się gładko,lekko i z przyjemnoscią,dochodząc do wniosku,że prawda w nich wynika z dużego doswiadczenia w sprawach górskich i znajomości psychiki ludzi.Masz naprawdę talent literacki,kiedyś trzeba będzie wydać coś ciekawego w formie książkowej.Co do mechanizmu obronnego-jest on potrzebny zawsze,bo by się żyć nie dało.Ale na przykład ja zaczynałem swoją przygodę z Tatrami w wieku 18-19 lat od Giewontu i Świnicy.Na szczeście równocześnie czytałem nieliczne wtedy/1964 rok/ksiazki o tematyce górskiej np."Tragedie tatrzańskie".-i na pierwszych moich drogach przypominało mi się czego nie robić i gdzie nie iść/np.na skróty z Czerwonych Wierchów po trawie w dół na urwisko/.Taka lektura łagodziła trochę normalną w tym wieku brawurę,nie wstrzymując ambicji w dalszych trasach.W 1965 prowadziłem 3 kolegów nieobytych z górami na Kozi Wierch od Zawratu/Mały Kozi zaliczyłem wczesniej sam.Tyle wspomnień-teraz pozostało mi czytanie bloga Gosi i odnajdywanie na nim swoich przeżytych doswiadczeń.POZDRAWIAM !

    OdpowiedzUsuń