piątek, 16 września 2016

Uff-off czyli upalny offroad: od Liliowego po Wrota Chałubińskiego


Świt trwa długo. To nie jest wcale tak, że zza horyzontu wyskakuje pomarańczowa piłka i już: było ciemno, a teraz jest jasno. Oczywiście wiesz to dobrze, bo pewnie tak jak i ja, wstajesz czasem do pracy po omacku, w środku nocy, a anatomię wschodu słońca obserwujesz zza okien kuchni lub samochodu. Mimochodem, przy okazji odhaczania kolejnych porannych obowiązków.
To czuje się inaczej, gdy się na wschód czeka, gdy się go obserwuje, zupełnie nic innego nie mając przy tym do roboty. A jeśli jeszcze jest się w górach...


Dzień wcale nie zaczyna się złoto. Z początku jest szaro-fioletowy, może też trochę niebieski od mgieł. Potem dopiero niebo stopniowo zabarwia się kolorami ognia. Nim słońce wydobędzie z mroku skomplikowane szczegóły faktury górskich ścian, najpierw tworzą one jednolity, czarny, nieprzenikniony mur.


No, a potem faktycznie wyskakuje pomarańczowa piłka i robi się tak jasno, że właściwie ciężko na cokolwiek patrzeć.





Po rytuale przyglądania się wschodzącemu słońcu, zagarnęłam rzeczy i pomknęłam na miejsce umówionego spotkania z Kasią - Przełęcz Liliowe. Zeszłyśmy się tam prawie idealnie i bez ceregieli, od razu czmychnęłyśmy w bok, w ścieżkę, będącą niegdysiejszym szlakiem łączącym Liliowe z Zaworami.

Nie miałabym może nic przeciwko przewędrowaniu i tego dnia samotnie, ale że Kasia planowała spędzić weekend w Tatrach (jak co tydzień zresztą), a trasa, którą uknułam nie powinna przekraczać jej możliwości, no i dodatkowo - że Kasię poznałam i polubiłam przy okazji BloGÓRsfery, a jej styl prowadzenia bloga i liczne posty na FB, pozwalały mi sądzić, że się dobrze dogadamy w górach - postanowiłam jej zaproponować małą lewiznę. Powód był jeszcze jeden. Mogę sama spędzić noc na jakiejś wyniosłej grani, mogę za dnia gubić ścieżkę gdzieś w stromym terenie (to jutro), ale przez zielone dolinki raźniej mi się będzie szło jednak z kimś. W sensie, że jak jakaś zwierzyna mi gdzieś nagle wylezie, coś gdzieś ryknie, krzaki wymownie chrząkną, fukną albo się poruszą, to przynajmniej będę miała komu powiedzieć, że się zesrałam.


Przemieszczamy się teraz Doliną Walentkową, łatwą, równą dróżką trawersującą zbocza. Czasem kładzie się na niej kosówka, czasem ślad umyka wśród kamieni, ale generalnie odnajdywanie przebiegu dawnego szlaku nie sprawia problemów. Sama Dolina Walentkowa nie robi na nas wielkiego wrażenia. Monotonnie tutaj i szału raczej nie ma. Nie za bardzo warte grzechu miejsce.

Choć na zdecydowany plus zasługuje to, jak się stąd prezentuje Świnica, a dokładniej - jak świetnie widać przebieg szlaku na nią. Będę miała dobre foto do opisu!


Z racji tego, że idziemy równym trawersem, prawie bez wysiłku, urozmaicamy sobie drogę gadaniem. O tym między innymi, czemu zamknięte są szlaki, które aż się proszą o otwarcie i czy to źle, czy może jednak całkiem dobrze.

Płaska część drogi jednak się kończy, kończy się i nasze gadanie, teraz będziemy sapać. Ścieżka wznosi się tu bowiem na... grań zachodnią, odchodzącą od Walentowego Wierchu, mapa podpowiada mi, że zwie się ona Koniem. Dzień wcześniej obserwowałam ten fragment ścieżki spod Świnicy:


Wtedy był zalany jednymi z ostatnich promieni chylącego się ku zachodowi słońca, które na szczęście jeszcze nie zdążyło się dziś przedrzeć na to zbocze. Ufff, przynajmniej to jedno podejście odbędziemy w cieniu.



Tego podejścia jest naprawdę całkiem niemało, docieramy więc na grań (Konia?) z lekka już wymiętolone, co widać po mnie aż za dobrze na poniższym obrazku:


Na obrazku, poza przytłoczoną plecakiem i wysiłkiem mną, widać jednak coś jeszcze. Rozległy i całkiem uroczy landszafcik. Oto wylazłyśmy z zacienionej i nudnej części doliny. Przed nami, moim zdaniem, niekwestionowanie najlepszy fragment wycieczki.


Do Zaworów już tylko kawalątek, ale, aj waj!, jaki kawalątek... Pofalowane, trawiaste, odludne dolinne poletko z widokiem na wyrastające za nim potężne mroczne ściany. Czułam, jak od serca odrywa mi się mały skrawek, spada na tę miękką kolorową ziemię i wrasta w nią natychmiast, nie dając się już odzyskać. Moje dotychczasowe ulubione tatrzańskie zakątki natomiast musiały ścisnąć się w katalogu w mojej głowie, żeby - nie bez ociągania się - zrobić miejsce dla nowego, poważnego konkurenta.


Nawet mi nie bardzo przeszkadza, że będziemy się teraz obniżać, po to, by zaraz znów podchodzić. Nic to. Mogłabym sobie tak tutaj dreptać po tych pagórkach w dół i w górę. Dobrze mi tu.






Miłość od pierwszego wejrzenia? No... niezupełnie, bo... tak właściwie, to ja już na Zaworach niegdyś byłam.

Tylko, że wtedy wszystko było inaczej. Zamiast upalnego letniego dnia, rozpoczynała się właśnie długa zimowa noc. W miejscu dzisiejszej przyjemności z doświadczania piękna tego miejsca, była chęć natychmiastowej ucieczki.

Nie wspominam źle tamtego dnia, to był tak zwany hardkor, a hardkor czasem w górach jest dobry. Wtedy z całą pewnością był mi potrzebny. Aczkolwiek Zawory mnie w tamtych warunkach uwieść nie miały żadnych szans.



Ja to bym się tam pewnie rozleniwiła, ale Kasia chce dziś zdążyć na busa w Palenicy, a że nie wiadomo, czy dalej, w tym lejącym się z nieba żarze nie siądzie na tempo, to opuszczamy Zawory po dosyć krótkim odpoczynku. Teraz będziemy schodzić, też bardzo ładną, Dolinką Kobylą. W której też byłam wtedy zimą, i która kojarzyła mi się dotąd ze wszystkim, tylko z całą pewnością nie z upałem.

(oczywiście zauważacie ciemniejsze fragmenty tekstu i domyślacie się, że to są linki?)

Komu w drogę, temu mokry od potu plecak na plecy, i wio. Pod nami rozciąga się niewielkie trawiaste dno Kobylej Doliny, a w oddali błyszczą w słońcu Ciemnosmreczyńskie Stawy, ku którym zmierzamy.



Dolinką wręcz mkniemy, bo mamy tutaj z górki. I tylko bezczelnie ładne widoki wymuszają kolejne fotograficzne przystanki.



Żeby dotrzeć do Ciemnosmreczyńskiej, niestety musimy teraz niemało zejść. Już pal licho, że odbijamy wraz ze szlakiem (bo od Zaworów idziemy szlakiem) w prawo, zostawiając próg naszego kolejnego celu coraz dalej i dalej. Gorzej, że idziemy w dół, a w takim gorącu nie sposób nie myśleć o tym, jaką torturą będzie ponowne zdobywanie, traconych właśnie z każdym lekkim krokiem, metrów. Cienia to my tam nie zaznamy.


Tymczasem jednak bezsensownie, ale posłusznie brniemy ku rozstajowi szlaków w Ciemnych Smreczynach.


Oj, ale to jeszcze nie tu. Niżej, dużo niżej. Upewniamy się, szybko zerkając na szlakowskaz, w którym kierunku mamy podążać, chociaż ja doskonale pamiętam to miejsce. Dalszej drogi ku jeziorom w Ciemnosmreczyńskiej jednak nie znam. Tu też nawet ładnie. I trochę niedźwiedziogennie.




Od ubiegłego roku generalnie legitymuję się jako osoba niepijąca... wody ze strumyków. Dziś jednak pękam. Jeszcze przed Zaworami, gdy Kasia napełnia butelki, ja postanawiam tak tylko zwilżyć usta. I oczywiście przepadam. Moja woda, niesiona w plecaku, choć mam jeszcze zapas gazowanej, nawet po dodaniu energetyka, po postu chowa się przy tej ze strumienia, która może i trochę dziwnie smakuje, ale ma tę jedną jakże cudowną zaletę - jest lodowata.

Na dojściu do Ciemnosmreczyńskiej szlak kilkakrotnie przekracza strumień. Nieważne, że wypływający ze stawu. Ale zimny! A przez to kojący, pozwalający przez krótką chwilę nie czuć się jak racuch w procesie obróbki cieplnej. Właściwie, to najchętniej zainstalowałabym się przy tym strumyku z jakąś rurką i tak leżała, idę jednak dzielnie. Jeszcze dzielniej idę, gdy się orientuję, że szlak ze strumykiem się już chyba więcej nie spotka i że ma sens napierać, co sił w nogach do góry, by tam, nad stawem się chociaż rozłożyć i poleżeć.


Kilka kwadransów męki wieńczy głuche tąpnięcie. To mój plecak spotkał się z glebą po tym, jak z należytą czułością, czy raczej jej brakiem, pozbyłam się go z mojego ciała. Zamierzamy tu posiedzieć i napełnić brzuszki jadłem, a ja dodatkowo planuję się mocno nawodnić. Z racji tego, że zapasów wody mi trochę szkoda na to, żeby je tak teraz do woli wypijać, obmyślam inne rozwiązanie. Z wody ze stawu, której już nie ośmielam się pić w stanie surowym, gotuję sobie termos herbaty, którą następnie schładzam w garnuszku wstawionym do jeziorka, bo na picie wrzątku ochoty jakoś nie mam. Tym sposobem wlewam w siebie niemal cały litr napoju i wtedy dopiero mija mi ochota na podzielenie losu smoka wawelskiego.

Dobra, ale ja tu o herbacie i o smokach, a nie pokazałam Wam jeszcze stawu. Już się robi.


Jesteśmy nad Ciemnosmreczyńskim Stawem Niżnim, szlak się tutaj urywa. Trochę zatem bez sensu jest tutaj przychodzić i pewnie to czyni owo miejsce dość cichym i ustronnym.


A jednak ruch turystyczny musi być tu dość spory, skoro pojawił się element napływowy w postaci kaczek-żebraczek. ;)

Po należnym odpoczynku, ruszamy dalej, dając nura w przybrzeżne kosówki, bo tak uczynił jakiś nasz poprzednik. Nie było to najlepsze rozwiązanie, gdyż wypluły nas one wprost na starą ścieżkę, która omijała krzaczory. Najgorsze jednak i tak miało nadejść.


Stary szlak tylko początkowo wydaje się być wygodny i klarowny. Już za chwilę znów lądujemy w kosodrzewinie i tym razem naprawdę nie jest to przyjemne. No, chyba że przeczołgiwanie się pod gęstymi konarami zahaczającymi skutecznie o plecak uznać by za przyjemność.


Droga przez kosówkę, choć prosząca się o maczetę, była przynajmniej wyraźna. Po jej opuszczeniu zaczynamy meandrować po podmokłych trawkach śledząc ścieżkę, która najpierw rozdwaja się, a potem całkowicie niknie. Stąd widzimy już Wrota, więc problem, jaki nas dotyka nie jest natury orientacyjnej, po prostu teren pomiędzy stawami jest cholerną gąbką. Rozległe trawniki, choć swoim wyglądem zupełnie nie zapowiadają takich atrakcji, wciągają nas po kostki, gdy tylko nieopatrznie władujemy się w pułapkę. Choć tak w sumie, biorąc pod uwagę panujący skwar, nasiąknięte chłodną wodą skarpety nie są takie najgorsze.


Odnajdujemy wreszcie zagubioną ścieżkę, która prowadzi nas ku złomom i piargom, gdzie obserwujemy poruszających się szybciej od nas dwóch Słowaków. Wedle mapy właściwie ścieżka powinna odbijać od stawu dopiero w połowie jego długości a nie zaraz na samym początku, innej jednak tu nie widzimy, chodzić po trawiastym bagnie nam się nie chce, idziemy więc tą, która jest.


Doprowadza nas ona do złomów skalnych, na których widziałyśmy Słowaków. Tam wszystko elegancko wykopczykowane. Tym większe jest nasze zdziwienie faktem, że gdy piargi się kończą, kończy się i wszelki ślad ścieżki.

No dobra, lekko przesadzam. Przed nami przeszło dwóch wspomnianych już panów i tak właśnie wygląda dalszy trop szlaku: jakby od zarania dziejów przeszło nim nie więcej niż pięć osób. Lekkie wgniecenia w trawie to wszystko, co nas prowadzi. A trawa robi się coraz stromsza. Kasia wspomaga marsz kijkami, ja zaś idę w zasadzie na czworaka, raz po raz oglądając się przez ramię, czy mi towarzyszka nie wymięka. Radzi sobie jednak dzielnie, a ja dla jeszcze większego rozluźnienia atmosfery rzucam żarcik, że znam kogoś, kto biłby tutaj haki (pozdro dla kumatych ;).


Przeprawa przez strome trawiaste zbocze nie należy do najprzyjemniejszych, ale że nieustannie widzimy zbliżający się cel, nie odpuszczamy. Choć na powyższym zdjęciu w dole za Kasią widać jakiś zarys dróżki, której nie odnalazłyśmy będąc niżej.

Tak czy owak, Wrota już blisko.

Wyskakujemy zniecierpliwione z trawiastego trawersu, który widać (na tyle, na ile może być widać ślad w trawie) na powyższym zdjęciu, wprost na stary szlak, a raczej to, co z niego zostało. Osuwa się bowiem toto przy każdym kroku i ostatecznie i tak wybieramy drogę obok... trawą.


Dopiero pod koniec ścieżka robi się wygodna i jedyne, co nie przestaje doskwierać, to okropny upał.




Już fantazjuję o tym, jak sobie siądę i wystawię się na działanie, niezawodnego na Wrotach, wiatru, jak wypiję duszkiem pół butelki wody i jak przyjemnie będzie mi się schodziło na drugą, zacienioną stronę. Z marzeń wytrąca mnie czyjeś energiczne: "Cześć Gosia! Jestem Basia!".

Już ja dobrze wiem, jaka Basia, wcale nie musi mówić, z którego bloga. Pisała mi w komentarzu, że też będą w Tatrach, a ja jej poleciłam mnie zaczepiać, gdyby jakimś cudem doszło do spotkania, gdyż ja jej raczej nie rozpoznam. Nawet nie wiedziałam, gdzie się wybierają, oni moich planów też nie znali. Jakie było prawdopodobieństwo, że gdzieś na siebie wleziemy? Że oni skończą grań dokładnie w tym samym momencie, w którym my wygramolimy się z bagien i traw Doliny Ciemnosmreczyńskiej?

To teraz coś jeszcze lepszego. Pamiętacie światełka czołówek mozolnie wędrujące Doliną Pięciu Stawów, obserwowane przeze mnie ze Świnicy? To byli oni: Basia, jej mąż Grzesiek i koleżanka Dorota.


Na przełęczy spędziliśmy niecałą godzinkę na intensywnych pogawędkach, wspólnie zeszliśmy do Moka i tam, nie mogąc się rozstać, żeńska część gremium dziabnęła jeszcze wspólnie piwko.


Przemiłe to było spotkanie, nie pierwsze już zresztą w moim życiu spowodowane prowadzeniem bloga. Jak ktoś kiedyś przy mnie powie, że internet to zło niszczące relacje międzyludzkie, to go huknę przez łeb, serio.

Potem pożarła mnie niestety kolejka do recepcji, trójka z "Fotomiejsc" zawinęła się ku cywilizacji, ale przynajmniej Kasię udało mi się namówić na nocleg na schroniskowej podłodze, który, zdaje się, był dla niej niemałym przeżyciem. ;)

Uff. Z racji masy widoków, jakie koniecznie chciałam zawrzeć w tej relacji, tworzenie jej zajęło mi chyba z tydzień. Jeśli więc cokolwiek, co mogłoby być komentarzem, przychodzi Ci do głowy, to weź napisz ten komentarz, bo ja bardzo lubię, jak się takowe pojawiają. Zajrzyj też na blogi dziewczyn, tak jak i ja zaglądam. :) (linki są w tekście - ciemniejsza czcionka).


42 komentarze:

  1. Przesympatyczna lektura wieczorową porą!

    OdpowiedzUsuń
  2. Normalnie blogerska kumulacja w Tatrach. :) Sama bym z chęcią tę trasę "przegalopowała". Chociaż tego upału to Wam nie zazdroszczę. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Widoki pyszne :D dołączam się do petycji o przywrócenie szlaku ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jako, że ja głównie jeżdżę w Tatry na wycieczki jedniodniowe z lekkim plecakiem, jestem pod wrażeniem tego, że chce ci się nosić cały ten tobół :D Mam też nadzieję, że kiedyś uczulę się bardziej na piękno dolin, bo póki co to tylko zaliczam górki ;s

    OdpowiedzUsuń
  5. Jednak będziesz moją Beatrycze. Już po relacji zimowej z Hlińskiej czułem, że tam jest magicznie jak mało gdzie. Teraz się upewniłem. Tatry są małe, z większości miejsc widać świat zewnętrzny. A tu przechodzi się w inny wymiar, zapomniany przez ludzkość, nawet wędrującą.
    A swoją drogą - nawet offszlakowcom nie przychodzą do głowy Liptowskie Kopy, a to przecież widokowa grań i na wyciągnięcie nogi np. z Gładkiej. Można wybrać się zimą na wycieczkę z Piątki. Chodzi mi to po głowie od dawna (bo akurat nie ciągnie wspinaczka, wolę chodzić na nogach i podziwiać widoki).

    Co do wody. Są na to tabsy, choć tym razem nie z Biedry, prędzej z allegro. Javel lub oasis na odkażanie, litosarl z solami i mikroelementami, które się wypaca, a których za wiele nie ma w wodzie z jeziora.

    I na koniec myśl ogólna. Gosiu, jak wpadłem na Twojego bloga kilka miesięcy temu, to mnie porwał klimat dzikiej miłości do gór, podniebnego szaleństwa. To się w Tobie kłębiło i gnało Cię po nocy, aby choć na chwilę ich dotknąć. Czuło się to w każdym zdaniu. Przez trzy lata przeszłaś mnóstwo, miłość się trochę nasyciła, to napięcie trochę opadło. Blog stał się bardziej refleksyjny, stateczny, nawet styl się zmienia. Nie żebym miał zastrzeżenia, ale to chyba musi być trudny moment. Nie da się powtarzać ciągle tego samego. Potrzeba nowego wyzwania. I jeszcze aby przy tym nie zagubić siebie (w cholernym kapitalizmie o to łatwo - ilu to piosenkarzy zaczęło ambitnie, a potem popadło w komercję, bo to się lepiej sprzedawało). W każdym razie - trzymam za Ciebie kciuki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasycenie górami to jedno, ale jest też drugie dno. Wtedy: te mroźne Krywanie, nieprzetarte doliny, rozciaptane Łomnice bez czekana i inne, czasem głupawe pomysły, wtedy ja cierpiałam na głęboką depresję i naprawdę było mi wszystko jedno, czy wrócę do domu. Teraz jest inaczej.

      A do wody planuję kupić filtr, ale to już na następny sezon, teraz się zaczynam rozglądać raczej za spodniami na zimę.

      A Liptowskie Kopy - zdziwiłbyś się jak wielu przychodzą do głowy. ;)

      Usuń
    2. I nie nazwałabym tego momentu trudnym. Jest pod wieloma względami idealnie, aż się boję, że coś nagle rypnie. Także jeśli chodzi o góry - nie czuję tego bolesnego głodu, co kiedyś, nie mam potrzeby udowadniania czegokolwiek sobie lub komuś (a kiedyś miałam). Celowo dawkuję sobie wyjazdy, żeby mieć też czas o nich pisać i za nimi zatęsknić. Nic się nie wypaliło, ani nie wypala. Constans. Mega przyjemny constans.

      Usuń
    3. Czyli dobrze wyczułem, że tam było silne napięcie. Kurczę, a mnie to naprawdę poruszyło, czułem, że to jest, powiedzmy, trochę przegięte, a jednocześnie mnie oczarowało.

      W takim razie trzymam kciuki, aby było dalej spokojnie. I czekam na relację z Kop. No chyba, że Cię uprzedzę. :)

      P.S. Taki blog to kupa siebie wyraziście utrwalona. Spojrzysz na to za 20 lat, pomyślisz "Boże, to byłam ja". Żyjesz, zapisujesz, granica między życiem a tworzeniem się zaciera, w końcu odkrywasz, że Twoje życie jest w pewnym sensie małym dziełem sztuki, ulotnym i jednocześnie utrwalonym dla innych. A oni mogą spojrzeć na Ciebie jak na postać literacką, ewoluującą na ich oczach.
      Taaa, blogi zmieniły świat.

      Usuń
    4. (I jeszcze całkiem poważnie: Jeśli zdołowana potrafiłaś tak chodzić, i do tego nic Ci się nie stało, to chyba bogowie Cię lubią i nic już Cię nie złamie, nawet jak świat zawali się na głowę. Możesz spać spokojnie. :)

      Usuń
    5. @Fil Gor - ja też śledzę bloga od dawna i też zauważyłam zmianę. Ps. Ty tak ładnie piszesz, że może sam powinieneś bloga założyć
      @Gosia - znam ten niepokój, kiedy jest za dobrze i czekasz, aż coś nagle pierdolnie...
      Kopy Liptowskie wyglądały bardzo zachęcająco ;-)

      Usuń
    6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  6. "W sensie, że jak jakaś zwierzyna mi gdzieś nagle wylezie, coś gdzieś ryknie, krzaki wymownie chrząkną, fukną albo się poruszą, to przynajmniej będę miała komu powiedzieć, że się zesrałam." Niech Bóg da mi Ciebie kiedyś na szlaku:-) za takie teksty kufelek Ci się Gosiu należy!

    OdpowiedzUsuń
  7. super :) świetny styl pisania

    OdpowiedzUsuń
  8. Kilka lat temu widziałem na Wrotach 2 osoby pochodzące od Słowacji + tych 2 Słowaków teraz to jest 4...faktycznie nie więcej niż 5 (bo kto by się tam jeszcze zapuszczał ;P)

    "A przez to kojący, pozwalający przez krótką chwilę nie czuć się jak racuch w procesie obróbki cieplnej."
    hahaha =D

    OdpowiedzUsuń
  9. Czytam bloga od dawna czekam z niecierpliwością na każdy wpis jest i powiem tylko jedno dzięki że jesteś

    OdpowiedzUsuń
  10. Szlak został zamknięty z prostego powodu - jest to najniższe miejsce w głównej Granit Tatr i tedy zwierzęta przechodzą na drugą stronę. Te bardziej płochliwe nie przejdą gdy wyczuwa choćby zapachowe wspomnienie po człowieku. A materiał genetyczny ma się mieszać, żeby wszystko nie zostawało w jednej rodzinie/dolinie. Ale kto by się tym przejmował...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. " Najniższymi, głębokimi wcięciami w całej grani Tatr są Palenica Jałowiecka (1570 m) i Tomanowa Przełęcz (1686 m)." - ale to oczywiście Tatry Zachodnie, jeśli zaś chodzi o Wysokie: "Najniższym punktem tej części grani jest Niżnia Czarna Ławka (1950 m) w grani Kotelnicy, inne głębsze przełęcze to Gładka Przełęcz, Żabia Przełęcz, Wschodnie Żelazne Wrota czy Świstowa Przełęcz." (źr. Wikipedia)

      Żadne z tych miejsc nie występuje w powyższej relacji.

      A jeśli chodziło Ci o Wrota Chałubińskiego, to rozumiem, że zapach ludzi przychodzących szlakiem z Polski zwierzakom nie przeszkadza?

      Usuń
    2. Słowacka Dolina Piarżysta jest rezerwatem. Przez samą Kotelnicę nie szłyście ale jakoś do tych niskich punktów na grani zwierzęta mają dotrzeć.

      Zwierzętom pewnie wszedzie przeszkadzają ludzie w Tatrach. Pytanie czy należy pakować się do rezerwatów.

      Usuń
    3. A zwierzęta na polach i w lasach wokół ludzkich domostw ,którym nie przeszkadza zapach człowieka,i grasują sobie niszcząc ludzką pracę ?Myślę , że zwierzęta potrafią przejść wtedy kiedy ludzi nie ma w pobliżu.Chociaż nie wiem ,czy dla ludzi to dobrze ,że wymiesza się materiał genetyczny tylko tych bardziej odważnych....(kij w mrowisko).

      Usuń
    4. Gosiu, szkoda, że nie potrafisz przyznać racji autorce komentarza, choć jej argumenty są nie do zbicia - wędrowka poza szlakiem, po terenie, ktory jest korytarzem dla dzikich zwierzat. No chyba, ze mialas na to pozwolenie wladz parku, ale zakladam, ze gdyby tak było, napisałabys o tym.

      Usuń
    5. Nie nie umiem, tylko nie chcę, bo moje zdanie w temacie jest inne. Zbrodnia na przyrodzie odbywa się dzień w dzień na szlaku do Morskiego Oka (i nie chodzi mi o konie) i w wielu innych tatrzańskich miejscach.

      "Wandalizm na znakowanym szlaku bardziej jest godny potępienia niż turystyczna kultura w ścisłym rezerwacie. Najwyższym zaś przejawem wandalizmu jest zgodne z prawem lecz wyłącznie utylitarne spojrzenie na Tatry" W. Cywiński w jednym ze swoich przewodników (który w całości dotyczył ścisłego rezerwatu)

      Usuń
    6. Kołqacze mi się po głowie, że ograniczenia w ruchu Polska-Słowacja wprowadzano częściowo z powodu "Solidarności" (aby utrudnić kontakty polskiej opozycji przez góry), a częściowo, aby ograniczyć napływ Polaków po otwarciu granic). Dlatego poznikały szlaki przez Tomanową, Zawory, Gładką, Wrota i Chłopka. Nas jest dużo, Słowaków mało, więc bronią swoje Tatry. Tym bardziej, że jak przejdziemy rano i wrócimy wieczorem, to nawet nie zarobią na nas. I tak im turystów ubyło, jak wprowadzili euro.

      Usuń
    7. Uwazam takie podejscie za szkodliwe, i co gorsza zachecajace inne osoby- chociazby czytelnikow bloga - do pojscia w Twoje slady. A skoro są jasne przepisy mowiace, ze turysci maja prawo poruszac sie wylacznie po oznaczonych szlakach, to czemus to jednak sluzy. chociazby temu, zeby nie zadeptywac calych Tatr.mozna tu przeczytac opis fajnej wycieczki, obejrzec przepiekne zdjecia i pomyslec, "a co, to ja tez sobie tak pojde. a ze nie ma tam turystycznego szlaku? phi. A wlasciwie to na mapie Tatr to jest cala masa sciezek, ktore nie sa szlakami, tez sobie pochodze, a co" Jak wiele osob, czytam Twojego bloga z przyjemnoscia, wiele razy znalazlam tu informacje i pomoc, ale chodzenie poza szlakami jest dla mnie po prostu łamaniem przepisow i brakiem szacunku dla gor. a argument, ze inni co chodza po szlakach, gorzej sie zachowuja, to jest slabe tlumaczenie.ja robie zle, ale hej, inni robia gorzej!" Po cos te scisle rezerwaty powstaly - wlasnie po to, zeby sie tam ludzie nie pakowali.

      Usuń
    8. Też widzę ten problem - Tatry są zadeptywane i trzeba je chronić przed ludźmi. Ale jak to pogodzić z interesem ludzi? Głównie tych, co naprawdę kochają góry.
      (1) Chodzić po szlakach i nocować na nich. Też zakazane, ale mniej.
      (2) Chodzić zimą. Wtedy zdaje się rezerwaty są mniej chronione.
      (3) Chodzić jako taternik. Przynajmniej wejdzie się na granie, gdzie nie ma szlaków.
      (4) Chodzić, gdzie się chce, ale o tym nie mówić głośno.
      (5) Cofnąć się w czasie o sto lat, gdy Tatry były dziewicze i nic nie było zakazane.
      (6) Zburzyć Zakopane, bo to ono gna w Tatry setki tysięcy ludzi, którym jest wszystko jedno, gdzie idą, a że akurat przyjechali do Zakopanego, to idą w Tatry.
      (7) Jeździć w Alpy. Autobus nocny do Wiednia (z Krakowa - ostatnio 30 zł). Dalej pociąg w promocji 25 euro - i w południe jest się pod główną granią Wys. Taurów. Można spać w namiocie, choć zimno, zaopatrywać się w licznych marketach w dolinach, i nie mieć żadnych ograniczeń. Tam nawet niedźwiedzi nie ma! Najdrożej wychodzi woda w schroniskach, więc filtr/tabletki przydatne.
      http://www.alpenvereinaktiv.com/de/tour/klagenfurter-jubilaeumsweg-vom-hochtor-auf-den-hohen-sonnblick-3-106-m/14729288/#dmlb=1

      :)

      Usuń
  11. Upał jest nieznośny, lecz deszcz jeszcze gorszy i to chlupotanie w butach...
    A propo może jakiś sprawdzony schroniskowy sposób na suszenie butów?
    Pozdrawiam
    Kamil

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie myślałaś, aby zostać pełnometrażową celebrity? Masz tu grono fanów zafascynowanych Tobą. Czasem odzywają się nieśmiało, częściej pewnie milczą. Nie myślałaś, by robić dla nich spotkania? Wynajmujesz salę (u siebie, albo objazdowo), rozprowadzasz bilety. Pewnie będzie jakaś biurokracja, imprezy masowe, ale może jakoś da się to obejść. Na spotkaniu opowiadasz o wyjazdach, doradzasz, odpowiadasz na pytania, pokazujesz slajdy, fotografujesz się na ich tle z chętnymi. Masz sporo fajnych zdjęć siebie, robisz magnesy i kubki, rozprowadzasz z dedykacjami. Jeśli tylko nie przemyci się jakiś filanc, polujący na Ciebie z plikiem manatów, będziesz miała na wyjazd gdzieś dalej - Alpy, Kaukaz, Himalaje, a to napędzi kolejnych fanów. Czytelnicy chcą poznawać góry za Twoim pośrednictwem, a Ty będziesz im to umożliwiać. Wspólnymi siłami wszyscy będziecie szczęśliwsi, podśpiewując "High ho, high ho, it's off a trail we go."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprzedawać bilety na spotkania z sobą?! No bez jaj.

      W najbliższym czasie mam w kalendarzu dwie prelekcje. Zapraszają, oddają za bilet (albo nawet trochę więcej), to ja owszem, chętnie. To coś nowego, sama jeszcze nie wiem, jak się w tym odnajdę. Ale widzę jednak wyraźną różnicę pomiędzy udzieleniem prelekcji, na którą ktoś mnie zaprosił, a zorganizowaniem jej sobie samodzielnie - z biletami...

      Usuń
    2. Mówiłem - nowe wyzwania. :) Chodząc tak jak chodzisz, i pisząc tak jak piszesz - dajesz ludziom coś, czego pragną. Dzięki Tobie mogą zobaczyć, odczuć góry tak, jak sami by nie mogli. Robisz to dla nich, nie tyko dla siebie. Ja w każdym czuję się wzbogacony (omal nie napisałem: ubogacony) przez to, że tu trafiłem. Nagle uniosły się mogły i zobaczyłem nową perspektywę. I zagnało mnie na Hruby, zresztą dzień po Tobie.

      Usuń
  13. Ja Ci proponowałem zorganizowanie spotkania z Twoimi autentycznymi fanami z bloga. Natomiast prelekcja... a wiesz, kto tam będzie? Może przyjdą osoby sceptyczne wobec Twojego modelu chodzenia. Suchej nitki na Tobie nie zostawią - ryzykujesz życiem, propagujesz ryzyko, zadeptujesz rezerwaty. Ty się dobrze zastanów, co powiesz, jak padną takie zarzuty. (Ja wiem, co bym powiedział. Że może to naganne, ale... pcha człowieka tak kosmiczna siła, taka miłość do gór, że nie sposób tego powstrzymać. W ostateczności lepiej jak spojrzą na człowieka jak na opętanego niż uporczywego antyspołecznego szkodnika.)
    Trochę argumentów masz tutaj:
    http://www.tatry.przejscia.pl/pl/node/940

    Właściwe w ogóle się zastanawiam, co chcesz powiedzieć. Będziesz namawiać, aby inni tak chodzili jak Ty?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zamierzam dzielić czytelników bloga na fanów autentycznych, mniej autentycznych i nieautentycznych. Nie zamierzam też selekcjonować osób, które zechcą się ze mną spotkać. Przy okazji - skąd Twoja pewność, że na spotkanie zorganizowane przeze mnie i biletowane nie przylazła by jakaś menda tylko po to, żeby mi dopieprzyć? Przecież na prelekcję przyjdą te same osoby, które przyszłyby na "moje" spotkanie w danym miejscu.

      Zastanawiasz się, co chcę powiedzieć... A tak ochoczo roztaczałeś przede mną wizję zostania "pełnometrażową celebrytką". Chyba więc miałeś jakieś wyobrażenie o tym, co chciałabym powiedzieć.

      Usuń
  14. No tak, nie przemyślałem do końca. Przyjść zawsze może każdy. Rzeczywiście sugerując Ci zostanie celebrytką miałem namyśli, byś otoczyła się fanami. Mimo wszystko myślę, że jeśli formuła jest taka, że przychodzą fani, to nie-fani nie będą się zbytnio pchali (pomyślałem raczej o filancu z plikiem mandatów).Co innego skrytykować na forum, a co innego kupować bilet i przychodzić tylko po to, aby się czepiać.
    Co byś wtedy mówiła? To, co w blogu, bo ton on zjednuje Ci fanów.

    Nie wiem, co to za prelekcja, jakie jest hasło. Spotkanie dla fanów Rudej - czy spotkanie z niebezpiecznym typem turysty offszlakowego. Po prostu nie wiem. Ale jak to nie będzie spotkanie fanów, tylko prelekcja do niesprecyzowanej publiczności, to solidny namysł jest potrzebny. Bo to, jak chodzisz, jest specyficzne i myślę, że nie należy tego tak po prostu propagować do dowolnej publiki, np. początkujących turystów.

    Oczywiście możesz się spotkać i z fanami, i z ewentualnymi wrogami. Ale to są zupełnie inne spotkania i inaczej trzeba mówić. Moje uwagi są życzliwe, a już wyczuwam pewną irytacje u Ciebie. A jak zareagowałbyś na frontalną krytykę? W pliku o tajemniczym tytule "o mnie" zasugerowałaś, by krytycy zmykali z bloga. Na prelekcji chyba tak nie powiesz...
    Ale oczywiście to może być prelekcja dla tatromaniaków i obędzie się bez problemów. A gdzie ta prelekcja i kiedy? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W "o mnie" zmykania z bloga nie sugerowałam krytykom, tylko osobom, które po przeczytaniu konkretnego fragmentu tamtego tekstu uznały, że się przechwalam. To nie to samo.

      Jakie będzie hasło prelekcji - jeszcze nie wiem, jeszcze nie wymyśliłam :D. Znaczy za 5 dni mam pierwszą prelekcję, ale to akurat dla laików, którzy raczej nie znają bloga i mam mówić o turystyce. A nad drugą na razie myślę. Będzin, 21 października.

      Promować ją będzie sam pub, w którym się odbędzie, no i ja, a zatem spodziewam się obecności głównie czytelników jednak. Jest otwarta, przyjdzie, kto zechce. Tego się nie boję. Raczej się boję, że na dłuższą metę nie będę miała o czym gadać, bo ja to raczej pisać lubię.

      Moja irytacja wynika ze sprzeczności Twoich komentarzy, a nie z Twoich uwag. Najpierw:

      "Mam cudowny pomysł! Rób spotkania z ludźmi, mów do nich, sprzedawaj im kubki, rób sobie z nimi za kasę zdjęcia!"

      a zaraz potem:

      "O Jezu! Masz prelekcję?! Zjedzą cię tam, zaszczują. Olaboga!"


      Wiem, że przejaskrawiłam, ale tak to dla mnie wyglądało.

      Ja sobie doskonale zdaję sprawę z charakteru mojego chodzenia po górach. Ale wierz mi, nie jestem pierwsza, która się takim rodzajem chodzenia dzieli z publiką. I nie mam na myśli innych blogerów, a chociażby Cywińskiego.

      A poza tym wszystkim: kurwa mać! Jestem dużą dziewczynką, poradzę sobie.

      Jak szłam na Durny, to kolega cały czas się odwracał i mówił: "chcesz linę? może ja ci jednak rzucę linę? czekaj, nie idź, dam ci linę". Niby to miłe było, ale za którymś razem myślałam, że go pogryzę. Nie chcę liny. Jak będę chciała, to powiem.

      Rozumiesz metaforę? :)

      Usuń
    2. No dobra, jestem nadopiekuńczy. Też tego nie lubię. :) Ale wyhamuję bo powiedziałem już wszystko, co chciałem powiedzieć. Z maluchami sobie dajesz radę, to z dorosłymi nie dasz? Ale pamiętam jak byłem na jakiejś prelekcji buddystów. Jak ludzie ich atakowali (wiadomo - obca religia), zawsze życzliwie się uśmiechali do tej osoby i mówili, że rozumieją jej postawę (czy jakoś tak). Będzin za daleko. Zobaczę Cię innym razem. Znów będę trzymał kciuki. Jak pewnie i inni Twoi fani, którzy się ujawniają. :)

      Usuń
  15. P.S. To nie jest tak, że trzeba być mendą, aby mieć krytyczny stosunek do chodzenia od grani do grani Krywania w chmurach mrozie i śniegu. Są różne poglądy, ja należy chodzić po górach, i różne racje. Twoje wyczyny były skrajne, wiec i reakcje mogą być silne. W każdy razie dobrze jest poćwiczyć buddyjskie znoszenie krytyki.

    OdpowiedzUsuń
  16. Cześć,Gosia.Jestem jednym z tych anonimowych fanów Twojego bloga,którego czytam już dłuższy czas.Raczej fanką.Długo myślałam,co Ci napisać,i czy w ogóle...Powiem jedno słowo: DZIĘKUJĘ.Za to ,że realizujesz coś,co sama chciałabym robić;niestety brak czasu a także ODWAGI.Z przyjemnością czytam i chłonę...Czuję się,jakbym tam była,sama,gdzieś tam, na szczycie...Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaraz mnie zabanują, ale psychoanaliza to mój konik i nie mogę się powstrzymać. :(((( Gosia chodzi, bo to kocha, pisze, i cieszy się, jak jej teksty się podobają. A tu nagle okazuje się, że są fani, których te teksty poruszają, wiele dla nich znaczą. I tak wyłania się nowa rola: liderki, osoby trochę odpowiedzialnej za fanów. A mówiłem, że będą nowe wyzwania. Nie tylko constans.
      :)

      Usuń
  17. Przepiękne zdjęcia! Jest ich sporo więc dzięki Tobie przeniosłam się trochę w te górskie klimaty.

    Pozdrawiam Serdecznie

    http://psychologpopracy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  18. chętnie bym dołączyła do wspólnej wędrówki :)

    Pozdrawiam
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
  19. Fil Gor
    jesteś samotny, prawda?
    Pobaw się psychoanalizą siebie samego i uważaj, co ci wyjdzie. :D

    Mój zdecydowany głos przeciwko opisywaniu/upublicznianiu wycieczek pozaszlakowych, a tym bardziej po rezerwatach.

    Mimo szacunku i sympatii dla Autorki bloga.

    OdpowiedzUsuń
  20. Kurczę... że też dotychczas nie trafiłem na ten wpis?! A tyle szukałem info o odcinku Liliowe - Zawory. Planuję zrobić to z wejściem na Gładką i zejściem do Piątki.

    OdpowiedzUsuń
  21. Poprzez (fascynujący) opis swojej nielegalnej wycieczki poza szlakiem możesz przecież przyczyniać się do popularyzacji takiej postawy wśród swoich czytelników. Wtedy fragment z Cywińskiego, którym się zakrywasz, nie ma żadnego zastosowania - droga do Moka wylewa się poza szlaki. W twoje ślady pójdą pozostali, rozgrzeszeni postawą twoją i Cywińskiego.

    OdpowiedzUsuń