piątek, 9 września 2016

Samotność w tłumie - Kościelec oraz Świnica na zachód słońca


Do niedawna nie tyle nie lubiłam wyruszać w góry sama, co raczej nie wiedziałam, czy lubię. Zdawało mi się jednak, że ciężko może być mi wytrzymać cały dzień we własnym tylko towarzystwie, bez możliwości zastąpienia go internetem, gdy już mi się znudzi. Że głupio może będzie samotnie siedzieć przy schroniskowym stole, albo przykro nie mieć do kogo powiedzieć na szczycie: o żesz, ale tu pięknie.

Z fobii przed koniecznością całodziennego obcowania wyłącznie z własnym jestestwem, wyleczył mnie, spontanicznie zresztą, Sławkowski. A gdy dreptałam pewnego letniego ranka na Furkot, a później na Hruby, wiedziałam już, że samotność w górach lubię co najmniej tak samo mocno, jak wędrowanie nimi z kimś, z kim wędruje mi się przyjemnie. A z racji faktu, że samotność jest dla mnie czymś nowym i przez to - zapewne niestety tylko chwilowo - wpływającym na horrendalne wręcz poszerzenie skali emocji... jaram się!

Bartek ostatnio pracuje zupełnie na opak - w weekendy. Ja dysponuję wprawdzie jeszcze odrobiną wakacji, ale pogoda muruje się akurat na weekend. Jadę więc sama. Na jeden dzień umawiam się z Kasią, pozostałe dwa spędzę jednak samotnie. Profilaktycznie żywię jakąś tam obawę, że umrę z nudów, czas się przekonać, jak będzie w rzeczywistości.

Ponieważ z Kasią umówiona jestem w sobotni poranek na Liliowem, już w piątek zamierzam kręcić się gdzieś w okolicy. Z rana obieram więc za cel Halę Gąsienicową. Przez chwilę korci mnie nawet, żeby pójść przez, wieki całe nie odwiedzaną przeze mnie, Jaworzynkę, ale za budką z biletami jakoś tak automatycznie skręcam na Boczań.

Idę wolno, pozwalam się wyprzedzać i, pomimo rosnącego upału, do Murowańca docieram całkiem jeszcze świeża. Tam raczę się kawusią, a kolejną błogą posiadówkę urządzam sobie w okolicach Czarnego Stawu.


No i to by było na tyle, jeśli chodzi o realizowanie planu: "byle się dziś nie zajechać".

Wymyśliłam sobie Świnicę w godzinach wieczornych, a żeby do owych godzin wieczornych nie leżeć tylko w trawie, to obrałam za cel pośredni jeszcze Kościelec. A gdy po nad-czarnostawiańskim leżingu zerknęłam na zegarek, dotarło do mnie, że powinno zacząć mi się spieszyć... owszem, zaczęłam się spieszyć. Dodreptałam na grań Małego Kościelca z morderczo ciężkim plecakiem i na niej, zamiast podążyć w stronę Karbu, z premedytacją udałam się w przeciwnym kierunku. Minęłam kilka, coraz rzadziej występujących, chusteczkowych kopczyków i gdy miałam już pewność, że tak daleko nikt siku robić nie przyjdzie, w dziurze pod kamieniem zdeponowałam część gratów, dla pewności osłaniając je mniejszymi kamykami. Z mocno pomniejszonym bagażem szło mi się już o wiele bardziej komfortowo, choć w ściganiu się z czasem ze szlakowskazu przeszkadzał wstrętny upał. I korki w trudniejszych miejscach.


Wzbogaciwszy swoje archiwum zdjęć ze szlaku (będzie opis) i odsiedziawszy na szczycie przepisowych parę minut, ruszyłam w dół. Zagarnęłam rzeczy pozostawione na Małym Kościelcu i prawie równo o 16-tej, teraz już serio się spiesząc, pomknęłam przez Zieloną Dolinę Gąsienicową, ku Świnickiej Przełęczy (tak wiem, że tam jest taternicki skrót, ale byłam pierdołą i o nim zapomniałam).



Niewiele było tego zejścia z Karbu i nie bardzo było ono przyjemne, skoro wiedziałam, że każdy utracony metr wysokości, za chwilę będę musiała znów odpracować. I jeszcze ten upał. Dopiero w niecce pod Pośrednią Turnią przekroczyłam linię cienia. Odtąd szło mi się już przyjemniej, ale z kolei organizm zaczął sobie przypominać, że od batonika wchłoniętego do kawy w schronisku, nic nie jadł. Nie doczłapałam się na przełęcz. Jakieś dwadzieścia metrów przed końcem czarnego szlaku ciało wymusiło posiłek. Siedząc w głęboko zacienionym miejscu z kolei zmarzłam.

I na Przełęczy Świnickiej nie dane mi było się zagrzać, gdyż pomimo wyjścia na słońce, wystawiłam się dla odmiany na tamtejszą wichurę. Posiedziałam tam jednak chwilę, bo pomimo końcowego kryzysu, podejście poszło mi sprawnie, teraz więc spieszyć się już nie musiałam. Spokojnie zdążę na szczyt, zanim słońce schowa się za horyzontem.


Już teraz jednak obniżyło się znacznie i zamiast boleśnie dopiekać, oblewało skały miłą dla oka ciepłą poświatą. Wysokie partie gór niemal zupełnie opustoszały. Z rzadka tylko ktoś nadchodził z naprzeciwka, a mówienie "cześć" odzyskało sens.

Przekraczałam właśnie Żleb Blatona i coś tam sobie mruczałam pod nosem, wspominając moment przed siedmiu już laty, gdy byłam tu po raz pierwszy, a zwłaszcza swoje ówczesne emocje, jakie to miejsce wywołało, kiedy właśnie ktoś cichaczem przegramolił się przez charakterystyczne skalne przejście nieopodal. Skarciłam się, ale już w myślach, za dosyć głośne podsumowywanie pewnych zmian niemalże ontycznych, jakie we mnie przez ostatnich siedem lat zaszły, zwłaszcza, że młodzieniec, który chwilę wcześniej wyłonił się zza winkla, teraz przystanął i ewidentnie na mnie zerkał. Jeszcze chwilę szłam zakłopotana w jego kierunku, gdy w końcu oznajmił, że my się chyba znamy.

Zerknęłam na niego teraz przeciąglej i ja. Owszem, skądś kojarzę. Skąd? Yyyyyeeeeee. Zapada cisza, robi się z lekka żenująco, dopominam się więc, aby rozmówca jednak się przedstawił. Dźwięk imienia sprawia, że wypada kamyk blokujący któryś z trybików w mojej głowie, ciąg skojarzeniowy rusza w tempie lawiny i nazwisko dopowiadam już ja.

Wieczorem, pod Świnicą poznałam niechcący Krzyśka prowadzącego portal Tatromaniak. ;) Tylko czemu my sobie właściwie, Krzychu, selfie nie strzeliliśmy?!


Po miłej pogawędce, przegramoliłam się i ja za winkiel, tyle że w przeciwnym kierunku. Minęłam jeszcze jedną parę, ale ogólnie w przyjemnej ciszy pokonywałam kolejne metry podejścia. Znów zaskoczyła mnie obecność jakiegoś człowieka parę metrów dalej. Szykował się do pokonywania tych samych, co ja, łańcuchów, ale widząc mnie, zaoferował się, że zaczeka. Gdy dotarłam do miejsca, w którym stał, ze zdziwieniem uzmysłowiłam sobie, że jestem...dwa metry pod szczytem.

To już?

Człowiek przytomnie upewnił się, że wiem, co tu robię o tak późnej godzinie, a następnie oddalił się, zostawiając mnie wreszcie zupełnie samą. No... prawie zupełnie.


To czarne bydlę kracze na mnie, przysuwa się na odległość pogwałcającą moją strefę komfortu i ewidentnie próbuje wyłudzić ode mnie żarcie. A że rok temu taki sam paskud ograbił mnie pod Zamarłą Turnią, to sobie zaczynam gadać z tym gagatkiem, że już ja wiem, czego on ode mnie chce i już ja schowam wszystko tak, żeby nic nie dostał.


Oczywiście, jak na zawołanie, gdy tylko ja zaczynam gadać do siebie, do kruka znaczy się, ale jakby bez szans na odpowiedź, rozlega się cichy stukot łańcucha o granit. Demyt.

Spoglądam na przybysza i tłumaczę się z tego, co słyszał. Ten podchodzi i zadaje, jakże niecodzienne w takim miejscu i o takiej porze pytanie:

- Co to za szczyt, gdzie my jesteśmy?

Uznaję, że przybysz po prostu nie może nie żartować, więc odpowiadam, że chyba Giewont.

- Ta, jasne, Giewont - pada ze strony towarzysza, dziwnie rozglądającego się wokół szczytu i przybliżającego się do grani łączącej go z niższym wierzchołkiem - To gdzie tu się dalej idzie? - dopytuje znowu

- Nigdzie - odpowiadam lekko zdębiała i czuję się w obowiązku wyjaśnić, że jednak faktycznie nie jesteśmy na Giewoncie, a na Świnicy

- To gdzie ja doszedłem? - pada kolejne pytanie

- A gdzie chciałeś dojść?

- Nie wiem.

Uprzedzając następne pytania, szybko informuję, że na tutejszej grani nie ma szlaku i że jest trudna. Przybysz odchodzi skąd przyszedł, a ja zdębiała już na dobre, zostaję naprawdę sama, przeganiając w międzyczasie kruka, lecz tym razem staram się już nie mówić do siebie, ani do jakichkolwiek tutejszych form życia.

Był też taki sympatyczny gość :)
(przy okazji: to nie jest wróbel, a płochacz halny)


 




 

Z racji, że tylko na samiuteńkim wierzchołku łapałam jako tako zasięg i internet, siedziałam tam właśnie, już po zmroku, jakieś pół godziny, nadrabiając kontakty z resztą świata. W dole migotały ulice i samochody, ale najfajniej patrzyło mi się na pojedyncze lampki migrujące w mroku po Hali Gąsienicowej. Późni turyści, jak świetliki ciągnące zgodnie w jedno miejsce i znikające gdzieś we wnętrzu bryły schroniska. W Dolinie Pięciu Stawów też poruszały się wolno jakieś postacie z latarkami - nazajutrz, kolejnym fantastycznym zbiegiem okoliczności miałam dowiedzieć się, kim były.

Mogłabym patrzeć tak jeszcze, ale za to zeszłam odrobinę niżej, tym razem łapać kontakt z samą sobą.

Wspominałam ostatnio, że w Tatrach zdarza mi się doświadczać istnego przepływu silnych i głębokich uczuć i pięknych myśli... Może kiedyś opowiem Wam o tych ze szczytu Świnicy... ;)



27 komentarzy:

  1. Fajnie. Tak jakbym tam był.
    Będzie ciąg dalszy?

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja Ci powiem, że choć najczęściej chodzę z mężem, to najlepiej się czuję wśród gór sama. Wielokrotnie pisałam o tym całe artykuły (u siebie na blogu), dlaczego sama, co wtedy czuję itd. Moja pierwsza samotna wyprawa na dwutysięcznik była przełomowa, bo nie lubiłam szlaków górskich, całe życie nauczona chodzić po terenach nizinnych, zakochana w gęsto porośniętych lasach i wielkich jeziorach, aż tu nagle zamieszkałam w Alpach i trzeba było je w końcu polubić, bo szczerze powiedziawszy, tam innego hobby nie rozwiniesz, niżeli właśnie wędrówki po górach.
    I UDAŁO SIĘ. Łażę z mężem czy bez, coś mnie tam wciąż ciągnie... Co to może być?
    Ten koleś co to nie wiedział gdzie jest... chodzą wykręty takie po tym świecie, że strach się bać, zamiary może mieć... nieczyste.. Oo Wiesz czego najbardziej boje się na świecie? Nie dzikich zwierząt, nie najtrudniejszych szlaków, ani nawet burzy w górach. Ludzi się boję. Takich co to nie wiadomo, właśnie jak tamten.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie, jego się nie bałam. :)

      Usuń
    2. Mnóstwo ludzi lubi chodzić samotnie i to ich łączy. Czy wspólna postawa to nie powód, by wybrać się razem? :)

      Usuń
  3. zdjecie nr15 to twoj nocleg świnicki ;)?

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdjęcia o zachodzie cudowne :) Miałem przyjemność już samemu przemierzać szlaki, no i jednak to zupełnie inny sposób przeżywania. A ten zagubiony na szczycie? Może pomyślał: "A jakby to wszystko rzucić i pojechać w Tatry?":D Cudowna beztroska :D Mało to rozsądne, ale jakie romantyczne! Wziąć plecak i iść przed siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. usłyszeć od Ciebie, że moje zdjęcia są cudowne - to dopiero komplement! :P :)

      Usuń
  5. Gosiu, przyjemny artykuł i przepiękne zdjęcia. No ale muszę: nie o żesz, tylko ożeż ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no niech Ci będzie, w wolnej chwili zmienię :)

      Usuń
  6. Kolejny świetny wpis. Następnym razem przejdź się Jaworzynką, nie wiem kiedy byłaś tam ostatni raz, ale szlak został odremontowany. Nie ma już tego rumowiska skalnego, są fajne schodki. Generalnie idzie się zupełnie przyjemnie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hmmm w 2006 chyba :D tak dawno, że nawet żadnego rumowiska nie pamiętam, po prostu wolę łagodniejsze podejścia

      Usuń
  7. A może to Anioł był...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kruk czy turysta co nie wiedział, gdzie jest? :)

      Usuń
  8. Drogi współrudzielcu! ;) Chodzę sama od lat. Zdarza mi się wracać po nocy.Doskonale rozumiem tą lawinę uczuć, która towarzyszy samotnemu wejściu na szczyt. Takich emocji nie ma nigdy w towarzystwie, bo ono tylko rozprasza. Powodzenia!
    Flo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozprasza, nie rozprasza, ale zawsze mi się tam gdzieś przewinie pod kopułą, że szkoda, że jego tu nie ma ;)

      Usuń
    2. Wyglądacie z Bartkiem na dobraną parę - oboje macie w sobie górskie szaleństwo. Tylko czy on docenia, że ma taką wspaniała kobietę przy sobie? Filmuje głównie siebie...

      Usuń
    3. a to już się jego musisz zapytać, miejsce w sieci znasz, skoro widziałeś filmy :D

      Usuń
    4. Filmy są też na Twoim blogu. Ujął mnie swoim wejściem na Rysy zimą. Ciekawe, że największe przypływy szaleństwa macie, jak idziecie osobno. :) Oboje jesteście fajni.

      Usuń
    5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  9. Tell me what thy lordly name is on the Night's Plutonian shore!” Quoth the Raven “Nevermore.” brrr tylko Edgar mi przychodzi na myśl jak pomyśle o wieczorze w obecności kruka :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Gosiu, jak zwykle jesteś genialna.

    Uroki samotnego chodzenia są liczne i odkryłem je lata temu. (Tyle że jak się to polubi, potem coraz trudniej chodzić z kimś.) Przy odrobinie szczęścia niektóre z tych uroków mogą człowieka nawet przeżyć (jeśli wybaczysz mi szczyptę czarnego humory). Np. pogrzeb powietrzny (Persja, Tybet, buddyzm, zaratustrianizm) - wystawiano zwłoki, np. na wieży, aby zamiast gnić nasyciło ptaki. Przy upadku w trudno dostępne miejsce - jak w banku.


    Ale że moim zdaniem bogowie Ci sprzyjają i pożyjesz jeszcze długo, chciałem choćby częściowo odwzajemnić się za to, że Twój blog znów odkrył przede mną Tatry i podzielić się pewnym sprawdzonym patentem. Trzeba brać ze sobą trochę muzyki, wyjątkowej, posłuchać jej w wyjątkowych okolicznościach, np. w nocy na Świnicy, i potem kiedy tylko posłuchasz w domu, natychmiast przenosi Cię w góry. Np. symfonie Gustava Mahlera. Wielkie, neoromantyczne, czasem dekadenckie, nieustannie miotające się miedzy euforią i depresją, czyli doskonale dwubiegunowe.
    Druga - od dramatu do Sądu Ostatecznego, Trzecia - od stworzenia świata do ekstazy kosmicznej miłości, Piąta - ze słynnym adagietto, które miało być o miłości (grane szybko), ale zaczęto je grać wolno i wyszło o śmierci, Szósta - walka i depresja, ale słychać dzwonki krów na alpejskich łąkach. Skala emocji na miarę Twoich fotografii. Dobre wykonanie: Mahler Complete Edition
    http://chomikuj.pl/docent24/Muzyka+Klasyczna/Gustav+Mahler+-+Complete+Edition/cover
    (trzeba zacząć od folderu "cover", aby zidentyfikować pliki)

    Dla dociekliwych omówienie na mp3: http://chomikuj.pl/vivacor293/Moje+czasy+jeszcze+nadejd*c4*85+-+przewodnik+po+symfoniach+Gustawa+Mahlera

    Góry świetnie się komponują z muzyką.

    :) Paweł

    OdpowiedzUsuń
  11. Strasznie przynudzasz chłopie - weź proszę pod uwagę że to NIE jest TWÓJ blog - komentarz TAK - filozofowanie NIE

    OdpowiedzUsuń
  12. Napisalas: "...teraz już serio się spiesząc, pomknęłam przez Zieloną Dolinę Gąsienicową, ku Świnickiej Przełęczy (tak wiem, że tam jest taternicki skrót, ale byłam pierdołą i o nim zapomniałam)."

    Ten skrot mnie bardzo zainteresowal. Gdzie on jes?;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odbija zaraz pod Karbem, a potem ciągnie się pod ścianami. Widać go z Karbu. Nie wiem, gdzie dokładnie wychodzi z drugiej strony, no bo właśnie się zagapiłam i nim nie poszłam.

      Usuń
  13. Nie wiem, czy takich informcji należy udzielać publicznie, ale...

    https://mapa-turystyczna.pl/route?q=49.228818,20.011715;49.223364,20.0052704
    Początek skrótu jest tam, gdzie Gosia napisała, a koniec w miejscu pomarańczowej chorągiewki. Po przybliżeniu widoku z satelity wyraźnie widać odejście z Karbu i miejsce połączenia z czarnym, za to środek już nie bardzo ;>

    OdpowiedzUsuń