piątek, 6 stycznia 2017

Bo w ogóle, to ten cały internet to zło - czyli coś o poznawaniu ludzi

3 i pół roku temu. Lato. Jeszcze nawet nie jestem ruda. Farbuję się akurat na kolor zbliżony do naturalnego, po kilkunastu miesiącach eksperymentowania z jasnym blondem. Drżącą ręką przeklikowuję się przez formularz - zakładam bloga. Mam z tym związanych parę pragnień, dążeń i wyobrażeń, choć równie dobrze mogę to rzucić w pizdu za tydzień lub dwa.

Chcę na przykład mieć czytelników. Tak ze stu - o jeżu kolczasty byłoby bosko! Poza zaspokojeniem próżności człowieka pióra, chcę też stworzyć miejsce, gdzie zgromadzę swoje wspomnienia, doświadczenia i wiedzę - nie tylko dla siebie samej, ale też dla każdego, kto zechciałby z nich skorzystać, planując własną wycieczkę. I jeszcze po cichutku, tak jakby na marginesie, nie dlatego że to mniej ważne, a dlatego, że pewnie się nie uda - chcę znaleźć poprzez tego bloga ludzi takich jak ja. Z którymi, gdy już ich znajdę, wyruszę w góry. A zanim pójdę z nimi w góry, to przynajmniej przestanę się czuć jak podrzucone jajo.

Bziuuuuuuuuum. Podróż w czasie. Zima, za oknem pizga złem, początek roku, właśnie zepsuł mi się laptop - to już drugi, od kiedy zaczęłam blogować. Przełamałam kilka dni temu pewną barierę, niewidzialną i z totalnej dupy wynikającą zasadę, aby nie mieszać dwóch światów. Zamiast, jak zwykle, przemilczeć wyjazd, zdawkowo odpowiadając na pytania osób, które jakoś się kiedyś dowiedziały, że spędzam weekendy i inne wolne dni czasem dosyć specyficznie, tym razem sama zaczepiałam ulubionych znajomych z pracy, pokazując im na ekranie smartfona zdjęcie dziury w śniegu, w której przespałam sylwestra. Z nieukrywaną, choć pewnie nie do końca normalną radością. Z koleżanką wywiązał się dłuższy dialog, zakończony zapisaniem adresu bloga na kartce. Nazajutrz czeka na mnie historyjka:

- O, bo Gosia prowadzi bloga o górach, weź wpisz, zaraz ci podam adres...

- A ja właśnie czasem czytam jednego bloga o górach. Dziewczyna tak fajnie pisze. Nazywa się ruda z wyboru.

- O... no to właśnie Gosia.

I myślę, że to bardzo fajnie podsumowuje kwestię ewolucji mojego małego marzenia o setce czytelników... ;) A swoją drogą, to z koleżanką i z jej bratem, który okazał się być moim czytelnikiem, byliśmy niegdyś sąsiadami i blog powstał jakieś 100 metrów od ich rodzinnego domu.

Okej, marzenie o byciu czytaną spełniło się zatem z nawiązką. Każdy nowy post dobija w pierwszych dniach po publikacji do przynajmniej 2 tysięcy wyświetleń, a potem ta liczba sobie zazwyczaj jeszcze rośnie. Czasem kilkakrotnie. O tak, hojna ta nawiązka. Czy udało mi się stworzyć miejsce, o jakim marzyłam? Myślę, że tak. W każdym razie czuję ogromną satysfakcję za każdym razem, gdy odpalam swoją stronę. To oczywiście zeżarło masę mojego czasu i energii, ale w chwili obecnej stanowi jeden z fundamentów mojego życia. Jestem Gosia, piszę bloga, jestem "ruda z wyboru". Nie wszyscy muszą o tym na dzień dobry wiedzieć, ważne, że wiem o tym ja.

No i pytanie o marzenie trzecie: czy udało mi się znaleźć ludzi podobnych w swojej pasji do mnie, górskich zapaleńców, którzy niekoniecznie przytulają każdy kamień i wchodzą wyżej, by być bliżej Boga, ale którzy dostają autentycznego pierdolca, gdy siedzą za długo na równinach?

Nie od razu byłam odmieńcem. Nikt, kogo znałam, po górach nie chodził, nie chodziłam i ja. Nie miałam czego wysysać z mlekiem matki. Nie miałam kogo naśladować. Góry zobaczyłam po raz pierwszy w ekranizacji "Panny z mokrą głową" i brakowało mi pomysłu, czemu niby miałabym się tam kiedykolwiek wybrać. Na wycieczkę szkolną mogłam pojechać gdziekolwiek indziej. Doprawdy, łatewer, na wycieczki jeździło się, żeby chować piwo, a potem je wypić, a potem być dumnym, że się je schowało i wypiło. A nie po to, żeby zwiedzać, no błagam.

- Był ktoś kiedyś w Zakopanem? - spytała pani Bożenka, geograf, nasza ówczesna wychowawczyni

- Co? Czy był ktoś kiedyś zakochany? - odpowiedziała jakże rezolutnym pytaniem jedna z koleżanek

I tak to się zaczęło. Bo nie, większość z nas nie była w Zakopanem, z zakochaniem to już różnie. No więc, pojechaliśmy. No więc, wypiłam oczywiście niejedno piwo, za to jedyny raz w życiu widziałam, jak ktoś autentycznie opuszczał się z balkonu na związanych supłem prześcieradłach. No więc tak - byłam nastolatką z całym nastoletnim podejściem do życia. Ale wszystko to nie zmieniło faktu, że coś mnie wtedy skleiło z tym miejscem na najbliższych kilkanaście lat, jeśli nie na zawsze.

A potem nastał czas, kiedy prawie nikt tego nie rozumiał. Tyle dobrze, że trafiałam na facetów, którzy kumali bazę, dzięki czemu miałam w ogóle z kim jeździć... Jeździć raz na rok oczywiście, bo jeżdżenie w góry częściej wydawało się niewytłumaczalne dla ogółu społeczeństwa.

Gdy powstawał blog, drugi ze wspomnianych facetów był akurat przy mnie, ale albo już czułam, że nie będzie zawsze... a raczej to ja nie będę przy nim zawsze, choć niby powinnam, albo po prostu potrzebowałam więcej realnych, z krwi i kości, ludzi, dookoła siebie, którzy powiedzą: chcesz jechać w góry? to jedź! pieprz nieposprzątaną chatę i wszelakie inne zaległości, jedź, to zrobi ci najlepiej.

A właściwie nie. Nie, którzy to powiedzą. Którzy nie muszą tego mówić, bo wystarczy, że wiem, że sami zrobiliby to samo.

W przeciwieństwie do: "idą święta, trzeba sprzątać", "a kiedy dziecko?", "drewno na opał takie nieporąbane, pieniądze takie niezaoszczędzone" itp.

Czy takich znalazłam?

Równocześnie ze stawianiem pierwszych kroków na blogu, zaczęłam polubiać wszelkiej maści fanpejdże tematyką oscylujące wokół gór i dołączać do fejsbukowych grup tatrzańskich. Może nie od razu pokochałam ideę pisania otwartych postów w stylu "idę jutro w góry, kto ze mną?", może właściwie... nie jestem do niej przekonana po dzień dzisiejszy, ale sama przynależność do tych grup i obserwowanie przeróżnych profili, dały mi wyobrażenie o tym, jak duża jest społeczność górskich świrów, których tak bardzo potrzebowałam. Dosyć szybko zorientowałam się, że i w owej społeczności jednak da się wyróżnić kilka podtypów człekokształtnych zwierząt górskich, a ja nie z każdym z nich niestety się dogadam.

Ponadto, choć może wylewanie się od ponad trzech lat na blogu świadczyłoby o czymś innym, ale ja naprawdę zawsze byłam dupą wołową, jeśli chodzi o nawiązywanie przyjaźni i znajomości. To, że w ogóle znałam jakichś ludzi wynikało zwykle z tego, że po prostu z jakimiś ludźmi chodziłam do szkoły, studiowałam, wynajmowałam stancje, więc znajomości wychodziły same przez się. Czasem marzyłam, że którąś z takich znajomych grupek zaciągnę kiedyś w góry, oni złapią bakcyla i tak sobie będziemy od tej pory razem jeździć, ujęcie zachodzącego słońca, żyli długo i szczęśliwie, the end. Jedną kiedyś nawet zaciągnęłam i wiem, że dziewczyny po dziś wspominają mile tamten wypad, ale od tamtej pory je w góry nie zaniosło.

Nie miałam szczęścia trafiać na ludzi, którzy by preferowali cioranie po górach jako ulubioną formę aktywności. Nie i już. A wyciąganie kolejnych znajomych na górskie szlaki i podejmowanie usilnych starań zarażenia ich swoją szajbą... no nie, nie tędy droga.

Myśl o tym, że droga może wieść tędy, przez bloga, była totalnym strzałem w ciemno. Bo w końcu, na ile można poznać człowieka przez internet? Czy na tyle, aby wyruszyć z nim na górską wycieczkę?

I tak i nie. Ale to tak, jak w nie-wirtualnym świecie. Nigdy nie wiesz, czy ktoś będzie odpowiednim dla ciebie kompanem w górach, dopóki z nim w te góry nie pójdziesz. Po paru latach nawiązywania znajomości w sposób, który każdorazowo szokuje moją babcię, kiedy już jedna trzecia moich znajomych na fb, to znajomi górscy, a połowa tego, co widzę na feedzie, to góry, stwierdzam, że przez internetowe rozmowy poznałam paru ludzi lepiej niż znam niektórych takich, co z nimi od pięciu lat pracuję. I jeszcze to, że czasem można mieć nosa, że z tym czy owym się akurat dogadam. I że warto próbować, przynajmniej dopóki w grę nie wchodzi związywanie się liną.

A naszło mnie na napisanie tego tekstu, bo na zdjęciu, które go ilustruje jestem z Kasią i Celiną, a zrobił je Arek. Kasię i Arka zaczęłam kojarzyć przez jakieś ich udzielanie się w grupach tatrzańskich, twarzą w twarz widzieliśmy się przed tą wycieczką tylko raz, dwa miesiące wcześniej, w Będzinie. A Celinę poznałam godzinę wcześniej na dworcu, przedtem wymieniając z nią tylko kilka wiadomości przez internet. Przez dwa dni nie widziałam prawie nikogo poza tymi ludźmi, wykopaliśmy sobie razem norę w śniegu i obok siebie w niej spaliśmy. To były świetne dwa dni.

A przedtem było mnóstwo innych, też rewelacyjnych, relacje w archiwum bloga pełne są imion, które pojawiły się w moim życiu w podobny sposób.

Dla takich dni, dla takich chwil, dla poznania takich ludzi zakładałam tego bloga. Mission completed. ;)

Jeżeli kiedykolwiek napiszę tę cholerną książkę, to mam już dedykację. Ludziom, z którymi chodziłam w góry.

14 komentarzy:

  1. Jest tyle czynników, które mogą się nie zgrać z kompanem poznanym przez internet, że sam mimo dołączenia do grup poszukujących jeszcze nigdy nie spróbowałem jechać z kimś obcym - tempo, poglądy, poczucie humoru... Jak żaden ze znajomych nie chce jechać to uderzam sam. Może kiedyś się przełamię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo masz znajomych, którzy chodzą w góry. Ja w pewnym momencie nie miałam wyjścia - albo ludzie z internetów, albo nikt ;)

      Usuń
    2. Zdjęcia na fejsie robią robotę. Znajomi widzą, też chcą jechać i później znajomi znajomych... :)

      Usuń
    3. Moi ograniczają się do komentarzy w stylu: "podziwiam"...

      Usuń
  2. A film jak i zapewne cała wyprawa - miód :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Strasznie lubię Cię czytać, bo szczerość aż bije z ekranu. Dodatkowo zerkam czasami na starsze teksty i widzę, jaką drogę przeszłaś od tych licealnych pierwszych westchnień ku górom, aż do tego miejsca :) To akurat działa na mnie pokrzepiająco!

    OdpowiedzUsuń
  4. Zawsze mnie to zastanawiało, że na grupach jest tyle ludzi lubiących chodzić po górach, a wokół prawie nikogo z kim można jechać. Ale dzięki temu zaczęłam jeździć w góry z PTTK i poznawać inne pasma. W międzyczasie znalazło się towarzystwo na prywatne wyjazdy i po trzech latach w końcu wróciłam w Tatry. Już tak mnie nosiło, że zastanawiałam się czy nie jechać samej ;) Co do znajomości z internetu to właśnie tak poznałam fantastyczne osoby, kumplujemy się od ośmiu lat i chociaż mieszkamy w rożnych miejscowościach to widuję się z nimi częściej niż z niektórymi koleżankami z tej samej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Superancki tekst. Bardzo miło się Cibie czyta.
    Od 15 lat (a mam 54) co najmniej raz w roku wraz z żoną i znajomymi wyjeżdżamy w Tatry. Inni znajomi też mówią "o super fajnie, że coś tam zdobyliście", ale ogólnie nie ogarniają jak można tyle lat jeździć w jedno miejsce. Szkoda że tak późno zaczęliśmy i już nie wszystkiego spróbujemy. W tym roku w planie przełęcz pod chłopkiem (żona jeszcze nie wie)

    OdpowiedzUsuń
  6. Gośka, masz dar, kobieto. Widać, że znalazłaś swoje miejsce na ziemi, w blogosferze, na dodatek jesteś inteligentną babką z łatwością przekazania myśli i wrażeń. Wydaje mi się, że napisałabyś ciekawą książkę i doprawdy chętnie bym ją przeczytała mimo, że tematyka górska nie jest mi wyjątkowo bliska. Dygresje i literacki flow robią całość.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla mnie blog Gosi jest swego rodzaju skarbnicą wiedzy, z której korzystam przy moich wyjazdach w Tatry. Właśnie ta lekkość przekazu powoduje, ze czeka się z utęsknieniem na kolejny wpis. Trzymaj tak dalej Gosia. Pozdrawiam Hanka

    OdpowiedzUsuń
  8. Dla mnie internet to świat równoległy, ani gorszy, czasem lepszy. Poznałam w internecie wielu fantastycznych ludzi, o podobnych zainteresowaniach, co nie znaczy, że z każdym chodzę w góry. Znalezienie dobrego górskiego kompana to nie lada sztuka i szczęście i chyba nie ma znaczenia gdzie go poznamy. Jak ma do nas pasować to będzie - tak jak w życiu. Żeby tyle samo chciał i mógł, tyle samo ryzykował i potrafił czasem dać pozytywnego kopa... To trudny temat. Osobiście też już mam dość namawiania innych i organizowania, a potem wysłuchiwania narzekań, że za długo, za daleko, że po ciemku... To prawda nie tędy droga! Dlatego coraz częściej chodzę sama, tyle, że w Tatry wciąż na solo brak mi odwagi. Świetny blog, czytam często. Gratuluję. Zazdroszczę młodzieńczych sił i tras, które dla mnie już pewnie zostaną tylko marzeniem. Powodzenia w dalszym blogowaniu i zdobywaniu szczytów. I być może do zobaczenia gdzieś w górskim realu. A Jarząbczy... marzenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zakładam na wstępie, że odpowiadam jako turysta - turystce. Bez przesady z tą odwagą na solo w Tatry. To naprawdę nic strasznego. Góry jak góry. W trudniejszych miejscach w zasadzie i tak jest się samemu, drugi może co najwyżej coś doradzić albo dodać otuchy. Może też bez sensu nastraszyć. Zasadniczy problem leży gdzie indziej. Wyprawa samotna i wyprawa z kimś to zupełnie inne sprawy w sensie emocjonalnym i w związku z tym bardzo zależne od własnych potrzeb każdego człowieka. Oglądanie zachodzącego słońca w pojedynkę i nie to zupełnie inne oglądanie.

      Usuń
    2. Z tą odwagą, tak jak z innymi rzeczami - rzecz subiektywna, dla jednego to nic, a dla drugiego to całe "góry" przeciwności. Tak już jest, że każdy ma inaczej i jedynym wyjściem jest próbowanie i sprawdzanie co nam pasuje a co nie, do czego jesteśmy w stanie się przekonać, a do czego nigdy w życiu. W gruncie rzeczy znamy siebie tylko na tyle na ile dane nam było się sprawdzić w różnych sytuacjach. A emocje... No cóż? Zaryzykuję. Zachód słońca w pojedynkę to jedno z najcenniejszych doświadczeń w życiu i tez można się w nim rozlubować :) Pytanie tylko po co?
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  9. Przyjemnie tu być. Kiedy pierwszy raz trafiłem na Twój blog, to czytałem od samego początku. Góry zarażają. I dużo masz racji w tym, że ciężko kogoś przekonać do polubienia i zrozumienia tej "szajby". To chyba trzeba polubić samemu.

    I doskonale rozumiem Twój punkt wyjście. U mnie w domu nikt nie jeździł w góry. Nikt o tym nie myślał. Wśród znajomych podobnie. Dopiero jeden kolega wziął mnie raz i mnie wciągnęło. I tylko żałuję, że nastąpiło to dość stosunkowo późno.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń