poniedziałek, 20 lutego 2017

Turystyka zimowa - jak się ubrać, żeby nie z(a)marznąć?

Jak jest zima, to musi być zimno. Takie są odwieczne prawa natury i wiemy o tym, jeśli nie od zawsze, to przynajmniej od kiedy liznęliśmy filmowego portfolio Barei. No i niech sobie będzie zimno - dookoła Ciebie. Bo Tobie zimno być nie musi.
Popatrz na zdjęcie. Na zdjęciu jest zima. I jestem na nim ja. A na mnie jest uśmiech. Gdybym zamarzała, to bym się tak przecież nie szczerzyła. ;)

(Edit: kilka lat później wszyscy morsują i mój uśmiech na wypizganej połoninie nie ma szans zrobić już na nikim, wrażenia)


Zima to twój wróg! Zaraza, gangrena, franca. Pora, kiedy wszystko na chwilę umiera i my też byśmy pomarli, wcale nie na chwilę, gdybyśmy się odpowiednio prędko nie nauczyli szyć sobie ubrań ze skór zwierząt (no, albo przynajmniej na nie zarabiać). Zima utrudnia nam codzienne funkcjonowanie. To przez nią ogromne wydatki na ogrzewanie, przez nią smog, przez nią maratony kataru i innych infekcji (edit: i druga fala covida!) oraz liczne złamania i skręcenia kończyn dolnych (edit: górnych też; ostatnio, wracając ze spaceru na Halę Kondratową, wyjebawszy się dwukrotnie, z czego raz na lewą rękę - po dziesięciu dniach ręka nadal trochę boli; założenie raczków prawdopodobnie by nie bolało...). I tylko czasem, gdy akurat idziemy wyrzucić śmieci, śnieg sypie się z nieba wielkimi płatami, zaokrąglając wszystkie kanciaste kształty świata miękką czapą. Zwykle jest po prostu brzydko. Ale przecież nie wszędzie. Las zimą jest piękny, góry - zjawiskowe. No, tylko żeby na to piękno chwilę popatrzeć, zrównoważyć codzienne patrzenie na brudne od piachu chodniki widokiem dla odmiany zachwycającym, to trzeba opuścić mieszkanie czy inny przyczółek cywilizacji i centralnego ogrzewania i to na dobrych parę godzin. I jak tu uwierzyć, że w tym czasie nie zamarzniemy, skoro już gdy autobus spóźnia się dwie minuty, dostajemy na przystanku pierwszych objawów hipotermii? No jak?

A nijak. Nie uwierzysz, póki sam się nie przekonasz, sam nie spróbujesz. Niesiony ciekawością, żądzą przygody, a najprędzej - zazdrością toczącą Cię od środka na widok dziesiątek cudzych fan-ta-stycz-nych zdjęć z górskich zimowych wycieczek. Spisawszy wcześniej testament, podlawszy kwiatki na zapas i obejrzawszy uprzednio wszystkie filmy, co to je trzeba obejrzeć przed śmiercią, po prostu ubierzesz się we wszystko, co masz w szafie i wystawisz się na pastwę zimy na kilka godzin.

I zapewne Ci się to, mniej lub bardziej, spodoba. Niekoniecznie dlatego, że będzie fizycznie przyjemne, ale dlatego, że odkryjesz inne oblicze zimy. I przestaniesz jej tak bardzo nienawidzić (tudzież polubisz ją jeszcze bardziej, niż lubiłeś do tej pory ;) ).

Żebyś jednak na siebie całej zawartości szafy nie zakładał, a potem nie był zmuszony nosić jej w plecaku, jak już Ci dogrzeje i rozbierzesz się do polara; ale też żebyś faktycznie nie zmarzł i nie zamarzł - warto się przygotować. A po to, żebyś mógł z moją pomocą to zrobić, powstaje niniejszy tekst.

Zanim przejdziemy do konkretów, zapamiętaj sobie, że:

- Wyjście na szlak zimą na kilkanaście godzin, nawet przy mrozie lub wietrze, nie oznacza, że będzie Ci przez tych kilkanaście godzin zimno. Oczywiście zmarzniesz, jeśli zatrzymasz się na postój w zacienionym lub wietrznym miejscu, szybko zmarzną Ci dłonie, gdy tylko zdejmiesz rękawiczki, a i stopy od śniegu pod podeszwą mogą się wychładzać w szybkim tempie. W momentach jednak, w których będziesz iść - będzie Ci ciepło. O ile się oczywiście odpowiednio ubierzesz.

- Zawsze musisz być przygotowany na tak zwany kibel - czyli na to, że z jakiegoś powodu (np. wypadek - niekoniecznie poważny i niekoniecznie Twój własny, pobłądzenie, zasłabnięcie), będziesz zmuszony zatrzymać się w miejscu, w którym akurat będziesz i jakoś tam przetrwać do momentu rozwiązania sytuacji (np. nadejścia pomocy). Dlatego nawet przy pięknej, bezwietrznej pogodzie, musisz mieć ze sobą coś więcej niż polar.

- Nie musisz wydawać majątku, żeby wyposażyć się na zimę. Ubrania nie muszą mieć metek specjalistycznych firm, dobrą opcją jest też odkupywanie używanych ciuchów. Na facebooku działają różne grupy sprzedażowe. Zerknij też na allegro, czy inne olx-y i poluj na wyprzedaże w sklepach turystycznych i sportowych. Nie musisz też kupować wszystkiego na raz - zapewne w ramach pierwszej wycieczki pójdziesz na niewymagający spacer do schroniska, nie zaś od razu na cały Główny Szlak Beskidzki z biwakami po drodze. Kompletuj garderobę stopniowo, wtedy tak bardzo nie odczujesz szarpnięcia po kieszeni.

- Ten tekst tworzony jest przez dziewczynę, która zawodowo jest pedagogiem, a nie producentem odzieży technicznej i wszystko, co w nim umieszcza, opiera się wyłącznie (a jednocześnie aż) na jej własnych doświadczeniach turystycznych. Mam do czynienia jedynie z tym sprzętem i z tą odzieżą, których sama używam, być może nie znam wszystkich rozwiązań. Dzielę się własnymi doświadczeniami, bo spodziewam się, że dla wielu osób będą one przydatne. Jeśli Ty też chcesz się podzielić swoimi - okienko do komentarzy już na Ciebie czeka, a Czytelnicy korzystają nie tylko z moich tekstów, ale i z tego, co znajdują w komentarzach, więc śmiało! (edit: no to się trochę zdezaktualizowało. Producentem odzieży outdoorowej nie zostałam, ale zaczęłam pracować w Decathlonie na dziale z taką właśnie odzieżą i miałam okazję dowiedzieć się o niej - oraz o różnorodnych innych sprzętach turystycznych - ciut więcej.)


A teraz po kolei... od stóp do głów :)

BUTY

Buty na zimę powinny być oczywiście wysokie, za kostkę. I nie chodzi tu o ideologię "porządnych butów", którą można napotkać latem na forach internetowych, a która głosi, że dobre buty w górę, to buty za kostkę, a kto takich nie ma, ten naraża Topr. Czy coś takiego.
Po prostu jak założysz zimą niskie buty, to napieprzy Ci się do nich śniegu. Nie ma też raczej niskich zimowych butów górskich - w sensie: nie produkują takich, a przynajmniej ja się nie spotkałam (chyba, że jakieś do biegania).

 

Co ważne: jeżeli wybierasz się na wysoko położone, trudne i niebezpieczne szlaki, prawdopodobnie potrzebujesz raków. Jeżeli potrzebujesz raków, to potrzebujesz też odpowiednich butów. Wiele osób wykorzystuje do zimowych wędrówek letnie buty trekkingowe z wysoką cholewką. Pal licho to, że one są nieocieplone. Przede wszystkim, ich podeszwa - choć wydaje się stosunkowo twarda - jest zbyt miękka, by zakładać na nią raki. Oczywiście da się to zrobić, ale istnieje ryzyko, że rak się z niej zsunie w najmniej odpowiednim momencie i w najlepszym przypadku będziemy go szukać w śniegu, a w najgorszym - nagle zostaniemy w eksponowanym, śliskim terenie bez raka na jednej nodze.


Moje zimowe początki, to było właśnie cioranie po śniegu w letnich butach. I tak, zgubiłam kiedyś raka. Zorientowałam się dość szybko, znalazłam go i nie dam sobie dziś ręki uciąć, że on się po prostu nie rozwiązał, bo tego nie pamiętam. Ale nieważne, czy rozwiązał się, czy spadł przez zbyt miękką podeszwę. Ważne że spaść MÓGŁ.


Jeżeli planujesz wyłącznie spacery po płaskim terenie, bądź zdobywanie łatwych szczytów, gdzie nie ma dużej stromizny, ani przepaści dookoła (np. Turbacz), to raki będą przesadą (oczywiście możesz je założyć, ale to niewygodne rozwiązanie). Wystarczą raczki, a na najprostszych spacerach nawet same nakładki antypoślizgowe. A do raczków czy nakładek wystarczą w sumie letnie wysokie buty (o ile nie przeraża nas ich brak ocieplenia) albo zimowe buty turystyczne (niekoniecznie stricte górskie), na przykład takie (damska wersja tutaj).


Buty do turystyki zimowej trzeba impregnować, najlepiej przed każdą wycieczką, na przykład takim  impregnatem.

 
Lifehack: do butów przydadzą się ocieplające/izolujące wkładki. Można je kupić w sklepach turystycznych. A można i w... Praktikerze (być może też w innych sklepach z tego typu wyposażeniem, ja akurat kupiłam w tym) za niecałe 5 zł. Tego typu wkładki wiszą tam na osobnym wieszaczku i domyślam się, że ktoś kto je tam umieścił, chciał umilić życie panom budowlańcom i wszystkim innym ludziom, którzy wykonują zawody, wymagające przebywania na zewnątrz. Ale w turystyce też się sprawdzają. Ja w każdym razie odczułam sporą różnicę termiczną w bucie. Takie wkładki często widuję też na takich zewnętrznych stoiskach ze wszystkim i niczym (w moim mieście akurat przy dworcu).
Żeby używać takich wkładek, najpierw trzeba wyjąć oryginalne wkładki z butów, gdyż but z dwiema wkładkami może się zrobić za ciasny.

Lifehack2: jeżeli zamierzasz zabrać na zimowe wędrówki swoje letnie buty trekkingowe, to upewnij się dziesięć razy, czy rzeczywiście są wodoodporne, zaimpregnuj je porządnie i zaopatrz się w naprawdę ciepłe skarpetki. Pamiętaj, że do takich butów nie powinno się nosić raków (jeśli potrzebujesz raków - potrzebujesz też zimowych górskich butów). Aby się nie ślizgać na lodzie, lub wydeptanym śniegu, pomyśl o raczkach lub nakładkach.

Lifehack3: jeśli stopy marzną Ci zawsze i bardzo, możesz pomyśleć o zastosowaniu ogrzewaczy, np. takich. Akurat te podlinkowane aktywuje się kilkukrotnym potrząśnięciem, ale występują różne rodzaje - niektóre trzeba zagrzać najpierw własnym ciałem, w innych przełamać płytkę, która jest w środku. Ogrzewacze zapewniają uwalnianie ciepła przez kilka godzin. (do rękawiczek też są, np. takie)

Ja używam:

- pierwsze moje prawdziwie zimowe górskie buty, to były Salewa Raven Combi GTX. Dałam za nie sporo (niecałe 800 zł), używałam przez kilka sezonów. Służyły mi dobrze, tylko że były zbyt dopasowane. Gdy po zakończeniu kolejnej zimowej wędrówki moje palce u stóp znowu dochodziły do siebie przez kilka godzin (w czasie schodzenia palce dotykały czubka butów, który był twardy i zwyczajnie je zgniatał), zastanowiłam się głęboko, czemu ja sobie to robię. Buty ostatecznie sprzedałam i mam szczerą nadzieję, że trafiły do kogoś o ciut mniejszej stopie.

- teraz używam modelu Simond Alpinism , jak dotąd weszłam w nich na Kazbek oraz na... Turbacz, Babią Górę i dwie polanki. Przygodę ze mną buciki zaczęły jednak z wysokiego c i poszło im to iście koncertowo. Dla mnie są mega wygodne (ale tym razem wzięłam sobie rozmiar z dużym zapasem), odporne na wilgoć i względnie ciepłe (jak się nie ruszam, a stoję na śniegu, to jednak trochę marzną mi stópki). Ich istotną zaletą jest cena - 6 stówek za zimowe buty w góry, z rantami pod raki półautomatyczne to naprawdę nie jest dużo.


SKARPETY

Zakładanie kilku na raz niekoniecznie ma sens. Jeśli są to zwykłe, cienkie skarpetki, to może dopiero założenie dziesiątej zrobiłoby jakąś istotną różnicę w ciepłocie stopy. Ale to z kolei nie byłoby zapewne wygodne. Lepiej założyć jedne, ale takie, które faktycznie będą grzały. Tu znów wyobraźnia nam podpowiada, że mają być grube... nooo tak, cienkie być nie powinny, ale istotniejsze jest to, z czego są zrobione. Kupując skarpety do zimowej turystyki, patrzmy na ich skład. Tym, co w skarpetach grzeje, jest wełna. 5 % wełny w skarpetach to raczej mało. 40 % to już całkiem git. Oczywiście - im więcej wełny, tym  zwykle droższe skarpety.
Takie skarpety z etykietami informującymi, ile w nich czego, znajdziesz oczywiście w sklepach turystycznych.

Ja używam: trochę wbrew temu co powyżej napisałam, zazwyczaj zakładam dwie pary skarpetek - jedne turystyczne i jedne narciarskie (bo takie jakoś akurat na przestrzeni ostatnich lat kupiłam).

STUPTUTY

Stuptuty to takie ochraniacze, zakładane na buty i dolną część spodni. Składają się z paska (lub sznurka, linki itp.) przechodzącego pod butem oraz materiału owijającego łydkę (zwykle zapinanego na suwak).
Ich przeznaczeniem jest zapobieganie sypaniu się śniegu do butów (co nastąpiłoby nieuchronnie podczas brodzenia w śniegu, nawet przy wysokiej cholewce). Chronią też nogawki spodni przed zamoknięciem (lub ubrudzeniem, bo stuptuty przydają się też na błocie). Warto je impregnować.
Rzecz konieczna do uprawiania zimowej turystyki!

Ja używam stuptutów marki Quechua (takich). Chwilę po tym, jak je kupiłam, dotarła do mnie ich niechlubna legenda, jakoby miały się natychmiastowo niszczyć. Potem jednak wyjaśniło się, że te, które się niszczyły, wyglądały inaczej i najwidoczniej przerwano ich produkcję i sprzedaż, wprowadzając ulepszone. W każdym razie moje przetrwały dotychczas kilka wyjazdów i na razie wszystko z nimi ok. (wyjazdów na ten moment mają jeszcze kilka więcej na koncie i nadal wszystko z nimi w porządku)

SPODNIE

Wbrew pozorom, te na zimę wcale nie muszą być grube i ciepłe. W spodniach ważniejsze jest, żeby chroniły od wiatru i wilgoci. Nie szukaj więc raczej miłych w dotyku, prawie że pluszowych pantalonów, bo jak mocniej zawieje, to cała ta pluszowatość zda się na niewiele. Poza tym - im wyższy stopień zaawansowania turysty, tym spodnie mają być cieńsze i bardziej oddychające (bo szybciej się porusza).
Ale to, że nie muszą być ciepłe, nie oznacza, że nie mogą. Na rynku jest wiele ocieplanych modeli. Po prostu nie szokuj się, gdy szukając spodni na zimę natrafisz na takie, które są cienkie, sztywne, szeleszczące i generalnie nie wzbudzają zaufania, co do kwestii, że da się w nich wytrzymać na mrozie. Powtarzam: one mają ochronić przed wiatrem i wilgocią.
Aczkolwiek - i to dość istotna uwaga - raczej żadne (a przynajmniej ja się nie spotkałam) - spodnie turystyczne (czy wspinaczkowe) nie są wodoodporne. Często są hydrofobowe, ale to oznacza, że spłynie po nich pierwszy mokry opad, ale przy dłuższym wystawieniu na jego działanie - niestety przemokną. Zimą wodoodporność spodni nie jest szczególnie ważna - deszcz raczej wtedy w górach nie pada (a latem polecam spodnie zakładane na wierzch tylko na czas deszczu z membraną - męskie takie damskie takie, lub tańsza i słabsza wersja - męskie takie damskie takie).

Ja używam: mojego modelu spodni Simond, który zabieram na zimowe wycieczki nie ma już w sprzedaży, ale polecam np. ten model (wersja męska: klik).

Ciepło pod takimi spodniami zapewniają natomiast...

(BIELIZNA TERMICZNA) LEGGINSY

Tu zasada jest podobna do tej obowiązującej przy spodniach - im aktywniejszy turysta, tym cieńszych, a bardziej oddychających legginsów potrzebuje (to samo będzie z koszulką). Zwykle im tańszy model - tym więcej zapewnia ciepła, ale tym słabiej odprowadza wilgoć. 

Można używać bielizny narciarskiej - ta zazwyczaj jest zrobiona ze sztucznych tworzyw. Modele turystyczne są zwykle wykonane z wełny merynosa i - moi mili - jest to sztos. Merynos to taka owca, tylko powiedzmy że hmmm... egzotyczna. Żyje sobie w bardzo zmiennych warunkach, w mocno rozległych amplitudach temperatur i dzięki temu jej wełna ma specjalne właściwości. Przede wszystkim takie, że grzeje wtedy, gdy jest zimno, ale też chłodzi, gdy jest gorąco (zatem koszulkę z takiej wełny można nosić o każdej porze roku). Niestety - w porównaniu do poliestru schnie wolniej, ale ma tę zaletę, że nawet mokra, wciąż daje ciepło, zamiast przyklejać się do ciała jak zimny kompres. No i jeszcze ma włókna pokryte lanoliną, co chroni przed brzydkimi zapachami, a więc rzeczy z niej można nosić po kilka dni. Minusem jest delikatność - ciuchy ze 100% wełny merynosa są podatne na uszkodzenia i dobrze jest prać je w specjalnych preparatach (aczkolwiek ja mam koszulkę i jak dotąd ląduje zawsze w zwykłym praniu i daje radę).

Ja używam: legginsów narciarskich, kupionych parę lat temu, a więc już niedostępnych. Ale coś w tym stylu: klik.
Jeśli zaciekawił Cię merynos, zerknij tutaj.

Lifehack: w schronisku można ściągnąć spodnie i zostać w legginsach (nikogo to nie dziwi, co trzeci człek tak paraduje)
Lifehack2: spodnie warto wyprać czasem w impregnacie, wtedy ich hydrofobowość będzie się odnawiać.

 

(BIELIZNA TERMOAKTYWNA) KOSZULKA

Podczas wysiłku fizycznego dobrze jest używać odzieży oddychającej, inaczej zwanej techniczną. Wprawdzie babcie i inne ciocie wpoiły nam do głów, że nie ma nic lepszego, niż mięciutka bawełna, a cała reszta materiałów to sztucznizna, która drapie, drażni i dusi. Doświadczenie jednak pokazuje, że, no cóż, niekoniecznie. Maszerując pod górę - pocisz się. Zimą mniej niż dusznym latem, ale mniej nie znaczy, że wcale. To bardzo ważne, żeby ciuchy zapewniały wentylację, bo dzięki temu spocisz się jeszcze mniej, ale i żeby schły jak najszybciej, gdy już zamokną. A to niestety przekracza możliwości bawełny. Popatrzyłam na metki - wszelkie moje outdoorowe ciuchy zrobione są z poliestru. I takie właśnie sprawdzają się na zimowym trekkingu.
Bezpośrednio na klatę (jeszcze bardziej bezpośrednio, żeńskiej części audytorium polecam stanik sportowy zamiast zwykłego) zakładamy więc bieliznę termoaktywną, która nie tylko zapewni nam oddychalność połączoną z wysychalnością, ale i ciepełko. Nie będę tworzyć z tego osobnego lifehacka, ale ja nie wyobrażam sobie, żeby nie wpuścić bluzki-bielizny w spodnie lub w getry, co by pod wpływem tarcia plecaka nie mieć zaraz pół pleców na wierzchu.

Tutaj zatem też może być bielizna narciarska, ale z tych droższych, dających nie tylko ciepło, ale też zapewniających oddychalność i szybkie schnięcie (dupa się nie poci tak bardzo jak tułów). No albo merynos - tu babcia i ciocia będą zadowolone - w końcu naturalnie!

Ja używam: koszulki merino.

NASTĘPNA WARSTWA

Siłą rzeczy opisuję tutaj własne, subiektywne doświadczenia i przyzwyczajenia. A ja, zanim zacznę na siebie zakładać jakieś suwakowe fatałaszki, lubię mieć jeszcze coś wkładanego przez głowę - zazwyczaj z golfem. A konkretniej: bluzę (oczywiście też techniczną, z poliestru) lub polar. Przy słonecznej, bezwietrznej pogodzie, te właśnie dwie warstwy: bielizna i coś wkładanego przez głowę, w zupełności mi wystarczają, ubieram się cieplej dopiero na postojach.

Ja używam: cienkiego polaru, już niedostępnego w sprzedaży.

ROZPINANY POLAR Z KAPTUREM

Późną zimą, gdy słońce operuje już naprawdę mocno, a uczucie ciepła jeszcze się pogłębia przez to, że śnieg odbija jego promienie - w górach bywa naprawdę nieomal gorąco. Widok kogoś pnącego się zaśnieżonym żlebem w samej koszulce nie powinien wtedy szokować. Najczęściej jednak potrzebujemy, nawet w czasie intensywnego marszu, warstwy dającej ciepło. I jako taka pierwsza, jeszcze nie gotująca nas w środku, ale już ciepłodajna warstwa świetnie sprawdza się polar. W przypadku pięknej słonecznej pogody i naszego intensywnego ruchu, w kurtce puchowej może nam być zdecydowanie za gorąco, w softshellu czasem też. A polar bywa optymalnym rozwiązaniem.
Sama zwykle mam ze sobą dwa polary - jeden wkładany przez głowę i jeden na suwak. Jeśli chcesz zdecydować się na tylko jeden, to wydaje mi się, że bardziej uniwersalny jest polar rozpinany i z kapturem. Gdy robi się nam zbyt ciepło, możemy go zawsze rozsunąć. Kaptur zaś sprawdza się jako dodatkowa ochrona głowy wtedy, gdy słońce nie praży. No i kaptur chroni część ciała, której czapka nie zasłoni - kark.

Ja używam: polaru, którego już nie ma w sprzedaży, ale jest podobny do tego modelu (wersja męska: klik) (zresztą ten też mam, bo dostałam w pracy i też go czasem zabieram w góry).

SOFTSHELL LUB CIENKA WIATROSZCZELNA KURTKA

Niezwykle ważne, nie tylko zimą, ale zimą zwłaszcza, jest noszenie ze sobą czegoś, co nie tyle da nam ciepło, ale ochroni nasze ciała przed odarciem je z tego ciepła przez wiatr. Bo wiatr w górach sobie powiać lubi. W następnym punkcie skrobnę parę słów o kurtce puchowej - na nic nam jednak w krytycznej sytuacji kurtka puchowa, jeśli nie nałożymy na nią czegoś, co zabezpieczy nas przed wiatrem. A taką rolę spełnia softshell.

Nie znajdzie się w tym zestawieniu nic chroniącego przed deszczem, ponieważ zimą deszcz raczej nie pada. Zimą natomiast czasem pada śnieg. Wędrówki w gęstej zamieci raczej nie polecam, a w czasie niewielkiego opadu softshell powinien zdać egzamin.

Ja używam: sofsthella marki Simond, czyli wspinaczkowego. Jest cieńszy od turystycznych modeli, dzięki czemu daje więcej swobody ruchów, ale nadal świetnie chroni przed wiatrem. Nie ma go już w sprzedaży, podobny model: klik.
 
CIEPŁA KURTKA

Może się okazać, że trafisz na taką pogodę, kiedy to klimat jest zdecydowanie przeciwko nam i naprawdę JEST ZIMNO, jak na zimę przystało. Tak, że jest Ci zimno nawet wtedy, gdy idziesz, nawet ostro pod górę! Pizga, mrozi i pachnie końcem świata. W takich sytuacjach nie wygłupiamy się z żadnym grzaniem się polarkami, tylko wciągamy na siebie kurtkę. Bez dyskusji. A polarek to może sobie zostać pod spodem.
Kurtka jest potrzebna też na postojach (no i w razie sytuacji, gdybyś musiał się zatrzymać, o czym wspominałam na początku tekstu). Bo ruch zapewnia nam uczucie ciepła, ale gdy tylko przystajemy na dłuższą niż parędziesiąt sekund, nagle przypominamy sobie, że to wciąż zima - ta sama, podczas której po mieście zasuwamy przecież nie w cienkim polarze ale w płaszczu lub kurtce właśnie.
To może być zwykła sportowa kurtka zimowa - np. narciarska. Ale polecam jednak kurtkę puchową (mam na myśli prawdziwy, gęsi puch). Nie tylko dlatego, że puch naprawdę zaskakująco grzeje, ale też dlatego, że kurtka puchowa bije na łeb każdą inną pod względem wagi. I przy okazji też kompresji - ściśnięta zajmuje minimum miejsca w plecaku. Puch niestety, obok cudownych właściwości, ma też wartą ich cenę (oraz swoje wady, na czele z tą, że koszmarnie nasiąka i mokry nie nadaje się do niczego).

Kurtkę puchową trzeba szczególnie chronić przed wilgocią (gdyż mokry puch się zbija i niszczy; taką kurtkę pierze się skrajnie rzadko i tylko w specjalistyczny sposób), a więc w przypadku opadów warto ją chronić. Kurtka puchowa daje dużo ciepła, ale, w zależności od modelu, może być zupełnie nieodporna na wiatr - w takim przypadku również zakładamy na kurtkę np. softshell.

Ja używam: dokładnie tego modelu. Mam też kurtkę NorthFace i zabieram je w góry na przemian. Są to cienkie kurtki, nazywane też czasem swetrami puchowymi. Na zwykłe wycieczki, o ile mamy w plecaku też polar i softa, raczej są wystarczające.

RĘKAWICZKI

Choć wydawałoby się, że dłonie i ich komfort nie są zanadto istotne, bo od zmarzniętych dłoni się nie choruje ani nie umiera, to... nic bardziej mylnego. Dłonie jako oddalone od centrum dowodzenia, czyli serca, części naszego organizmu, są szczególnie narażone na odmrożenia (zresztą tak, jak i stopy). A przy minusowych temperaturach, zwłaszcza połączonych z wiatrem, odmrożenie sobie paru palców wcale nie jest takie mało prawdopodobne. Druga sprawa, to ta, jak bardzo potrzebujemy dłoni. A potrzebujemy ich: żeby np. wyjąć z plecaka kurtkę, gdy robi nam się zimno, zapiąć w niej suwak, sięgnąć do kieszeni po telefon i wybrać numer, gdyby zaszła taka potrzeba, odkręcić termos. Zgrabiałe z zimna dłonie szybko stają się niewładne i prawie bezużyteczne. A zatem potrzebujemy zimą na szlaku rękawiczek i to potrzebujemy rękawiczek dobrych: grubych, solidnych, z membraną. Oczywiście w takich rękawiczkach dłonie też są średnio władne, a wykonywanie drobnych czynności manipulacyjnych mocno ograniczone. Dlatego ja praktykuję noszenie pod spodem rękawiczek cieńszych. W razie potrzeby, ściągam na chwilę grubą rękawicę, robię co mam zrobić, po czym zakładam ją z powrotem.

Lifehack: rękawice często mają wszyte gumki, które umożliwiają zaczepienie ich na nadgarstkach - podobnie, jak noszą dzieci w przedszkolu (z tą różnicą, że dzieciom mamy przyszywają rękawiczki do kurtek). Jeśli ich nie mają - wszyj je koniecznie sam. Dzięki temu nie tylko ustrzeżesz się przed porwaniem przez wiatr zdjętej na chwilę rękawiczki, ale też będziesz mógł mieć je cały czas na wierzchu i gotowe do założenia - bo dyndające na nadgarstkach.

Ja używam: rękawic z 4F, ale kupionych tak dawno, że na pewno nie znajdę ich już w internetach. Co do tych cieniutkich, "do manipulowania", to polecam modele wewnętrzne (w większości z nich można obsługiwać smartfona), ja używam dokładnie tego.


OCHRONA SZYI

Nie każdy jej potrzebuje, wielu osobom wystarcza to, że zapną do końca suwak w polarze, albo założą bluzę z golfem. Ja natychmiastowo byłabym chora, gdybym nie osłoniła dokładnie szyi. I pisząc "natychmiastowo" mam na myśli, że gardło rozbolałoby mnie jeszcze w czasie marszu, a na wieczór prezentowałabym sobą podręcznikowe zapalenie zatok (taki mój urok, rzadko miewam po prostu przeziębienie, u mnie większość infekcji idzie w zatoki i wyłącza mnie z normalnego funkcjonowania na jakieś dwa tygodnie).

Ja używam: buffów (kominów) z polaru lub takich swetrowych.

CZAPKA LUB BUFF

Przez głowę "ucieka" nam naprawdę sporo ciepła. Po co więc je skrzętnie magazynować pod getrami, polarami i tym podobnymi outdoorowymi wynalazkami, jeślibyśmy nie chronili w żaden sposób przed zimnem naszej głowy? Jeśli czapka jest dla Ciebie niewygodnym rozwiązaniem w trakcie marszu, co rozumiem i poniżej wyjaśnię, dlaczego rozumiem, to wypróbuj używanie zamiast czapki buffa.

Z wielu względów wolę czapkę. No dobra, nie z wielu, ale za to z ważnych, bo estetycznych. Wolę, jak spod czapki wylewają się moje rozpuszczone włosy, bo tak mi po prostu ładniej, niż w buffie, który zmienia moją twarz w jajo. Czy raczej uwydatnia fakt, że moja twarz jest jajem. Czapka jednak przegrywa z buffem na wielu polach. Opada na czoło - zwłaszcza, gdy naciągnę na nią kaptur, albo wręcz przeciwnie - przesuwa się ku czubkowi głowy, odsłaniając uszy (a wystawienie uszu na zimno skończyłoby się w moim przypadku dokładnie tak samo, jak wystawienie szyi). Włosy natomiast, zamiast romantycznie spływać na ramiona, włażą mi w oczy, usta, nos i generalnie irytują. Buff ucina te problemy. Czapkę najczęściej jednak i tak mam ze sobą - przy niższej temperaturze zakładam ją na buffa. Albo używam jej np. na postojach.
Na głowę można oczywiście naciągnąć kaptur i pewnie niektórym to wystarcza, tak samo jak golf w bluzie do osłony szyi. Myślę jednak, że jakieś dodatkowe ciepełko dla łepetyny warto ze sobą nosić.

Ja używam: czapki marki BUFF (chyba z merino), a jak komina, to takiego ze sznureczniem.


I to by było chyba na tyle. :)


Drobnym druczkiem:
Powyższy tekst koncentruje się na odzieży. Nie porusza tematu innego wyposażenia, które może być konieczne do bezpiecznego poruszania się po górach zimą.


No, teraz to już nie masz wyjścia i musisz spróbować zimowych wędrówek. Co nie? :)



31 komentarzy:

  1. Może komuś wydać się to śmieszne, ale nie bez przyczyny w wielu alpejskich miejscowościach widać wszędzie pełną gamę barw kiedy patrzy się na doświadczonych alpinistów , a u nas - nadal - dominuje czerń.
    Być może niewiele osób zdaje sobie sprawę, ale często jest to kwestia bezpieczeństwa. Ratownicy mówią jasno - chcesz być łatwiej dostrzeżonym ze śmigłowca, czy w czasie zamieci - ubierz się w jaskrawe kolory!
    A dodatkowo będzie weselej :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czarny kolor nie jest taki zły zimą - świetnie kontrastuje z białym śniegiem.

      Usuń
    2. Ale z daleka niespecjalnie różni się od wystającego kamola.

      Usuń
    3. Problem w tym, że te wszystkie oczojebne ciuchy są zazwyczaj tych marek już z wyższej półki, a nie każdy może wyrzygać po tysiąc zł za każdą część garderoby... Sama nie miałabym nic przeciwko różowiutkiemu softowi, bo o ile na co dzień bym tej barwy nie przybrała, o tyle w górach pozwalam różowi na sobie gościć ;)
      No ale... nigdy nie znalazłam takiego w zadowalającej mnie cenie.

      Usuń
    4. Ja tam specjalnie na zimowe górskie wyprawy zakupiłem białe spodnie narciarskie oraz białą kurtkę puchową - do pełni szczęścia brakuje mi już tylko białego softshell'a technicznego i białych butów pod raki ;>

      I zgadzam się z Tobą w kwestii bezpieczeństwa - Straż TANAP'u łatwiej może Cię wypatrzeć w oczojebnym wdzianku, więc trzeba się kamuflować.

      Usuń
  2. Też jestem fanką kolorowych neonowych ubrań- szarobure kurtki itd. w ogóle mi się nie podobają. A jeśli dzięki temu jestem bezpieczniejsza podczas wypraw- tym lepiej dla mnie :) Wiem, że nie jest łatwo skompletować strój- największy problem miałam z butami- ostatecznie kupiłam trekkingi za kostke na nikbutik i są świetne. Wygoda to podstawa :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawy post !
    Moja filozofia ubierania się w góry czy ogólnie na wędrówki jest podobna, choć jednocześnie nieco inna. Kurtka, która mam zawsze w plecaku, przez cały rok, to goretex, a wynika to pewnie z faktu, że najczęściej wędruje w UK ;-) Jest bardzo lekki, podobnie jak bardzo cienka puchówka, którą też noszę ze sobą bo nie znam dnia ani godziny kiedy się przydaje. A skoro jest super lekka to mogę ją targać. Najczęściej jednak korzystam z zestawu bielizna termoaktywna + softshell, u mnie sprawdza się w większości przypadków (włączając w to angielską zimę) A i odnośnie kolorów.... Cóż, przyznaję, że mam słabość do błękitów i zieleni :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam pytanie - czym impregnować stuptuty? Swoje mam w całości zrobione z gorteksu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo prać albo pryskać. Popatrz na stronę Nikwax'a.

      Usuń
  5. Teks jak zwykle świetny. Uwaga ogólna: Czy jak ktoś jedzie w góry zima na 4 dni w roku, to opłacają mu się te inwestycje?
    Uwagi szczegółowe. Softshel zakładany na kurtkę? A co do głowy: buff czy raczej kominiarka (z polaru, w małą dziurą na środek twarzy)? Osobiście nie lubię plastiku na skórze, wolę bawełnę (czyli po prostu koszulę z baaardzo cienkiej czystej bawełny, schnie w mgnieniu oka).
    P.S. Wybierz się na Szeroką Jaworzyńską i grań Kop Liptowskich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proste, że się nie opłacają, dlatego lepiej chodzić po górach w kasku budowlanym niż wspinaczkowym. ;)

      Usuń
  6. C. d. Getry na nogi to po prostu kalesony. :) Dobre, które też chłodzą, jak jest ciepło, bywają w Lidlu (pamiętam, nie znosisz, a jak uwielbiam) po 30 zł (odzież funkcyjna). Można też kupić cienkie spodnie z polaru. Tu niestety muszę rezygnować z bawełny.

    OdpowiedzUsuń
  7. Gosia, to i ja wtrącę dwa słowa. Fajny, potrzebny tekst, bo czasem można trafić na takie poradniki, po przeczytaniu których dochodzisz do wniosku: nie stac mnie na wyjazd w góry zimową porą, bo kazdy element garderoby zaczyna sie od kilku stówek. Oczywiscie na ekstremalne wyjazdy, warunki itp należaloby się zaopatrzyć zapewne w bardziej wyczynowe ciuchy, ale do turystyki rekreacyjnej w naszym klimacie to o czym piszesz jest wystarczające. Ja polecić dodatkowo moge dział piłkarski w decathlonie i koszulkę z długim rękawem (nie ma kroju damskiego) keepdry500. Fajnie opina, nie krępuje ruchów, nie czuj jej na ciele, oddycha i nie ma nieprzyjemnego uczucia mokrych pleców. Jak to się mawia robi robote :) a kosztuje 59zł. Jeśli chodzi o ochrone dłoni, to super sprawdzają sie rękawice z działu myśliwskiego rzeczonego sklepu. Sa to mitenki sibir-100, wełniane, które zarówno sprawdza się w mrozach , ale równiez jak rzygrzeje słońce dzieki możliwości, jak to w mitenkach odchylenia ochrony 4 palców. A jak wiatr chłodzi to polecam na takie rekawice załozyc goretexowe, cienkie i lekkie nakładki armii brytyjskiej, które można kupić w sklepach militarnych za naście złotych, a zapewniaja super ochrone. Pozdrawiam Piotr

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo dobry artykuł.

    Od jakiegoś czasu czytam twojego bloga i muszę szczerze przyznać, że wykonujesz świetną pracę. Jedno z lepszych miejsc tej tematyki na jakie trafiłem ;) Dobra robota!

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam pytanie co zakładać najpierw stuptuty czy raczki ze względu na te paski, w praktyce mam stuptuty ale jeszcze ich nie zakladałam, raczki wielokrotnie nawet w środku trasy. Tam gdzie raki i czekany potrzebne nie chodzę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że nie używałam nigdy dotąd raczków. Raki zakładam na końcu, obstawiam, że z raczkami jest podobnie.

      Usuń
  10. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  11. Dziękuję za radę, zbliżąją się ferie i korci mnie wyjazd...pozdrawiam i gratuluję bloga

    OdpowiedzUsuń
  12. Dziękuję za radę, korci mniezimowy wyjazd bo ferie tuż tuż.., pozdrawiam i gratuluję bloga

    OdpowiedzUsuń
  13. nie ma lepszej 1. warstwy od norweskiego Brynje;
    zwłaszcza na korpus;

    OdpowiedzUsuń
  14. A co poolecasz założyć na oczy? Zwykłe okulary przeciwsłoneczne, albo takie na rower, dadzą radę? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na śnieg poleca się raczej okulary lodowcowe, chociaż przyznaję się, że przed ich zakupem sama używałam jakichś zwykłaków, albo nie używałam wcale

      Usuń
  15. Dzięki za ten tekst,przydał mi się bardzo przy kompletowaniu ekwipunku na pierwsze zimowe Tatry (a że akurat dowaliło lawinową czwórką to już taki mój pech...)
    Dorzucę od siebie jeden świeżo odkryty lifehack - jeśli ktoś nie posiada stuptutów albo ich nie lubi, to można spokojnie z nich zrezygnować na rzecz spodni, które mają w dolnej części nogawki dodatkowe wstawki ochronne. Mocuje się je do butów jak stuptuty i można śmigać, nawet w śniegu po kolana. Ja mam taki model z decathlona https://www.decathlon.pl/spodnie-alpinism-czarne-id_8386811.html ale podejrzewam, że inne marki też już taki patent rozkminiły. Nie wiem czy to by się dobrze sprawdziło koło 0 stopni,przy mokrym i brejowatym śniegu ale na taki sypki i suchy podczas mrozów jest super. Serdeczne pozdrowienia dla Autorki i Czytelników tego najlepszego bloga w sieci!

    OdpowiedzUsuń
  16. Podziwiam ludzi, którzy uprawiają turystykę zimową. Osobiście nie ma na to odwagi, chociaż może kiedyś się w końcu zdecyduję ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. A ja mam zagwozdkę, bo chciałabym wybrać się w góry zimą, ale nie potrafię skompletować odzieży. Czytam różne strony, ale wszędzie owszem fajne ciuchy, ale drogie. Jeśli bywała bym w górach często, to chętnie bym kupiła ale do sporadycznych wędrówek szkoda mi kasy. I zastanawiam się czy jest jakieś rozwiązanie dla takich osób jak ja. W buty chętnie bym zainwestowała, ale w takie całosezonowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy, jakie góry. Jeśli Tatry - to raczej nie ma czegoś takiego jak buty całosezonowe. Zimą trzeba zakładać raki, a to się robi tylko na buty o twardej, sztywnej podeszwie. A takie zimowe buty latem myślę, że byłyby mordercze. Ewentualnie na łatwe szlaki, czy góry typu Bieszczady można sobie kupić letnie skórzane buty trekkingowe z wysoką cholewką i zimą zaszaleć z mega ciepłą skarpetką.

      Usuń
  18. Witaj. Mam pytanie odnośnie softshela, a konkretnie o jego rozmiar. Jak bardzo ma być dopasowany? Mierzyć softshela na samego polara, czy na polara i kurtkę puchową? I jeszcze pytanie, posiadam koszulkę narciarską Wedze 500, czy nadaje się ona do chodzenia po górach zimą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już zależy, jak chcesz go nosić. Ja lubię, żeby był ciut luźny i rzeczywiście zakładam go na polar i kurtkę. Co do drugiego pytania, to pewnie, że się nadaje. :)

      Usuń
    2. Dziękuję za odpowiedź. Moje dylematy wzięły się stąd, że zaczęłam się zastanawiać, czy kolejność ubioru warstw ma wpływ na to, czy kurtka puchowa grzeje lepiej czy gorzej. Chyba zamiast się tyle zastanawiać po prostu to sprawdzę na sobie. Pozdrawiam i miłego dnia życzę :)

      Usuń
    3. Kurtka puchowa daje ciepło, ale nie jest odporna na wiatr. Soft lepiej więc założyć jest na nią - wówczas ochroni przed wiatrem i wilgocią. Jeśli soft pójdzie pod spód, a kurtka na zewnątrz, to całe ciepło nam z niej wywieje. ;)

      Usuń