wtorek, 26 sierpnia 2014

Przełęcz pod Chłopkiem i Szczyt Czarny jak smoła

MSC nie był moim pomysłem, nie był moim marzeniem, ale też nie miałam nic przeciwko, aby się na niego wdrapać. Właściwie to miał być ambitną rozgrzewką przed paroma innymi trasami. A że wyszło tak, iż stał się jedynym zrealizowanym celem z całego wyjazdu..? Sorry, takie mamy lato.



Jeszcze lekko senne Moko...

Na Przełęcz pod Chłopkiem w sumie chciałam wrócić. Idąc tam pierwszy raz dwa lata wstecz (relacja TU), niosłam ze sobą bagaż strachów i schodziłam właściwie z myślą, że więcej tam się wyleźć nie odważę. Przez te dwa lata trochę mi się we łbie pozmieniało i naszło mnie na weryfikację. Albo po prostu miałam z tego szlaku za mało zdjęć, już sama nie wiem ;).


 Mięguszowiecki Czarny i Pośredni

W Palenicy lądujemy skandalicznie późno - około 7-mej, ale to wynikło z okoliczności nie do końca zależnych od nas. Jest nas sześcioro, od Czarnego Stawu zostaje pięcioro. Jest... upał!!! Późna godzina sprawia, że cień przy podejściu nad Staw to sobie możemy co najwyżej wyobrazić. No i ludzi już się trochę kręci.

Przede wszystkim Niżnie Rysy i Rysy w porannym świetle

Miedziane i Opalony

Nie wiem zresztą, czy to pogoda, czy ogólny kryzys. Ja tego dnia już nad Czarny Staw ciągnę, bo ciągnę, generalnie - ledwo. Dalej jest jeszcze gorzej. Ale idę.

Daleko jeszcze? Łoooo matko...

Tradycyjny widoczek

I to samo z trochę innej perspektywy

Żabia Grań


Najgorszą kondycję mam chyba na kawałku pomiędzy Stawem a stromiejszymi partiami podejścia na Kazalnicę. Niemiłosierny jest i skwar i nuda tego fragmentu szlaku. I moje płuca, które mało brakowało, abym sobie mogła tego dnia pooglądać (nie wiem, co się działo, zwykle nie mam aż takich problemów).

Ten niepozorny kawałek mnie zajechał...

Czarny Staw pod Rysami na pewien czas znika nam z oczu

Najpierw więc idzie się w sumie nudno, mozolnie i męcząco (zależy komu zresztą, bo pewien drobny odłam ekipy solidnie wyrywa do przodu ;) ). Kawalątek przed pierwszymi trudnościami wchodzimy do wyczekiwanego cienia. No a potem... są trudności. Mniam mniam.




Nie wiem, ile tam jest tych kominków czy innych kominkopodobnych momentów pod Kazalnicą, za bardzo byłam skupiona na rozprowadzaniu tlenu po organizmie, aby to liczyć. Ze cztery może? Ich pokonywanie stanowi baaardzo miłą odmianę od tego, co dotychczas (przypomnijmy, dotychczas były: asfalt, podejście nad Czarny Staw w gęstniejącym tłumku, napieranie pod górę w dusznym tunelu z kosówki). Właściwie pierwsza jakaś tam trudność to przejście obok wodospadu.

Elementy wspinaczkowe są może nieco trudnawe (choć bez przesady, serio), natomiast nijak nie mogę dopatrzeć się naokoło nich tych stromizn, które kiedyś zapamiętałam. W każdym razie jest się czego łapać i pod górę to tam się mknie - o ile się nie boi.


Potem znienacka wyrasta najsłynniejsze chyba miejsce na całym szlaku. Od dołu nie robi zresztą takiego wrażenia, jak oglądane z drugiej strony. Dopiero spoglądając przez ramię, można stwierdzić że "to tu".


Klamry wyglądają, jakby sterczały nad nieskończoną przepaścią, a ich pochwycenie zdecydowanie nie miało się zaliczać do manewrów bezpiecznych. Trochę bzdura. To faktycznie miejsce dość wąskie i hmmm zapewniające całkiem odległe widoki w dół. Ale nie sprawiające żadnych problemów przy pokonaniu (zwłaszcza, że jest ta klamra). To jest właściwie zakończenie kominka, z którego się tutaj wychodzi i bez problemu przechodzi do pozycji wyprostowanej z oparciem na nogach.

A kominek prezentuje się na przykład tak...

A tak przykładowo z góry...
Dalej znów jakiś kominek, trochę "zwykłego" podejścia i jest Kazalnica. Foteczki i umordowani ruszamy dalej. Teraz już ciekawiej, przebieg szlaku zapewnia niecodzienne doznania, chociażby estetyczne. Z Kazalnicy krótką granią w ścianę Czarnego Mięguszowieckiego. Grań jakaś taka szersza względem tego, jak jeszcze dziś rano prezentowała się w mojej pamięci. Tup tup tup jakieś tam kamyczki, komineczki i wbijamy się na Galeryjkę.

Grań i ludzie na niej

Luuubię Galeryjkę. Tę jej kruchość i wąskość. Niepowtarzalność - nie przypominam sobie żadnego podobnego szlaku gdziekolwiek w Tatrach. Choć pamięć znowu płata figle - jest jakoś tak szerzej, idzie się jakoś tak szybciej i wcale nie trzeba się wpijać paluchami w skałę obok, aby czuć się pewnie. Dziwne. A nooo i tak idę idę i szukam tego miejsca tuż przed przełęczą, które przed dwoma laty wyryło mi się w pamięci jako mega harkorowe. I żadnego takiego miejsca nie odnajduję...
Widoczki:

Galeryjka widziana z Kazalnicy

Jakiś ktoś na Czarnym Mięguszu

Moko z góry podoba mi się jakoś bardziej

Galeryjka

Ni z tego ni z owego robi nam się Przełęcz pod Chłopkiem. Na przełęczy trochę strachu, bo jakieś tam chmury, trochę zwała, bo się lansujemy. Ludzi nawet sporo. Trochę widoczków na słowacką stronę. Ogólnie to nie ma czasu, trza iść dalej...

Wielki Staw Hińczowy, nad nim Koprowy Wierch

Tuż przy Przełęczy

A dalej... hmmm. Nie mam raczej zapędów, by być Cywińskim dla ubogich, toteż oszczędzę sobie tutaj opisów, gdzie ścieżka się zaczyna i którędy wiedzie. Kto wystarczająco zdeterminowany, ten znajdzie co trzeba w odmętach internetów (da się, przetestowane). Uprzedzając dziwne pytania, czy to jest legalne, co za to grozi i tak dalej - jeśli nie wiesz, to znaczy, że nie czas, abyś się tam wybierał.

Dalej zaczyna się zabawa. Najpierw droga oczywista, potem niekoniecznie. I... to jest kurcze fajne. Tu się już nie myśli o zmęczeniu, czysta radość. Myśli się o chmurach trochę. No ale się idzie.


Wyleźli!

Widoki ze szczytu:
Wysoka i Kończysta

Rysy, Gerlach, Wysoka

Rysy, Gerlach, Wysoka, Kończysta

Pozostałe Mięgusze

Koprowa Przełęcz a za nią... długo by wymieniać :P

Na szczycie głównie zastanawianie się, czy z tych chmur... spadnie deszcz. Długo tam nie zabawiliśmy. W zejściu było trochę śmieszno, trochę straszno, bośmy się lekko zaplątali nie tam, gdzie trzeba. Ale generalnie bezpiecznie powróciliśmy na przełęcz.

A z chmur nie... padało
Próbowałam zrobić Chłopkowi ładne zdjęcie...
cóż no, starałam się przynajmniej...

Spod Chłopka w dół już bez większych emocji. Zachmurzyło się, to i zdjęcia robiło się łatwiej:






Pogoda nas tego dnia oszczędziła. Nogi bolały i nawet przez chwilę staliśmy w pewnej sławnej kolejce ;).

Wycieczka całkiem spoko, tylko tak trochę głupio że miała być jedną z pierwszych szczytowych, a była jedyną. No ale dosyć już tych bóli dolnej części pleców. Mięguszowiecki Szczyt Czarny zdobyty :).



Ach, byłabym zapomniała, jest i filmik ;). Autor: Tatry Zimą

3 komentarze:

  1. Ech, kusi nas ten Czarny Mięgusz od zeszłego roku, miał być w to lato, ale cóż... Może spróbujemy na jesieni. Co do tej niemocy to mi się wydaje, że niezależnie od ogólnej kondycji czasami trafia się po prostu taka kiepska forma dnia... Bardzo fajna relacja tak poza tym. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Każdy ma czasami gorszy dzień z bliżej nieokreślonych powodów. A mi na przykład szlak nad Czarny Staw zupełnie nie leży i zawsze dochodzę tam z wywalonym językiem. Bywa.
    Mnie Mięgusz też kusi i przy następnej wizycie na Przełęczy stanie się chyba punktem obowiązkowym. Widoki naprawdę piękne! Wycieczka się udała. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czarny Mięgusz, to mój pierwszy szczyt, który sprawił, że zaczęłam patrzeć na Tatry zupełnie inaczej. Myślę, że wiesz co mam na myśli ;) Piękny jest z niego widok na Wielkiego Mięgusza. Co do pogody wypowiadać się nie będę. Wszyscy zainteresowani wiedzą jak jest. No cóż... byle do września. ;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń