piątek, 3 października 2014

Łomnica niezidentyfikowaną porą roku

Że mnie w sobotę wyniesie w góry, domyślałam się od dawna. Że wylezę jednak na drugi pod względem wysokości szczyt Tatr, w warunkach trudnych do zaklasyfikowania ni to pod letnie (no śnieg przecież) ni to do końca pod zimowe (bo jednak nie wszystkie kamulce od śniegiem), to bym nie przypuszczała.

Pomysł pierwotnie obejmował Cubrynę, a wyszedł od Kasi i Maćka, z którymi tak się złożyło, że się pośrednio na tę sobotę umówiłam. Do Łomnicy przekonał ich Janusz, argumentując, że będzie bezpieczniej jeśli będziemy mogli wpinać się w łańcuchy. A ja to za dużo starałam się o tym nie myśleć, wychodząc z założenia, że okaże się na miejscu, czy w ogóle da się gdzieś wyleźć przy panujących warunkach. Nie owijając w bawełnę - przygotowywałam się psychicznie na wycof. Mam w tym ostatnio niemałą wprawę.

Wyjeżdżamy nad ranem. W samochodzie próbuję dosypiać, ale drzemki ostatnio kiepsko mi wychodzą. A już zwłaszcza, gdy dla orientacji w terenie zerkam przez okno i niespodziewanie zamiast zabudowań Bukowiny czy Białki widzę nad sobą Murań. No to już i tak nie pośpię. Na parking dobijamy po 6-tej. Poranek jest iście cudny, właśnie wschodzi słońce, szczyty zalewają się zmieniającym się co chwila ciepłym światłem. Odległe w cholerę szczyty. Łomnica wyniosła, strzelista. Gdzie my i ten parking co się na nim odrętwiale grzebiemy, a gdzie jej wierzchołek, zaakcentowany jebutnym budynkiem?!

A ten tu to już Sławkowski :)
Pogoda? No cud, miód i maliny, ale nie oszukujmy się - to nie potrwa długo. Prognozy nie pozwalają nawet na złudzenia. Zachmurzy się na pewno. Będzie padać, przelotnie albo ciągle, deszcz, albo śnieg, będzie mgła i pewnie będzie wiało.

Tak mi w sumie dobrze na tym parkingu, widok ładny, w softshellu nawet ciepło, a szlak przede mną oglądany z pewnej odległości jeszcze nie straszy kablami wystającymi z ziemi. No ale. Nie przyjechaliśmy się tu obijać. Podobno.

Motywujemy się w końcu odpowiednio mocno i dziarsko ruszamy. Tylko że nie wiemy, dokąd mamy ruszyć. Słowacy w dolnych partiach szlaków drogowskazów za bardzo stawiać nie lubią. Plączemy się po kolejnych poziomach tarasowatego parkingu, nawet patrzymy na mapę, wreszcie tniemy gdzieś na przełaj po to, żeby znów wylądować na asfalcie i już się tego asfaltu trzymać. I tak aż do Startu. Nudnawo, płasko, ale przynajmniej bez obaw o potykanie się o kable i inne śmieci. Przygrzewa nas słoneczko, jakoś się powoli doczłapujemy do Startu. Tam popas i odnotowanie zmiany pogody. Słońce na wiele godzin mówi nam: "pa pa frajerzy", a niebo zasnuwa się coraz bardziej regularną burą chmurą. Dalsza część podejścia nad Łomnicki Staw odbywa się już po zaśmieconym i rozjeżdżonym szlaku i nie ma nic wspólnego z radością górskiej wędrówki. Samo w sobie miejsce to nie jest najatrakcyjniejsze widokowo, jednak przede wszystkim piorunujące i żenująco smutne wrażenie robią tu zniszczenia dokonane ręką człowieka i niedbalstwo w ich choćby uprzątnięciu czy próbie ukrycia. Najpaskudniejsze miejsce w Tatrach. Bez dwóch zdań.

 Nie no, tu jeszcze ładnie :P



Pogoda systematycznie kisi się coraz bardziej i jeszcze przed Stawem zdąża dokuczyć deszczem. Przy Stawie pozwalamy sobie na długi odpoczynek, najpierw na dworze, potem w środku budynku kolejki. Czekanie na poprawę pogody (haha, dobre sobie), sprawdzanie prognoz w necie, aktualizowanie fejsa, zachwyt nad tamtejszymi toaletami, "pożyczanie" wrzątku z kuchni, takie tam. Prognozy dają nadzieję na to, że popołudniu deszcz ustanie, a pod wieczór chmury rozwieją się. No to się chwytamy tych prognoz jak tonący brzytwy, bo czegoś przecież trzeba. Ale póki co - lekko leje, a ja mam takiego lenia, że tylko wyczekuję, aż ktoś powie, żeby dać sobie spokój i nie iść. Średnio realnie widzę wejście na Łomnicę w tych warunkach, a doczłapać się tylko na przełęcz, zmoknąć, zmarznąć i wrócić - łeee bez sensu. Na pytanie, co robimy, odpowiadam zatem, że ja to bym jeszcze posiedziała i pomyślała, co Maciek kwituje stwierdzeniem: "I co? Sama tak będziesz siedzieć? Smutno ci będzie." :D

Ohooo coś dla mnie :D

Po długiej posiadówce ubieramy się zatem ciepło, naciągamy kaptury no i chcąc nie chcąc wychodzimy na deszcz zmieniający co chwila intensywność, wahając się pomiędzy mżawką a lekką ulewą. Teraz dłuuuugo nie będzie się gdzie zagrzać. Na Łomnicką Przełęcz nie ma szlaku, ale zdaje się, że kiedyś był (znajdujemy gdzieniegdzie malowania), no i prowadzi nań oczywista, ułożona, tworząca zakosy ścieżka. Te zakosy są niebotycznie szerokie, więc aby zaoszczędzić czasu, idziemy raczej na wprost. Dosyć szybko zaczynamy mieć pod nogami śnieg. Najpierw pojedyncze niewielkie łaty, potem już regularną , choć cienką, a przede wszystkim mokrą pokrywę.

Deszcz cały czas urozmaica nam drogę, a poza stacją kolejki na Siodle, do której obecnie zmierzamy, nie za bardzo cokolwiek widzimy. Dojście na Przełęcz zajmuje nam jakieś półtorej godziny. Kitramy się pod budynkiem kolejki w miejscu osłoniętym od wiatru i - jakżeby inaczej - obozujemy. Z klitki wychodzi jakiś miły pan i pyta, czy mamy bilety i chcemy zjechać... Taaaa, właśnie po to żeśmy tu się dogrzebali :D. Grzejemy papu z puszki, próbujemy choć trochę podsuszyć kurtki, wyciągamy z plecaków to, co tam wyżej będzie nam potrzebne: raki, uprzęże, kaski... No i stroimy się w to wszystko.



Z nieba wciąż coś leci i nie wygląda na to, aby jakoś szczególnie szybko zamierzało przestać. Konkretnych powodów do wycofu jednak brak. Oczywiście zatrzymanie się we w miarę cichym miejscu i odpoczynek znów rozleniwiają, ale ciało jeszcze pamięta, że pomimo zawieruchy szło się tu wcale nie tak znowu najgorzej. Dalszej drogi i tak nie widać, więc ani zachęca ani straszy. Do szczytu zostało raptem 600 metrów w poziomie, no... niestety niewiele mniej (400) w pionie, ale to w sumie niedaleko. Jest już późnawo, ale taki był plan przy wyruszaniu znad Stawu - dotrzeć na Przełęcz wtedy mniej więcej, gdy przestanie ciapać, a na szczyt, gdy jest szansa na wypogodzenie. Na Przełęczy wprawdzie wytrwale ciapie, no ale. Jakoś przed 14-tą ruszamy z niej tyłki.

Początkowo droga wiedzie terenem łagodnym i w dużej mierze płaskim. Szybko przekonujemy się natomiast o tym, co oznacza w praktyce pierwszy jesienny opad śniegu. Jest tej brei sporo, nie tyle, aby pokryć wszystko, ale wystarczająco, aby grzęzły buty. Ze względu na to, że to jeszcze w końcu nie zima, temperatura jest dosyć wysoka, a śnieg dzięki temu mocno rozmoknięty. Są miejsca, zwłaszcza tam, gdzie stromiej, gdzie wystają głazy i ani się w toto wbić czekanem, ani się tego konkretnie złapać, bo jednak w lodzie i śniegu. Rękawiczki nie wytrzymują zbyt długo wilgoci i przemakają jeszcze daleko daleko przed szczytem, ręce są więc nieco zdrętwiałe. Łańcuchy są wprawdzie na wierzchu, ale ich przytrzymywanie się ze względu na powyższe wyliczenia dalekie jest od tego, czego można by się po nim spodziewać latem. Dla zwiększenia bezpieczeństwa wpinamy się w nie zresztą. A już spacer po klamrach w rakach to dopiero rozrywka. Zgodnie dochodzimy do wniosku, że taką typową zimą byłoby jednak... łatwiej.

Ach, no i co chwilę, choć z biegiem czasu coraz rzadziej, niebo raczy nas jakimś mniej lub bardziej zmrożonym opadem...

Trasa jest całkiem ciekawa. Latem byłaby źródłem wybornej frajdy, teraz jednak sprawia mi pewne problemy. Momentami nienajlepiej się odnajduję w tych nie pasujących do żadnej konkretnej pory roku warunkach. Ale sobie idę, czasem z czyjąś pomocą, jednak czuję się dobrze. Do czasu. Przypominam, że wierzchołek nam się chowa we mgle i figę wiemy, ile nam jeszcze do niego tak czysto na oko brakuje. Gdy zza skał wyłania się kolejny ciąg łańcuchów, których używamy do autoasekuracji, przez co spędzamy na nich trochę więcej czasu niż zajęłoby nam to normalnie, Maciek patrzy na GPS'a a ktoś jeszcze na zegarek, ja się z lekka denerwuję. Do szczytu przeszło 100 metrów w pionie, godzina wpół do czwartej. Idziemy już z półtorej godziny i z godzinę jak nic jeszcze iść będziemy. Miało być szybciej, miało być łatwiej. Ale już kij z tym. Głodna jestem i wkurzona, ale najbardziej mi się plącze po głowie bliskość zmroku. Że z Przełęczy będziemy schodzić po ciemku jest raczej rzeczą oczywistą od kilku godzin. Nic to, ścieżka szeroka, zgubić się raczej nie ma mowy, spaść nie ma gdzie. Ale zdążyć na Przełęcz przed zapadnięciem nocy, to już by się przydało.

No nic, zbieram w sobie siły i próbuję skoncentrować na pokonywaniu drogi zamiast na zasunięciu z raka temu, kto wpadł na genialny pomysł wybierania się w takich warunkach na Łomnicę.

Przeprawa, która z tego wyszła robi się niechcący moją zdecydowanie najambitniejszą tatrzańską wycieczką. Na razie jednak nie czas na ogólne wrażenia, na razie jest lekki wku*w, szczęśliwie działający mobilizująco, zachłanne wyczekiwanie kolejnych odczytów z GPS'a i niecierpliwe wyglądanie stojących na szczycie budynków.

Szczyt Łomnicy jest taki trochę dziwny. Poznaje się go nie po tym, że wyżej już się nie da, albo że ludzie jedzą kanapki i robią zdjęcia, a po tym, że ni z tego ni z owego wyrasta przed nami bogata jak na wysokość i specyfikę miejsca infrastruktura. Barierki, budynki, kosze na śmieci, kamera. Dziwne to trochę leźć tyle po jakichś kamulcach, śniegach i brejach i dojść do takiej cywilizacji. No, dziwne o tyle mniej, że ta cywilizacja pozamykana jest na siedem spustów ze względu na remont kolejki.


Słoneczko coś tak jakby nieśmiało chciało wyjrzeć...

A teraz pogoda. Wstrzeliliśmy się... no prawie idealnie. Opady istotnie męczyły nas coraz mniej, a tuż przed naszym dotarciem na szczyt przez chmury zaczęło przebijać się słońce. Na samym szczycie natomiast część krajobrazu odsłoniła się, pozwalając cieszyć się widokiem rozległego morza chmur pod nogami. No niestety ta akurat mało górska część. I tak było dosyć wspaniale. Niestety, odsłanianie się krajobrazu miało sporo wspólnego z wiatrem, który średnio fajnie podziałał na nasze rozmoknięte rękawiczki, a jeszcze bardziej średnio na to, co już i tak zdrętwiałe znajdowało się w rękawiczkach. Na całe ciało zresztą też. Ja rękawiczek nawet nie zdejmuję, bo mowy nie ma, żeby udało mi się naciągnąć je z powrotem. Jakoś dogrzebuję się do batona, chcąc zjeść cokolwiek przed zejściem. Parę fotek na szybko, chwila odpoczynku i schodzimy. Za paręnaście minut rozwieją się też chmury po bardziej górskiej stronie horyzontu, ale nie możemy na to poczekać chcąc dotrzeć do Przełęczy jeszcze za dnia. No i chcąc nie zamienić się w sople lodu od panującej na wierzchołku wichury w sumie też.

Schodzimy zatem. Na tyle szybko, na ile się da. Znów konfrontuję moje nieco przerażające wyobrażenia o tym, jak się będzie schodzić z tym, jak się schodzi faktycznie. No i znów wychodzi na to, że schodzi się jednak łatwiej niż podpowiadała wybujała wyobraźnia. Co nie znaczy, że banalnie, albo że da się podgonić. Mgła po "naszej" stronie zbocza znika i widzimy Łomnicką Przełęcz oraz budynek stacji kolejki, który będzie naszym przystankiem. Widzimy jak na dłoni, wydaje się to być blisko i właściwie, to jest blisko, ale trzeba jeszcze zbić kawał wysokości.

A przy okazji, no właśnie - mgła znika. Nie da się, no nie da i już, nie przystanąć na chwilę i się tym, co widać nie zadławić. W moim przypadku definitywnie nie da się też odpuścić sobie wyciągnięcia parę razy aparatu, przez co spowalniam wycieczkę, no ale - sorry! Nie udokumentować TEGO?





Gdy wyłazimy na grań, możemy sobie pooglądać też widoki na drugą stronę. Początkowo pomarańczowe, a z czasem coraz bardziej purpurowe światło wprawdzie stresuje, ale... jest też hipnotyzująco śliczne, gdy tak oblewa szczyty i akcentuje rozpływające się wokół nich chmury.







Powoli, ostrożnie człapiemy w stronę Przełęczy. Pod koniec rozpraszamy się trochę idąc każdy swoim tempem. Ja ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonuję już w półmroku. Obozowanie pod stacją kolejki na Siodło odbywa się już pod osłoną nocy. Uzupełniamy kalorie, grzejemy się - na ile się da - herbatą, ściągamy z siebie to, co mokre albo już niepotrzebne, odpoczywamy. Wreszcie dziarsko ruszamy już grzecznie zakosami w dół. Co do pewnych kwestii miałam rację - spaść się raczej nie da. Zgubić już tak, bo zakręty zakosów czasem umykają naszej uwadze w ciemności. Natomiast bardzo boleśnie przekonuję się o czymś nowym - da się literacko wypierdzielić i zedrzeć nawet przez spodnie i getry skórę z jednej trzeciej piszczeli. Ale to już taki mój wrodzony talent.

Nie licząc moich popisowych wywrotek (dwóch) bez problemów docieramy do Łomnickiego Stawu, a stamtąd bez postojów i wciąż przy świetle czołówek ruszamy w dalszą drogę w dół. Tam dużo męczącego błota po dzisiejszych deszczach, oczywiście krwiożercze kable i nieco większe trudności orientacyjne (niby szlak, ale oznaczony z deczka słabo, co nocą jest nie bez znaczenia). Późna pora i zmęczenie dają już wyraźnie o sobie znać. Oooo jaaaaak nam się nie chce. Oooo jak dobrze byłoby iść już asfaltem. No i wreszcie jest asfalt i też się dłuży. A mnie już nawet marsz nie rozgrzewa i dziko marzę o znalezieniu się w samochodzie. Marzenie się wkrótce ziszcza. Tyle że nadal jest mi zimno.

Ale. Maciek podsumowuje dzień danymi z GPS'a. 16 godzin w drodze (w tym parę długich odpoczynków no i "obozowania"). 42 pokonane kilometry. Przewyższenie coś nas buja, ale licząc samodzielnie jakieś 1700 metrów. Od siebie dodam: pożarte 3 i pół tabsa z Biedry :D. I 3 lekko odmrożone palce dłoni. A to wszystko po półtorej godziny snu. Strach pomyśleć, co ja w tych górach nawywijam, jak się kiedyś w końcu przed wyjściem normalnie wyśpię ;).

A warunki... Z warunkami tak to jest, że przeszkadzają i dokuczają w trakcie, ale po wszystkim człowiek schodzi jakiś taki z siebie dumny i wcale nie chciałby wspominać tylko uroczo dogrzewającego słoneczka. I nawet odrobinę współczuje tym, co następnego dnia mają lampę ;).

A na deser filmik. Pisanina pisaniną, zdjęcia zdjęciami, ale dopiero na nagraniu widać, co tam się tak naprawdę działo ;).


Autor filmu: Tatry Zimą

12 komentarzy:

  1. Czad! Widoki w trakcie zejścia... No szczęka mi leży gdzieś na klawiaturze, opłaciło się wcześniej pomarznąć itepe ;) Gratuluję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. owszem, opłaciło się :) pozdrawiam!

      Usuń
  2. Miodzio! Iza pisze, że szczękę ma na klawiaturze. Moja leży gdzieś u sąsiadów piętro niżej.
    A co do spania, to może Ty się piej nie wysypiaj, bo jakiś ultra maraton tatrzański popełnisz. ;)
    Aaaa, zapomniałabym, wniosek mam... większych zdjęć pragnę wyjątkowo mocno. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak następnym razem spróbuję się choć trochę wyspać :P, zobaczymy, co to z tego będzie :D.

      Usuń
  3. A zdjęcia rozumiem, że Twojego autorstwa?

    Bajkowo :) gratuluję kolejnego zdobytego szczytu, coś mi się zdaje, że pewnie kiedyś padnie cała Wielka Korona Tatr... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, mojego.

      Dziękuję. Korona mnie na razie nie męczy, ale może kiedyś kiedyś przy okazji wyjdzie ;), no albo pewnego dnia zacznie męczyć ;).

      Usuń
  4. Świetnie się czyta Twoje posty, zazdroszczę daru do pisania! :) Wycieczki w trudnych lub zmiennych warunkach są dla mnie zawsze najciekawsze, długo się je pamięta, a i zdjęcia zostają niebanalne jak u Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję zdobycia Łomnicy :-)

    Mi w takich warunkach nie chciałoby się iść do góry ;-) Ja jestem właśnie z tych, którzy wolą lampę :P

    Dobrze widzę, że te łańcuchy ciągną się przez większość podejścia?

    OdpowiedzUsuń