niedziela, 1 marca 2015

Born to be wild - czyli jak (nie) trafić do Doliny Dzikiej

Lato 2014 roku było to dziwne lato, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Deszcz rozpostarł nad górami swą szarą i smętną zasłonę, na kształt żałobnego całunu. Groźne burzowe pomruki co dzień prawie niepokoiły turystów. Dni pogodnych wyglądać - daremnym było trudem. Nadzieje wszelkie na zrealizowanie celów zarzucić - słusznym posunięciem. A jednak wiara tliła się do chwil prawie że ostatnich. Ponuro i mroczno było również i w ten poranek, gdy grupa śmiałków przedostatniego dnia pobytu, siły nieoczekiwane w sobie zmobilizowała i powzięła decyzję o kolejnej próbie walki.
Pisząc już po swojemu - urodziły nam się we łbach Baranie Rogi. Od Stawu Kieżmarskiego. Z przewodnikiem, a jakże. Przewodnik wyglądał mniej więcej tak:


Urodziły się pomiędzy piwem, a piwem, ping-pongiem, a tysiącem, po standardowym pytaniu: "No dobra, to gdzie jutro idziemy...?" zadanym jakieś trzydzieści cztery razy i jakieś trzydzieści trzy pozbawionym odpowiedzi. I nawet wierszyk o tym rodzeniu się powstał, tyle że przepadł.

Rano - nie pamiętam już, ale prawdopodobnie nie jakoś barrrdzo rano, tylko coś może po 8-mej (?) dobiliśmy na parking i bez energii, choć wciąż naładowani wiarą, podążyliśmy łagodną ścieżką ku Zielonemu Stawowi. Gdzieś po drodze nażarliśmy się tabsów z Biedry, to i energia trochę podskoczyła i rachu ciachu ogarnęliśmy długachną ściechę. Co nie miało zresztą większego znaczenia, skróciło jedynie nudę podejścia. Pogoda bowiem nie wyciągnęła żadnego asa z rękawa, nie powitała nas bynajmniej jakąkolwiek miłą niespodzianką. Było dokładnie tak, jak być miało: buro, mokro, mgliście.

Łooo... tu faktycznie są jakieś góry!


Dochodzimy do stawu, co stwierdzamy głównie po tym, że kończy się ścieżka i z mgły powoli wyłania coś na kształt schroniska. W celu naocznego odnotowania obecności bajora, zmuszeni jesteśmy podejść dość blisko.


Dodaj napis
Pokusy, od samego rana pokusy...

Tymczasem zakładamy obóz w schronisku, posilamy się, dokonujemy niezbędnych przed ostatecznym wyjściem konsultacji z przewodnikiem (wciąż tym samym, co powyżej). No i wyruszamy. Oj, no i co, że mgła? Przecież droga tak ładnie opisana, przejść przez strumień, wejść na grzędę. Kopczyki pewnie będą, albo jakiś zarys ścieżki. Że kropi, że siąpi? A to my z cukru? Prędzej już z piwa. Deszczyk nam krzywdy nie zrobi.


Wspomniany zarys jest początkowo zupełnie satysfakcjonujący. Niestety, po kilkudziesięciu metrach sytuacja diametralnie się zmienia. Ścieżki zasadniczo brak. Natomiast tu i ówdzie jakieś chaszcze, jakieś kozice, jakieś błoto. Przyznając zupełnie szczerze - popadamy w dość kompletną dezorientację jeszcze w ścisłych okolicach brzegu stawu. Staramy się zapamiętywać jakiekolwiek charakterystyczne punkty, żeby wiedzieć, którędy wracać. I zatrzymujemy się co kilka kroków, wobec czego trwa to wieki, a staw wydaje nam się ogromny i długaśny.


Grymasy Roberta wyrażają nastroje ogółu ;)

Potok owszem, przekraczamy. Tyle, że za czas jakiś pojawia się kolejny i dziwi nas niezmiernie swą obecnością, bo o nim nic przewodnik nie opowiadał. W ogóle, jakiś mało rozmowny był. W związku z tym, rodzi się pytanie: przekraczać ten drugi potok, czy już teraz szukać drogi ku górze?

Ewidentnie, bezdyskusyjnie potok. Ale czy ten co trzeba???

W grę wchodzi tylko szukanie, nazwijmy to, namacalne. W panującej aurze niemożliwe jest wypatrzenie czegokolwiek.

Panowie to chyba obstawiali, że jak się poubierają na czerwono, to na nich mądrość Toprowców spłynie ;)
(a ta mgła, to wcale nie mgła - to para z ich mózgów :D)

Już sama nie wiem, ale chyba przechodzimy przez ten potok. Mniejsza o to. I tak zaraz znika nam z oczu. Grunt, że dochodzimy do pełnego uroku miejsca, zwykle bardzo dobrze widocznego z okien i tarasu Brncalki. Opadają tu wodospady - Dzikie Siklawy, a w górę pną się strome skały, tworząc kameralny zakątek. Gdzieś tu jest CHYBA nasza grzęda! No ładnie tutaj, ale my chcemy dalej!



Najbliższe około... półtorej godziny zejdzie nam na rozpaczliwych próbach zlokalizowania właściwego przebiegu drogi. Na wypróbowywaniu wątłych ścieżynek (pewnie kozich), pokonywaniu niewielkich skalnych przewyższeń przez ochotników, wypatrywaniu żelastwa, kręceniu się w kółko i biadoleniu. I moknięciu, bo oto siąpić zaczęło jakby mocniej.

Zapędzeni w... kozi róg???
A że Janusz miał przez większość czasu włączoną kamerkę na kasku, to zachował się z tamtych krytycznych minut filmik. Dla nas będący szczególnej rangi pamiątką, niestety nie nadający się do publikacji, bo trochę za dużo razy zostaje w nim uzewnętrzniona ogarniająca nas stopniowo coraz bardziej frustracja ;).

A szkoda, bo to tam zarejestrowane zostały pamiętne i pełne beznadziei słowa: "Ale gdzie ta ścieżka prowadzi? Po co??? Dokąd???".


Muszę trochę wyjaśnić (bo ciężko o usprawiedliwienie) naszą dupowatość w kwestii odnajdywania przebiegu trasy. Nam się te Baranie Rogi urodziły z takiego zaskoczenia, że tak na prędko nie daliśmy rady ogarnąć w necie żadnych relacji. To raz. Dwa - że nawet gdybyśmy mieli w głowie przebłyski z odpowiednich zdjęć, to no cóż... na miejscu, we mgle, wyglądało to i tak zupełnie inaczej.


Choć mgła rozwiewała się czasem. Ukazując nam staw. O taki maluteńki. W ogóle nie wyglądający na tę rozlazłą bestię, cośmy się jej opłotkami skradali nie wiadomo ile. Ukazując też schron. Widoczny jak na dłoni. Co zapewne działa w obie strony. Hmmm. A my tam tacy kolorowi.


Wreszcie z pewną nieśmiałością, nie wiedząc, czy to już mózgi nie płatają nam czasem figli włączając tryb myślenia życzeniowego, chyyyba dostrzegamy jakiś kawałek łańcucha. A miejsce, w którym go zauważamy spełnia wszelkie kryteria, aby być TĄ grzędą. No spoko. Tylko, że dzieli nas od niej wielgachne strumiszcze, rzeka prawie że. Nie znajdując przejścia przezeń, schodzimy sporo niżej, kombinując, jakby się tam dostać jakoś inaczej. Z kombinowania tego nic nie wychodzi, podejmujemy zatem kombinowanie inne.

Jest sobie taka skałka, co chyba można na nią całkiem łatwo wejść. No to Robert idzie na zwiady. Ja w tym czasie parę metrów dalej focę kozy. A reszta towarzystwa sobie stoi pod tą skałką. Pada głośne: "uwaga!", odwracam się od kóz, a zwracam ku własnemu stadu i widzę, jak na jego większą część lecą, strącone przez Roberta, wcale niemałe kamienie. Uchylają się przed nimi (ten moment też jest na filmiku), już odsuwają, gdy Robert schodzi, a potem stwierdzamy, że wszyscy mamy definitywnie, ostatecznie, nieodwołalnie dość. Wracamy do schronu.

Kózki, których obecność sprawiła, że nie stałam na linii lotu kamulców ;)

Wracamy o wiele szybciej niż szliśmy ku wodospadom. Akurat się rozwiało (pada wciąż), widzimy, co mamy pod nogami i parę metrów dookoła nas, to i się jakoś lepiej idzie.

To była TA grzęda. Chodzi mi o tę, na której dostrzegliśmy łańcuch (ewentualnie ulegliśmy zbiorowej halucynacji). Widocznie potok wezbrał i wygenerował, na co dzień niewystępującą, trudność. Natomiast naszemu zejściu na parking towarzyszył deszcz już tak ulewny, że może i lepiej żeśmy na tę grzędę nie wleźli...

No! Teraz, to my widzimy, gdzie trzeba się było władować!

To nie mogło się skończyć inaczej...

Właściwie, to niewinne schroniskowe piwko zapoczątkowało niejako niezapomnianą i jedyną w swym rodzaju nocną wyrypę na Orlen Perć. A to już historia nieomal legendarna, znana i lubiana, dostępna do wglądu TUTAJ ;).


3 komentarze:

  1. Ja tam bym zrezygnował dużo wcześniej, bo chodzić w deszczu i w chmurze, nie lubię :-P Ja z cukru jestem ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zwykle fajnie się czyta:-) Sprawę lokalizacji rozwiązują Mapy Locus na komórkę. Można pobrać, czytać w trybie offline i się wie gdzie podążać. Wtedy nawet gęsta mgła nie straszna. Polecam na przyszłość. Ja też kiedyś błądziłem;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze, że nam rzeka zagrodziła grzędę. Cholera jest całkiem stroma, a wtedy napewno była oślizgła. :P Poza tym Orlen Perci by nie było! :D

    OdpowiedzUsuń