poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Kjerag, czyli noc pełna przygód (niekoniecznie fajnych)


Nasz pobyt w Norwegii miał obejmować odwiedzenie trzech najsłynniejszych atrakcji turystyczno-trekkingowych tego kraju. Każda z nich jest niczym więcej, jak ciekawą formacją skalną. Ale to w zupełności wystarczy, aby ściągnąć tłumy turystów. Bo kto by nie chciał mieć zdjęcia na skale przypominającej język, olbrzymim kamiennym pulpicie podciętym kilkusetmetrową przepaścią, czy na kamieniu tkwiącym w szczelinie skalnej? Może i ktoś by nie chciał. My akurat chcieliśmy.

Na pierwszy rzut poszedł Kjeragbolten. Nie musicie mieć najzieleńszego pojęcia o Norwegii, żeby kojarzyć kamień, zaklinowany nad przepaścią, pomiędzy dwiema skałami, na którym fotografują się turyści. Ja w każdym razie kojarzyłam to miejsce, na długo, zanim Bartek zaproponował wspólne odwiedzenie tego kraju (a zaproponował w sumie już rok temu). Bo kojarzyć, to jeszcze nie to samo, co wiedzieć. No więc gdzieś widziałam fotkę, uwieczniającą stojącą na owym dziwactwie natury... owcę. I tak mi się zapamiętał sam kamyk, choć bardziej niż z Norwegią, konotował mi w mózgu raczej z jakąś Nową Zelandią, albo czymś takim. Później do Norwegii wybrali się Góromaniacy, no i wtedy już wiedziałam, że ten kamyk - to właśnie tam.

A w rok później przyszedł czas, żebym i ja na nim stanę... pardon, położyła się, ale o okolicznościach wchodzenia na Kjeragbolten, może parę akapitów niżej.

Wyprzedzając fakty, będzie to wyglądało tak:




Na początek uściślijmy nazewnictwo. Kjerag - to nazwa szczytu. Nota bene nie takiego byle jakiego, bo najwyższego nad całym Lysefiordem. Caluteńkie 1100 metrów n.p.m., chociaż... biorąc pod uwagę, że wznosi się on rzeczywiście bezpośrednio nad poziomem morza, to wcale nie jest tak mało. Norwegowie wymawiają to mniej więcej "sierag", tak przynajmniej brzmiało to w nagraniu na promie. Sam zaklinowany w szczelinie kamień to Kjeragbolten i znajduje się on przy uskoku góry, opadającym niebagatelną, bo około kilometrową przepaścią, wprost do fiordu.

Prowadzi tam szlak turystyczny, startujący spod restauracji Oygardstol (niech Wam przypadkiem nie przyjdzie do głowy pytać mnie, jak to się wymawia). Nie wiem zresztą, czy to nazwa restauracji, czy miejsca. Jest jeszcze inna, na jaką trafiłam - Orneredet. Do Oygardstol dostać się można na dwa sposoby. Można naokoło Lysefiordu, szosą. Prawdopodobnie są jakieś połączenia komunikacji publicznej, ale z nich nie korzystaliśmy, więc ich nie znam. A można drogą morską, fiordem. A dokładniej - promem przez fiord, dopłynąć do Lysebotn, a stamtąd podejść lub dojechać do Oygardstol.

To teraz po kolei. Zarówno Kjerag, jak i Preikestolen, położone są nad fiordem Lysefiord. Tu dobrze jest wspomnieć, że fiord, to taka podłużna zatoka, otoczona skałami, a ściślej - stara dolina górska zalana morzem, które podniosło swój poziom. Ja całe swoje dotychczasowe życie myślałam, że fiord, to jest stroma skała opadająca do wody. A tu niezupełnie. No cóż, potwierdza się tylko, że podróże to jednak rzeczywiście kształcą.

Promem przez Lysefiord

Lysefiord rozciąga się na 42 kilometry, czyli na moje oko całkiem sporo. Są podobno w tym kraju piękniejsze, ale ten cieszy się popularnością, bo to nad nim wznosi się Preikestolen i nad nim utknął wieki temu ten cudaczny kamyk. No i dlatego właśnie polecieliśmy do Stavanger, bo Lysefiord jest od niego względnie niedaleko i istnieje bezpośrednie promowe połączenie z tego miasta do tego właśnie fiordu. ALE. No cóż, musi być jakieś ale.

Kjeragbolten widziany z tafli wody Lysefiordu.
Dopiero wycinając to zdjęcie na komputerze, dopatrzyłam się,
że na kamyku ktoś akurat stoi.

Prom Kolumbus ze Stavanger do Lysefiordu kursuje w poniedziałki, środy i piątki. Pomaszerowaliśmy więc do portu w środę, cały wtorek spędziwszy zachowawczo na plaży (TEJ plaży). Pomaszerowaliśmy niestety tylko po to, by dowiedzieć się, że bilety są już wyprzedane. Co jednak bardzo się chwali norweskiej infrastrukturze turystycznej, to to, że z zasady ludzie ją obsługujący są raczej mili, a na pewno nieźle doinformowani. Tryskająca życzliwością dziewczyna z portu pokierowała nas więc do informacji turystycznej, gdzie niemniej tryskające życzliwością (a przy okazji wiedzą) panie, poleciły nam dojechać autobusem do Sandness, a stamtąd do Lauvik, skąd wypływa inny prom, którym dostaniemy się do Lysebotn. Jeszcze w punkcie informacji zakupiliśmy bilety na prom. Pomiędzy lądowymi miejscowościami poruszaliśmy się autobusami Kolumbus, na które bilety są ważne przez godzinę (wszystkie linie) i taki godzinny bilet kupiony w biletomacie kosztuje 35 NOK (u kierowcy niestety o 20 NOK więcej).

Początek rejsu przez Lysefiord

Prom z Lauvik był droższy od tego, którym mieliśmy zamiar płynąć ze Stavanger, a do tego doszły nam po dwa bilety za autobus na głowę. Jednak alternatywą było jedynie oczekiwanie dwa dni w Stavanger na kolejny prom, co byłoby zupełnie bez sensu. Tak więc o godzinie 15-tej władowaliśmy się na prom w miejscowości Lauvik (wcześniej dojechawszy tam autobusami), na pokładzie którego przez kolejne dwie i pół godziny przemierzaliśmy Lysefiord.

Był to prom taki raczej wycieczkowy. Doświadczenia porównującego nabyliśmy dopiero dwa dni później, płynąc z Lysebotn do Bratelli. Prom z Lauvik płynął wolno, a w najciekawszych punktach fiordu włączało się na nim nagranie w trzech językach (norweski, angielski, niemiecki), które opowiadało o tym, co akurat można było obejrzeć. Potem zdarzyło nam się faktycznie płynąć promem Kolumbusa i to już był zwykły środek transportu - płynął szybko i nie można było liczyć na żadne przewodnickie pogadanki.


Słowo o fiordach. Oglądając norweskie zdjęcia na cudzych blogach, zawsze miałam wrażenie, że komuś nie chciało się ich obrobić. Wszystkie, zawsze, wszędzie - jakieś takie były blade, mdłe, aż się chciało wziąć to, wrzucić w photoshopa i choć trochę podciągnąć nasycenie albo kontrast. Właściwie, to było trochę zastanawiające, że akurat wszystkie zdjęcia fiordów tak wyglądają, podczas gdy ci sami fotografowie jakoś nie mają problemów z używaniem suwaka saturacji przy obróbce zdjęć z Tatr na przykład. Na miejscu - w sensie - we fiordzie, okazało się, że problem nie leży w zdjęciach, nie tkwi w niechęci blogerów do bawienia się obróbką. Problem leży w samych fiordach. One właśnie są takie, kolorystycznie niedorobione. To w pierwszej chwili rozczarowuje. No dobrze, mnie rozczarowało, bo kogoś innego może akurat zaczarować. Wysiadłam z autobusu, obudziwszy się minutę wcześniej, tyle się naczytałam ostatnio w internetach - zobaczysz fiord, zwali cię z nóg. I co? No... woda, jakaś rozmyta ciemna zieleń dookoła, a wszystko osnute mgiełką i  przez to wyglądające jak przepalone zdjęcie.

No brzydko nie jest, ale gdzie są jakieś kolory?!

Nie, fiord nie zwalił mnie z nóg. Przepraszam. Wraz z biegiem rejsu, powoli zaczynałam się przyzwyczajać do tego, że tu wszystko takie jakieś prześwietlone (ostatecznie nazwa Lysefiord pochodzi ponoć od słowa "jasny"), a wraz z przyzwyczajeniem, przyszły też inne dobre uczucia. Gdzieś w połowie fiordu, zaczęło mi się w nim nawet podobać. A następnego wieczora w Lysebotn, już w ogóle przyjemnie patrzyło mi się na jego oberwane skały. No ale, to nie było zwalanie z nóg, co to to nie. Tatrzańskie przeżycia estetyczne stawiają poprzeczkę wysoko. Moim zdaniem oczywiście, domyślam się, że ktoś może mieć inne. Naprawdę trochę mi przykro. W sumie chciałabym się zachwycić dla odmiany czymś innym.


Zbocza okalające fiord są głównie skaliste, ale, jak widać, nie zawsze

No ale okej, płyniemy fiordem, z czasem mija mi foch do matki natury, że poskąpiła saturacji i kontrastu, a zamiast tego oblekła wszystko bladą mgiełką. Epickich fot nie będzie, no trudno, przeżyję. Uczę się cieszyć tym co jest, a ponieważ prom płynie wolno, to i czasu na naukę mam niemało. Wreszcie, około 17.30 dobijamy do naszej destynacji - Lysebotn.

Fiord się kończy, przed nami Lysebotn.

Lysebotn to maleńka miejscowość, znajdująca się na końcu Lysefiordu. Z niej zamierzamy wyjść na Kjerag. Najpierw jednak siadamy na rozstawionych tuż przy porcie ławkach, by coś spałaszować i wtedy właśnie... zaczyna padać deszcz. Chowamy się pod daszkiem najbliższej kafejki. Bartek idzie zapytać obsługi, czy możemy w niej podładować telefony i inne baterie. Pracujący tam chłopak odsyła nas do budki znajdującej się nieopodal, charakteryzując ją, jako "miejsce dla turystów". Idziemy więc do tej budki - w tym samym budynku są otwarte dla wszystkich toalety, a samo pomieszczenie dla turystów (tak przynajmniej powiedział chłopak z kawiarni), to niewielka klitka z dwoma ławkami, stolikiem, gniazdkami i grzałkami (takimi lampami, które dają dużo ciepła, no nie wiem, jak to nazwać). To ostatnie dziś zupełnie nas nie interesuje, za to jutro uratuje nam życie... a na pewno resztę wycieczki.

Odpływa prom, a wraz z nim darmowe wi-fi... ;)

Ciężko powiedzieć, co to za kanciapa, kto nią zarządza i czy rzeczywiście można tam sobie tak po prostu wejść i siedzieć i ładować baterie, tudzież suszyć ubrania, ile wlezie. Na razie podładowujemy telefony, a ja trochę też aparat, czekamy, aż z nieba przestanie ciapać i jeszcze dziś zamierzamy dowlec się przynajmniej do Oygardstol. Wrócimy tu jutro, wpełzniemy niemalże, z modlitwą na ustach, coby nas stąd nikt nie wygonił, ale na razie o tym nie wiemy, ani się nie spodziewamy, że taki los nam przyjdzie w udziale. Przecież mamy namiot, po co nam kanciapa. Tia.

Pogoda się chwilowo poprawia, ruszamy asfaltówką ku Oygardstol. W relacji z plaży w Soli już wspomniałam, że dnie w Norwegii o tej porze roku są długie. Jasno będzie co najmniej do 22.30, nie ma więc co siadać na tyłkach, trzeba iść, zwłaszcza, że następny dzień zapowiada się mokro. Nie chce nam się - znaki informują, że przed nami 7 kilometrów drogi. Dość stromo pod górę. Na dzień dzisiejszy podejrzewam ich, że oni mierzą to 7 kilometrów w linii prostej, a serpentyniasty asfalt może mieć sporo więcej. Przeszliśmy bowiem całe płaskie Lysebotn i niemały kawałek pod górę. Wleźliśmy w tunel (normalna rzecz w Norwegii - tunele wydrążone w skałach), który według znaków miał mieć ponad kilometr długości. Jak nic, mieliśmy już w nogach 2 kilometry, co powinno stanowić prawie jedną trzecią całej drogi do Oygardstol. Wtedy złapaliśmy stopa - sympatyczna para ze Szkocji sama się zatrzymała, widząc nas, drepczących żałośnie do góry z wielkimi plecakami. Dalej jechaliśmy ich samochodem i nie uwierzę, że reszta trasy, to było dwa razy tyle, co do tej pory przeszliśmy. No nie, kurde. Bo jechaliśmy, jechaaaaaaliśmy, kolejna serpentyna, i jeszcze jedna i jeszcze osiem. Zrobiło mi się słabo na myśl o tym, że mielibyśmy tędy wejść. Tymczasem, szczęśliwie udało się wjechać. Wysiadamy na parkingu, przed nami budynek restauracji. Można by oddalić się przepisowe 150 metrów i gdzieś tu zabiwakować. Jest około godziny 20-tej.


No to iść w stronę światła czy nie iść?
Zawieszona nad przepaścią restauracja Oygardstol
Bartek namawia, żeby iść dalej, dopóki widno. Jutro ma padać, w deszczu nie będzie chciało nam się iść na Kjerag. Nie będzie nawet jak zwinąć mokrego namiotu... Czas mamy ograniczony, bo na piątek (za dwa - niecałe - dni) wykupiliśmy bilety na prom w dalszą drogę. Gdybyśmy podeszli dzisiaj, ile wlezie, jutro wcześnie z rana poszli na szczyt, może jeszcze zdążylibyśmy przed załamaniem pogody. Z braku lepszych pomysłów - zgadzam się.

Co jak co, ale widoki z okien ta knajpa ma naprawdę ciekawe
Zaraz po opuszczeniu samochodu, którym okazyjnie udało nam się tu dotrzeć, przyglądamy się tablicom informacyjnym. Nie pytany o nic, tamtejszy pracownik, poucza nas, że nie powinniśmy iść na Kjerag, bo jutro od rana ma padać, a tam się idzie dwie, albo dwie i pół godziny. A skąd jesteście? Z Polski? To wy będziecie iść trzy godziny, hehe.
A kij ci w dupsko. Może i Norwegowie to fajny naród, ale i buce się, jak widać, zdarzają. Nie, żeby nie miał racji - padało, ale jakby nie o to mi chodzi, że nazywam go bucem.


Ruszamy na Kjerag, choć wiemy, że dziś raczej na niego nie dotrzemy. O szlaku na Kjerag trochę poczytałam wcześniej w internecie i znalazłam info, że trudny. Tylko że, co to znaczy trudny? Jak ktoś chce tylko zobaczyć kamyk tkwiący w szczelinie, a musi wcześniej dwie i pół godziny iść, to dla niego każdy szlak może być trudny. Oczekuję więc czegoś raczej dość banalnego. Szybko te moje oczekiwania zderzają się z rzeczywistością, która mi nakazuje iść po stromych, gładkich, śliskich (jest mokro) płytach, w czym nawet trzymanie się łańcucha średnio pomaga. Stwierdzam, że szlak - a konkretniej łańcuchy - poprowadzony jest tu dość dziwnie. Najtrudniejszym z możliwych wariantów. Obok, przez większość trasy, wydeptana jest o wiele wygodniejsza i sensowniejsza ścieżka, z której zresztą skwapliwie korzystamy.

Po deszczu te płyty nie są zbyt przyjaźnie nastawione do ludzi
Wydaje się płasko, wiem...
...ale nie zawsze tak jest.
W jednej z relacji znalazłam stwierdzenie, że aby wejść na Kjerag, trzeba najpierw wejść na dwie inne góry i to też jest prawda. Zaraz za Oygardstol ostre (najcięższe na całym szlaku, nieprzyjemne także w zejściu) podejście wyprowadza nas na pagór, potem schodzimy do dolinki, wchodzimy na kolejny pagór, znów schodzimy do dolinki, tym razem tylko na krótką chwilę i z niej znów musimy podejść do góry - już na Kjerag.

Na szczycie pierwszego pagóra.
Drogę wyznaczają czerwone znaki "T" oraz kopce z kamieni.
Zejście z pierwszego pagórka do zielonej dolinki.
Posiedziałoby się tam, ale pogoda trochę nie teges.
Widok na zejście z pierwszego pagórka

Nie tylko my będziemy dziś nocować w tej okolicy
Dolinka numer dwa - ta przed ostatnim podejściem

No dobrze, tylko że zanim ten Kjerag, to powoli łapie nas noc. Już na drugim z pagórków zaczynamy rozglądać się za dobrym miejscem na biwak (przypominam, że w Norwegii takie biwakowanie w górach jest w pełni legalne, dzięki prawu zwanemu Allemannsretten). Wszystko jednak jest podmokłe, w dodatku z każdym kwadransem wzmaga się wiatr. Wciąż mamy do wykorzystania kilkadziesiąt minut dnia, idziemy więc jeszcze dalej, licząc, że na zboczu trzeciego pagórka uda nam się znaleźć dogodne i mniej wietrzne miejsce. Chodzenie po górach po godzinie 22-giej, w świetle dnia jest takie trochę dziwaczne...


Uciec od wiatru nam się nie udaje, ale rozbijamy namiot na zboczach Kjeragu i układamy się do snu. W dole pobłyskują światła Lysebotn, a dookoła, od czasu do czasu rozlega się... beczenie owiec. W Norwegii nie ma dzikich zwierząt, których mogliby się obawiać turyści (ostatnio w schronisku w Pięciu Stawach rozmawiałam z Duńczykiem, który był bardzo pozytywnie podniecony tym, że widział pod Ornakiem niedźwiedzia, bo w Danii dawno temu wybito wszelkie dzikie zwierzęta - czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, dlaczego nie ma ich też w Norwegii? czy z tego samego powodu co w Danii?), za to po szlaku na Kjerag chodzą sobie zakolczykowane owce. Skubią trawę, dzwonią dzwonkami i beczą.

Lysebotn. Fajnie wyglądało w nocy.
 
Post udostępniony przez Bartosz Kwaq Kwaczyński (@bartoszkwaqkwaczynski)


Z tym spaniem, to nam za bardzo nie wychodzi. Najpierw, po wysiusianiu się na zewnątrz, Bartek nie zasuwa od razu suwaka od wejścia do namiotu (nie, nie od rozporka, kosmate zboczuszki), co powoduje jego natychmiastowe zniszczenie przez wiatr. Czeka więc nas jeszcze zszywanie namiotu, fajniusio. Dokładniej to Bartek zszywa, ja przytrzymuję materiał, który usilnie wyszarpują mi z rąk kolejne porywy powietrza. Gdy już się kładziemy, wiatr nie ustępuje, a jego podmuchy aż zgniatają namiot. Tak się składa, że po mojej stronie, a doprawdy niełatwo jest zasnąć, jak nie tylko coś ci głośno łopocze nad uchem, ale się jeszcze z całą siłą na tobie kładzie. O 3.30, a więc po jakichś czterech godzinach niby-snu Bartek mnie szturcha. Nie oponuję. Idźmy, ja i tak tu nie śpię. Niebawem ma zacząć padać, a o ile namiot powinien wytrzymać napór deszczu w pozycji wyprostowanej, o tyle przygnieciony wiatrem do naszych ciał, znajdujących się w środku, prawdopodobnie szybko przesiąknie. Zbieramy graty, przegryzam w międzyczasie kęs kabanosa, wychodzimy na zewnątrz, składamy namiot. Pod koniec wykonywania tej czynności, zaczyna padać. Nie że jakaś mżawka. Leje.

Po paru minutach spodnie mamy przemoczone aż do gaci. Gacie aż do gołych tyłków. Jest jeszcze ciemno. Co tu robić? Ostatecznie zostawiamy plecaki, przykryte przeciwdeszczowymi coverami, a sami, na lekko, lecimy na górę. Mokrzy już i tak jesteśmy, gorzej nie będzie. Hie hie. Będzie, ale na szczęście o tym jeszcze nie wiemy.

Z tej części wycieczki zdjęcia głównie z telefonu -
aparat, zawinięty w foliowy worek, odpoczywał w małym plecaczku
To już trzeci, ostatni pagórek. Jeszcze trochę podejścia, potem robi się płasko, ale żeby dojść do słynnego kamienia, czeka nas wciąż niemały kawałek drogi. Zasuwamy po skalnych płytach, w ciemności, nieustannie młóceni przez deszcz. Gdzieś na wielkim szczytowym wypłaszczeniu mijamy namiot, ktoś wygląda z niego, tylko po to, by zapytać, czy wszystko w porządku. No, nie jest to pogoda na spacery. Powoli świta. Deszcz chwilami ustaje, wiatr nie. Doganiam na chwilę Bartka, mówię mu, że w takich warunkach, to chyba nie wejdziemy na kamyk. A pieprzyć ten kamyk - słyszę w odpowiedzi.


Już sama nie wiem, po co tam idziemy, no ale idziemy. Już niedaleko. Pojawiają się jakieś szlakowskazy, przystaję przy kolejnym z nich, rozglądam się i w oddali dostrzegam jedną z głównych atrakcji turystycznych Norwegii, z tej perspektywy niewielką i zupełnie nieimponującą. Do kamienia doprowadza wąski skalisty wąwóz, którym płynie potok (być może z powodu deszczu). Sam kamień stanowi niewątpliwą ciekawostkę geologiczną, no bo jak to tak, się wzięło zaklinowało i tak siedzi tyle czasu? Że nie spadnie? Tyle że nie bardzo jest to moment, żeby się nad tym cokolwiek pozastanawiać. Na szybko napatrzamy się na okolicę, uwieczniamy na zdjęciach uskok. Deszcz akurat na krótką chwilę daje na wstrzymanie, wiatr walczy dalej. Nie umiem odpuścić zdjęcia na kamieniu, stwierdzam, że wlezę, na tyle, na ile będę się w tych warunkach czuć bezpiecznie (mokro, ślisko i wieje jak na kieleckim dworcu), ale wlezę.

Dojście kamiennym wąwozem do kamienia
Wejście na kamyk. Nic trudnego w sumie, ale TA LUFA!
Samo wejście na kamyk jest łatwe. Eksponowane, owszem, sam kamyk też jest eksponowany, nie wątpcie w to - lufa jak skurczybyk, prawie kilometr w dół. Ale łatwe, nie trzeba skakać, czy cokolwiek innego kombinować. Tyle, że nie dość, że jest ślisko po deszczu, to jeszcze kruca wieje i ja naprawdę boję się stanąć w tak lufiastym miejscu, boję się, że jak akurat dmuchnie, to zdmuchnie i mnie, wprost do bladego Lysefiordu, któremu wprawdzie przydałoby się podciągnąć saturację, ale może niekoniecznie moją krwią. I, o ile w tamtym momencie jeszcze zdawało mi się, że trochę przesadzam z ostrożnością i lekko panikuję, o tyle dalsza część wycieczki już mnie z tych złudzeń wyprowadziła. Bartek się na kamyku lekko wyprostował. A ja miałam w tym czasie pięć zawałów.

Nie tak to miało być, ale ojtam.
Po paru minutach spędzonych przy kamieniu, zaczęliśmy schodzić. Zanosiło się na to, że wszystko, co kiepskie, mamy już za sobą. Już i tak zmokliśmy - softshelle (z decathlonu, gdyby ktoś pytał) jeszcze jako tako trzymały, ale spodnie były mokrą szmatą, a w butach chlupało, bo wlało się przez nasiąknięte od spodni skarpetki (stuptuty zostały w plecakach, dżizas!). Intensywny ruch pozwalał nie odczuwać zimna. Deszcz przez większość czasu padał, ale już nie robiło to na nas większego wrażenia. Wszystko fajnie, gdyby nie to, że... nagle zaczęło wiać mocniej. Jeszcze mocniej.

Nie znałam dotychczas takiego wiatru. Ten mnie przewracał, przestawiał z miejsca na miejsce. Myślałam sobie - jeszcze trochę, wrócimy do plecaków, z obciążeniem nie będzie mną tak rzucać. A dupa tam. Wiatr wzmógł się jeszcze i rzucało mną dalej. Deszcz przy takim wietrze napieprzał o policzki jak grad. Ale najgorsza była niemożliwość normalnego poruszania się. Serio - chwilami przywierałam do podłoża, żeby tylko nie pozwalać sobą miotać kolejnym podmuchom. Chwila względnej ciszy - parę kroków do przodu. Następna seria mocnych podmuchów - niewygodny przykuc przy skale. Do tego ogólne poczucie zimna, mokra, niewyspania, głodu. A niektóre fragmenty szlaku wcale nie były takie zupełnie łatwe. Zmiętolił nas ten Kjerag straszliwie.

Było dopiero około godziny 8-mej, gdy władowaliśmy się do budynku na Oygardstol, spragnieni ciepła i odpoczynku. Nie zaznaliśmy go tam niestety, bo bardzo szybko wyproszono nas z głównej sali. Trafiliśmy na dzień zawodów sportowych - na szosie pomiędzy Lysebotn a Oygardstol (tej stromej, serpentyniastej i długiej) mieli się dziś ścigać na takich narto-rolkach. Chyba w związku z tym, w Oygardstol zrobiło się strasznie tłoczno. Zdążyłam się przebrać w toalecie w suche spodnie i nie uśmiechało mi się wychodzić w nich na deszcz, który wciąż lał się z nieba. Zawody miały jednak też swoją dobrą stronę - szosą co jakiś czas kursowały darmowe autobusy, pewnie przeznaczone dla uczestników zawodów, czy ewentualnie widzów, ale nikt o nic nie pytał. Trzeba było tylko zaczekać godzinę na ten autobus, w ciasnym przedsionku restauracji, gdzie ciągle nas ktoś rozdeptywał. Wreszcie, zjechaliśmy nim znów do Lysebotn, gdzie nastąpiło wspomniane wcześniej wpełznięcie do turystycznej kanciapy z modlitwą na ustach, co by nas z niej nikt nie wygonił. Bo namiot sobie ostatecznie możemy rozłożyć nawet w takiej ulewie, ale w namiocie nam nie wyschną ciuchy, które w zasadzie można wyżymać, ani buty, które wyżąć trudniej, a też by im się przydało, nie wyschniemy nawet my. A co gorsza - zamoczymy pewnie niechcący resztę wyposażenia, łącznie ze śpiworami. Dlatego właśnie ta kanciapa ratuje nam dziś życie. No, a na pewno resztę wycieczki.

Ponieważ po Kjeragu plątaliśmy się właściwie nocą, wszystkie kolejne wydarzenia odbywały się jeszcze o poranku. Do budki władowaliśmy się około 11-tej i natychmiast zawiesiliśmy ją całą swoimi ciuchami. Teraz pozostało tylko trzymać kciuki, żeby do następnego dnia wszystko wyschło, no i żeby miało możliwość wyschnąć - czyli żeby nikt nas stamtąd nie wygnał. I tak upłynął dzień - przysypialiśmy na ławkach wewnątrz kanciapy, za oknem i drzwiami rozlegał się około-zawodowy hałas, któremu zdawało się zupełnie nie przeszkadzać, że napieprza żabami, w środku ciuchy schły, grzałki szumiały, baterie ładowały się w kontaktach, co jakiś czas ktoś zaglądał, przez pomyłkę, bo szukał łazienek. Wieczorem Lysebotn wreszcie ucichło (i trochę wyschło), a dla nas przyszła chwila prawdy. Wygoni nas stąd ktoś czy nie? No niby teraz już nie leje, można się gdzieś rozbić  z namiotem, ale tak bardzo byśmy chcieli jednak dosuszyć ciuchy, a zwłaszcza buty...

Gdy miasteczko ucichło jeszcze bardziej, stało się jasne, że nikt nie ma zamiaru nas stamtąd wyganiać przed nocą. Uffff, uratowani. Tylko na chwilę poluzowujemy kciuki, bo teraz z kolei zaczynamy je trzymać za to, żeby udało nam się popłynąć porannym promem do Bratelli, na bilety, które zakupione są dopiero na popołudniowy. Ewentualnie - żeby było w nim w ogóle miejsce, bilety jakby co, ostatecznie kupi się drugie... Byle nie siedzieć tu przez pół kolejnego dnia i nie tracić pogody, która miała się poprawić.


Tymczasem wieczór. Siedzimy na krańcu fiordu, jeszcze nie przyzwyczajeni, że o tak późnej porze może być tak jasno. Po dzisiejszym gwarze towarzyszącym zawodom sportowym nie pozostało już nawet echo. Czasem kręcą się tylko jacyś turyści. Wpatrujemy się w horyzont, ostro ograniczony pionowymi skałami.

Napilibyśmy się piwa.

Bartek rusza na misję poszukiwawczą. Pyta w kafejce, w której wczoraj dowiedzieliśmy się o kanciapie - tam piwa nie mają, ale trochę dalej jest ponoć pub. Przychodzi jeszcze dopytać, ile może wydać, no bo przecież złożymy się po połowie. Kalkuluję, na ile bardzo mam ochotę na piwo, a na ile jestem jednak oszczędną cebulą. Okej, niech będzie 20 złotych na polskie. Za butelkę, czy tam szklankę. Maksymalnie. Po paru minutach Bartek wraca z cydrem gruszkowym, pojemność 300 mililitrów, i każe mi się napić, celem potwierdzenia zakupu. No, co zrobić, jak już przyniósł...

Dobry był ten cydr. Choć zdecydowanie nie wart ponad 40 złotych, które kosztował.

Post udostępniony przez Bartosz Kwaq Kwaczyński (@bartoszkwaqkwaczynski)



No i jeszcze filmik od Bartka:





6 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wierzę, że chciało Ci się to napisać. :)

      Usuń
  2. Zawsze mnie ciekawiło, czy faktycznie trzeba się wspinać i kombinować, żeby na ten kamień wleźć. Oczywiście informacja, że nie, wcale nie zmienia faktu, że chyba zbladłbym tam całkowicie :D Pogodę mieliście taką... norweską chyba niestety.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla mnie Kjerag był totalnym hardkorem. Też trafiłam tam w czasie tragicznej pogody. Lekkomyślnie, nie jedząc śniadania chciałam pohycać na szczyt. A dupa tam. Odpadłam w połowie. Prekitolen i Troltunga (mimo iż dłuższa) były dla mnie dużo łatwiejsze - może przez to, iż nie było tam tak wielu ślizgich płyt. Co do kolorystyki - moje zdjęcia też są takie mocno pastelowe, wybielone. Jednak Ci z fly4free to mocno szaleją z fotoszopką.

    OdpowiedzUsuń
  4. Można się sponiewierać, można się przełoić, można iść i iść, ale nie ma chyba nic gorszego niż kombinacja turbo-deszczu z turbo-wiatrem.

    OdpowiedzUsuń