poniedziałek, 14 maja 2018

Długi weekend majowy w Tatrach

Gdyby jeszcze rok temu ktoś zapytał mnie o to, czy warto jechać w Tatry na długi weekend majowy, odpowiedź moja brzmiałaby zapewne: noł łej! To bowiem czas, gdy zwykle lubi zesrać się pogoda, gdy w Tatrach panują najczęściej mieszane warunki, więc za dużo gratów trzeba ze sobą nosić, no i to w końcu ten moment, gdy Polska nagle wstaje i gdzieś jedzie, a że na morze jeszcze trochę za zimno, to najczęściej szturmuje góry. Nie uśmiechało mi się nigdy ładować w takowe okoliczności przyrody.

Ale... niestety nie młodnieję i nie zawsze mam siłę czy ochotę na nocne podróże autobusem, dwugodzinny sen i następujący po nim poniedziałek. Wiem, że zabrzmiało to strasznie smętnie, ale o ile kiedyś mi takie szaleństwa zupełnie nie przeszkadzały, o tyle od pewnego czasu kalkuluję sobie, na ile ciężko będzie mi przeżyć przychodzący po nich tydzień. I czasem wychodzi mi, że zbyt ciężko. Postanowiłam zatem docenić i wykorzystać trochę dłuższe wolne, zwłaszcza że w tym roku wiosna o wiele wcześniej zaszczyciła nas swym przyjściem, a prognozy pogody - z początku fatalne - polepszały się z dnia na dzień. Pozostawał jeszcze czynnik ludzki, czyli tłumy, na które po prostu zdecydowałam się przymknąć oko. Ewentualnie też zagryźć zęby. Tego, że uda się zgubić je gdzieś w dolinach, nawet bym nie przypuszczała.

Mą majówkową towarzyszkę - Celinę poznałam prawie półtora roku temu, przy okazji sylwestrowej wędrówki po Tatrach Zachodnich. I picia frugo na dworcu. Od tamtej pory deklarowałyśmy obie chęć wspólnego wyjazdu, ale jakoś nam nie wychodziło. Teraz wreszcie miało się udać.

Nie nastawiałam się, ogólnie rzecz biorąc, na żadne ambitne przejścia, raczej chciałam się ruszyć z domu i porobić w tych górach cokolwiek. Celina narzeka na kondycję, ja swoją dopiero zamierzam sprawdzić, bo to, że biega mi się nieźle, nie znaczy, że tak samo będzie mi się chodzić pod górę z kilkunastokilogramowym plecakiem (sprawdziłam - po powrocie do domu, a więc lżejszy o jakieś 2 kilo żarcia i wodę, ważył 12 i pół...). Umawiamy się więc na takie tam szlakowe dreptanie, a co dokładnie, to wyjdzie w praniu.

We wtorek o poranku gramolimy się z Flixbusa do busika na Palenicę. Początek szlaku do Morskiego Oka oblepia oczywiście, gęstniejący z każdą minutą, tłumek. Obawiamy się, że podobne statystyki utrzymają się aż do Szpiglasowej, a tymczasem ruszamy przed siebie, na tyle żwawo, na ile nam to wychodzi. Chwila odpoczynku w starym schronisku i, nie zaglądając nawet nad jezioro, myk myk na żółty szlak. Podchodzimy sobie spokojnie, jedyne, co nam ten spokój zakłóca, to bardzo silne podmuchy wiatru, który tego dnia hula sobie po Tatrach. Słońce jednak świeci, na deszcz się nie zanosi.

Z tej odległości tłum zupełnie nie przeszkadza.


Śniegu, jak na początek maja, jest już bardzo niewiele, wciąż jednak, na około dziesięciu fragmentach szlaku, zalegają jego niemałe połacie. Udeptane, a jakże, jednak i tak grożące poślizgnięciem. Raków się jednak nie opłaca zakładać, gdyż zaraz trzeba by było je zdejmować. Natomiast czekan w ręce to nienajgorszy pomysł. Ludzi się trochę kręci, ale zupełnie nijak ma się ich ilość, do tego, ilu wyobrażałam sobie tu ich spotkać. Część na pewniaka pokonuje białe odcinki szlaku, część szuka obejść albo sunie po śniegu w kucającej pozycji. Nie są to jednak jeszcze letnie warunki.



Na Przełęczy Szpiglasowej spędzamy jakąś godzinkę. Na Wierch nie idziemy, bo... nam się nie chce. Wreszcie zbieramy się i zaczynamy schodzić. A raczej jedynie mamy taki zamiar, bo szybko okazuje się, że kilka grupek idących z naprzeciwka raczej nie będzie chciało się wymijać na łańcuchach. Są w tej historii i białe spodnie z dziurami na kolanach i sukienka i torba na ramię i jeszcze nieco histeryczne pokrzykiwania. Ale fabułę dopiszcie sobie sami, domyślacie się jej przecież, dziubaski. Odczekujemy swoje i złazimy.





Model kurtałki KLIK.


Łańcuchy są już odkryte, jednak tuż pod nimi czeka na nas olbrzymia połać śniegu do pokonania. Śnieg jest płytki (i mokry!), a teren niezbyt stromy, wobec czego przejście go nie nastręcza trudności, choć, pomimo raczków, parę razy umoczyłam tyłek. Wiatr, wnerwiający nas na podejściu, tutaj cichnie, powietrze stoi wręcz nieruchomo i pomimo bieli dookoła - jest okropnie duszne.


Robię tysiąc dwudzieste pierwsze zdjęcie kamienia i tym optymistycznym akcentem pomału kończymy dzisiejszą wycieczkę. Pozostaje nam jeszcze zawalczyć o pięciostawiańską glebę, jakoś przeboleć kolejkę po wrzątek, spróbować zasnąć wśród dźwięków dzikiej imprezy... wrrrrrróć! Nie tym razem. Pod schroniskiem kręci się ledwie garstka ludzi, co nie zwiastuje kłopotów w środku, wręcz przeciwnie. O wielkie nieba! Trwa długi weekend, pogoda jest niczego sobie, a w Piątce nie ma tłumów?! Czy myśmy tam umarły na tym Szpiglasie i trafiły do górskiego raju?

No okej, trochę ludzi jest, w stołówce pod wieczór robi się lekko tłoczno, ktoś tam wprawdzie puszcza znienacka bełta, ale to i tak jest NIC. Wysłuchujemy niechcący cudzych opowieści różnej treści i układamy się lulać przy koszach na śmieci. O 22-giej zapada cisza.

Żeby nie było aż tak pięknie, Tatry spowijają się chmurami. O 5 rano wyglądam za wejściowe drzwi, z nadzieją na jakiś ładny wschodzik. Wschodzik urody jest jednak na tyle nienachalnej, że szybko wracam do śpiwora. Gdy wstajemy trzy godziny później (mnie ostatecznie wybudził tekst: "eeeejjj, ci ludzie to CHYBA tu śpią"), pogoda już w ogóle nie chce kooperować. Bangla.

Wobec deszczu miny nam markotnieją. Miałyśmy iść dzisiaj dalej, do Murowańca, przez którąś z przełęczy, na razie jednak zasiadłyśmy, ogarnięte marazmem. Wówczas to jakoś przyszła mi do głowy ta górka. Niby na tym wyjeździe miało być grzecznie, ale jakby tak zamienić "cz" na "sz", to przecież wielkiej różnicy nie będzie. ;) A zatem mówię Celinie - ty, słuchaj, a może by tak do tego Murowańca dopiero jutro? A dziś spróbować coś w okolicy? Jak zmokniemy, to uciekniemy szybko do schronu się suszyć i takie tam. W Muro nie wiadomo, czy nas przyjmą, a tu problemu z tym nie będzie. Tymczasem zza chmur przebija słońce, na stołówce zarządzają sprzątanie, nie ma na co czekać. Większa część klamotów ląduje pod stołówkowym sufitem, a my, spakowane na lekko, lądujemy na dworze. Z zamiarem pójścia na taki tam spacer.


Aura w zasadzie nam dopisuje, pozwala nie tylko zdobyć Górę, ale też powylegiwać się na jej zboczach. Pod koniec dopiero straszy lekką mżawką.


Poprzedniego dnia, schodząc ze Szpiglasowej, rzekłam do Celiny, że możemy się śmiać do rozpuku z turystów ocierających się o śmierć na łańcuchach, ale to oni mają zajebistą wycieczkę, a nie my. My tak sobie o, po prostu, weszłyśmy na przełęcz, a potem z niej zeszłyśmy, ładnie było, owszem, ale to by było na tyle, jeśli chodzi o emocje. A oni tam mieli przygodę życia. Trochę zazdrość. Dlatego w sumie na rękę mi poszedł ten poranny deszcz...




Spędzamy w Piątce kolejny wieczór. Rankiem wita nas lampa. Planujemy przejść do Murowańca, z lenistwa więc - bo tędy najkrócej - wybieramy drogę przez Kozią Przełęcz. Tu towarzyszy nam właściwie cisza - poza parą idącą pod ścianę Zamarłej, pierwszych ludzi spotykamy tuż pod przełęczą.


Tylko pozornie wędrujemy we dwie, Celina ma bowiem pasażera. Ponieważ podróżuje wetknięty w kieszeń jej plecaka, przez sporą część wędrówki, zawsze wtedy, gdy idę z tyłu, mam więc mniej więcej taki widok:


Czyż nie są to oczy stęsknione za miłością? Nooooo, mina Ryczarda być może nie jest aż taka niewinna, ale jednoznacznie wskazuje, że przydałaby mu się samica. Toteż nie omieszkałam przygarnąć Rejczel, wcześniej smutnie spoglądającej zza witryny pięciostawiańskiej recepcji. Zaiskrzyło. ;)

Miłość, miłość w Zakopanem...
Dojście na Kozią prawie czyste, choć trawers doprowadzający pod łańcuchy wciąż skrzy się bielą. Same łańcuchy już suche. I dobrze, bo przegramolenie się przez nie z wielkimi plecakami i tak nie jest takie łatwe. Jedynie pod koniec pojawia się śnieg. Pojawia się i przeszkadza, bo jego gruba i twarda warstwa leży tam, gdzie latem stawia się stopy, tworząc niewygodną, ciasną szczelinę. Jakoś się jednak ładujemy i przez tę przeszkodę, choć warto odnotować, że to nieco groźny w tych warunkach moment. Na samej przełęczy ciasno i śnieżno.



Zejścia się, szczerze mówiąc, trochę obawiam. Zamiast raków, mam tylko raczki, nie wiem, na ile zdadzą egzamin w grząskim śniegu. No ale nic, czekan do łapy i żlebem w dół - tam założony jest ślad, szlakiem jeszcze chyba nikt nie chodzi. Raczki coś tam dają, ale i tak nogi jeżdżą mi jak chcą. Dwukrotnie robię użytek z czekana, przy okazji wydłubując sobie dziurkę w dłoni (kto by w taki upał zakładał rękawiczki...).



Widzicie lawiny?


Schodzimy miarowo do Koziej Dolinki, po drodze mając widok na imponujących rozmiarów lawinisko. Na dole uświadamiam sobie, że warto byłoby zrobić sobie zdjęcie przy tamtejszym szlakowskazie. Dlaczego? Dlatego:


Sprawnie schodzimy do Murowańca, gdzie udaje nam się załapać na miejsca w pokoju.



Nazajutrz z rana Celina mnie opuszcza. Jeszcze siedzę w schronisku, gdy dostaję od niej wiadomość, że niżej jest mleko. Już wtedy zaczynam wątpić w dzisiejszą wycieczkę - miałam przejść się w stronę Zachodnich i może zahaczyć o Giewont, jednak postanawiam się wdrapać na Kasprowy na rekonesans.

Gdy docieram na szczyt, fragmenty chmur właśnie zaczynają się pojedynczo odrywać od kłębiącej się w dole masy, lecieć wyżej i formować się nad szczytami w nowe chmurzyska. Z czasem zresztą cała ta masa podnosi się. Podczas około godziny siedzenia na szczycie dochodzę do wniosku, że iść dalej zupełnie nie ma sensu, a dodatkowo łapię takiego lenia, że nie chce mi się nawet stamtąd zejść. Zjeżdżam kolejką. Jakieś dwie godziny później grad trzepie po dupskach tych, którzy pozostali wysoko, a na Giewoncie piorun razi dwie osoby.

Podsumowując, majówkę uważam za udaną i bardzo satysfakcjonującą. Zwłaszcza, że to ten fajny rodzaj satysfakcji, który sprawia, że chce się więcej. :)


17 komentarzy:

  1. hahaha..jak zwykle super młoda damo..ja w tym czasie kopałem się z Babią...powodzenia

    OdpowiedzUsuń
  2. A wylanym piwem w Murowańcu to się nie pochwaliłaś.

    Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko trochę się ulało, cholerne sznurówki :P

      Usuń
  3. niby zawsze się mówi, że taka majówka straszna, a tu wszystkich ludzi chyba wypędziło w góry wcześniej, żeby tłumów uniknąć :D super post, czyta się bardzo dobrze - jak zawsze. cieszy mnie niezmiernie fakt, że powróciłaś znów w Tatry! oby już bez żadnych kontuzji w najbliższym czasie :)
    ta baj łej - zrobisz kiedyś posta o biwakowaniu? co bierzesz, jak się przygotować, etc. możliwe, że mam w planach pierwszy swój biwak w okolicach czerwca i, mimo że dużo rzeczy wyczytuję po prostu z pozostałych postów, na pewno nie tylko mnie przydałoby się zebranie tego w całość ;)
    pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ufff, nie wiem, czy cały post w najbliższym czasie będzie, więc tak w skrócie: śpiwór puchowy (na lato Quechua komfort 0 stopni), mata lub dmuchany materac, norka (ja mam chyba z milo) - chroni śpiwór przed wilgocią i zabrudzeniami. Przydają się tabletki nasenne ;). Dobrze wybrać takie miejsce, gdzie raczej nie przyjdą dzikie zwierzęta, czyli dość wysoko. Dodatkowo warto zabezpieczyć bagaż, włożyć co się da do śpiwora, a plecak przywiązać sznurkiem do ręki (lis mi go wyciągnął spod głowy rok temu). Co jeszcze Cię ciekawi?

      Usuń
    2. oczywiście miało być „tak baj de łej” tam u góry, gapa ze mnie :D
      w sumie to chyba najważniejszego się dowiedziałam. aha, bo jeśli chodzi o soczewki to rozumiem, że bierzesz kropelki i jakoś przeżywasz noce bez ich zdejmowania? jak to wygląda, gdy śpisz na dziko dłużej niż noc? mam nadzieję, że się odważę, wtedy dam znać, jak mi poszło ;) dzięki wielkie i pozdrawiam!

      Usuń
  4. Uchylisz rąbka tajemnicy i zdradzisz na jakąż to Górę weszłyście?
    Wybieram się na Szpiglasową z okazji Dnia Dziecka ;) Dobrze wiedzieć, że są szanse, że już nie będzie śniegu do tego czasu
    Agata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda na to,że nazwa tej Góry zaczyna się na literkę O...tak mi pasuje z fotek��

      Usuń
    2. Z pierwszą literą strzał celny :)

      Usuń
    3. Cieszę się,że zgadłam,że chodzi o ten Wierch,nie byłam tam nigdy.Ładne widoczki z tej perspektywy.Monika.

      Usuń
  5. Nie wiecie czy za noclegi w Zakopcu doliczają jeszcze po 2 zł za dzień tytułem opłaty miejscowej (klimatycznej) bo to od niedawna nielegalne a a ciekaw jestem jak to w praktyce wygląda bo większość ceprów nieswiadoma a miejscowi zachłanni?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja niestety nie wiem, daaaawno już nie spałam w Zakopcu

      Usuń
  6. Byłem parę razy i nigdy mi nikt nie doliczał dodatkowej opłaty klimatycznej

    OdpowiedzUsuń
  7. Czekam właśnie na transport i czytam sobie Twój wpis w międzyczasie. Za 10 godzin będę w Z-town. a potem 4 dni w Tatrach, od schronu do schronu. Juhhhuuu!!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Gośka - nie wpadaj w łatwe szlakowe schematy. Piątka ma potencjał. Można zrobić nielegalne kółko: przez Gładką na Słowację, do wrót Chałubińskiego i powrót granią na Szpiglas. Wiem, wszędzie tam byłaś, ale nie warto wrócić? Piękna trasa i w tej opcji niewielkie różnice wysokości. Albo gdzie nie byłaś: z Koszystej na dół albo przez Wołoszyn, albo drugim ramieniem.
    P.S. Nie znasz kogoś na Alpy? Ja wciąż szukam chętnych na gran wysokich Taurów koło Bada Gastein. To turystyka, kompletnie z dala od ludzi, i po graniach szlakami. Ze swej strony mogę skontaktować z panią, która chce zrobić trekking w Dolomitach z licznymi ferratami. Jest po kursie skałkowym i dobrze się wspina.

    OdpowiedzUsuń
  9. PS2. Na biwak Niżne Tatry. Z Radomia flixbusem do Donovaly (19.30 - 2.20, na stilnoxie akurat można się wyspać i obudzić w dobrym nastroju), a tam największe zagłębie gór słowackich w zasięgu wzroku. Na grani Niznych od tej strony nie ma schronisk, najbliższe to Útulňa Ďurková pod Chabencom dwa dni drogi granią jak połonina.

    OdpowiedzUsuń