sobota, 7 lipca 2018

Ruda vs kurs skałkowy - wrażenia, refleksje, opinia

Słowem wstępu krótkie(?) wytłumaczenie, dlaczego dopiero teraz:

Parę lat temu powstała w Radomiu ścianka wspinaczkowa. Chodziłam już wtedy po górach, o wspinaniu się jednak za bardzo nie myślałam. Wróć. W ogóle nie myślałam o wspinaniu się. Coś mnie jednak ciągnęło na tę ściankę i popychało, żeby spróbować tej formy ruchu. Oczywiście tylko tam, na panelu, przez myśl mi nie przeszło, że zwiążę się kiedykolwiek liną w skałach, czy górach. Wreszcie odważyłam się, poszłam, odebrałam instruktaż, dotknęłam chwytów, zasmakowałam pionu, a nazajutrz umarłam z bólu. Przygoda przednia. Poszłam drugi raz. Niestety, poza jedną czy dwoma najłatwiejszymi drogami, nie byłam w stanie zrobić nic więcej. Jacyś życzliwi bywalcy "Groty" owszem, podpowiadali za co złapać i jak to zrobić, ale dla mnie to było niewykonalne i już. Zraziłam się, normalne.

Wróciłam jakieś półtora roku później, już z określonym celem: sekcja. Zgodnie z przewidywaniami, udział w zorganizowanych zajęciach pozwolił mi na robienie postępów. Z czasem umiałam coraz więcej, coraz lepiej... niestety, tylko się wspinać, bo nie szło to w parze z nauką różnorodnych operacji sprzętowych. W momencie, w którym zrobiło się to zupełnie nierozwojowe, a ja doszłam do wniosku, że instruktor zgarnia kasę za samo patrzenie jak się wspinam (a i to nie zawsze), zrezygnowałam z sekcji. W międzyczasie poznałam (dzięki ścianie oczywiście) trochę wspinających się ludzi, w tym Bartka, i reszty - wspinania z dolną asekuracją i asekurowania z dołu, zjazdów, przewiązywania się - uczyłam się od nich. Tak przewspinałam się (raczej dość rekreacyjnie) przez kilka kolejnych lat - na panelu, w skałach, a nawet w górach. Przeżyłam, wszyscy moi partnerzy też, ale swoją wiedzę określałam zawsze jako ograniczoną i nieuporządkowaną i lubiłam mieć przy sobie kogoś mocniejszego w temacie - zwłaszcza w górach, gdzie nigdy nie poprowadziłam drogi.

Iiiii... tak miało zostać. Podstawowe umiejętności posiadałam, na ściance wspinałam się i tak głównie na wędkę, a w skały jeździłam raz na miesiąc, czy parę tygodni i to też oczywiście tylko w sezonie. Po pierwszym zrywie na samym początku przygody ze wspinaniem, kiedy to ambicja wpędzała mnie we frustrację, ostatnio to wszystko funkcjonowało u mnie bez większego ciśnienia. Zmierzam do tego, że kursu zasadniczo nie zamierzałam robić.

Prowadzenie bloga wiąże się jednak z wieloma niespodziankami - nigdy nie wiadomo, kto przeczyta twój tekst i do jakich kroków to go popchnie. Kubę, właściciela Szkoły Wspinania Ósemka, przypadkowa lektura mojego wpisu "Jak zacząć się wspinać", zainspirowała na przykład do zaproszenia mnie na kurs. Nie omieszkałam skorzystać. :) Bo takim fajnym propozycjom się nie odmawia. Jednocześnie wciąż nie byłam do końca przekonana, czy kurs - ten podstawowy - to dobre miejsce dla mnie, bądź co bądź wspinającej się od kilku lat. Podobnie jednak nie byłam przekonana, czy kurs to dobre miejsce dla osób, które nie wspinały się nigdy. W sumie, to nie wiedziałam, dla kogo w ogóle dobrym rozwiązaniem jest kurs, no i skoro nadarzyła się okazja, postanowiłam to sprawdzić, a następnie podzielić się z Wami wnioskami.

Wybrałam kurs pełny podstawowy, dla początkujących, aby zobaczyć, jak taki kurs przebiega i skonfrontować go ze swoimi wyobrażeniami, zwłaszcza dotyczącymi tego, czy osoby zielone w tematyce wspinania są w stanie przyswoić podaną na nim wiedzę.

Przebieg kursu

Zaczynam w sobotę, w Kobylanach jednak melduję się już w piątek późnym wieczorem. To tutaj funkcjonuje obecnie baza "Ósemki". Poznaję pierwsze dwie osoby, z którymi będę na kursie - Artura i jego syna Wiktora. Rankiem dojeżdża jeszcze, będący w podobnym co Wiktor, czyli nastoletnim wieku, Kacper. Jest nas zatem czworo. Pierwszego dnia lądujemy pod Łabajową. Zajęcia prowadzi Krzysiek (tak zostanie do końca). Z początku jest dużo gadania i rzeczy dla mnie oczywistych, chłopakom jednak potrzebnych, bowiem nie mieli dotychczas kontaktu ze wspinaniem, bądź kontakt ten był bardzo krótki. Pierwsza nauka dotyczy oczywiście wiązania ósemki i asekurowania partnera. Po tym instruktażu i ćwiczeniach "na sucho" przychodzi czas na dotknięcie skały, czyli wspinanie na wędkę. Następnie uczymy się - stojąc na ziemi - przewiązywania się na stanowisku. Dla mnie rzecz nienowa, ale jednak przydatna, bo dowiaduję się, że da się bezpieczniej, niż ja to zawsze robiłam. potem jeszcze parę zdań na temat zasad używania ekspresów. Wymienione czynności zajmują nam cały szkoleniowy dzień. Przemarznięci - bo ostatniego dnia czerwca postanowiła do nas zawitać wczesna wiosna, wracamy do bazy.

Wędka

Integracja ważna rzecz!

Drugi dzień to wspinanie z dolną asekuracją. Bawimy tym razem na Witkowych skałach. W przyjętych wczoraj zespołach, czyli ja z Arturem, a młodsze chłopaki we dwóch, wspinamy się na łatwe drogi. Krzysiek z dołu przez lornetkę obserwuje nasze wygibasy przy stanowiskach, w razie potrzeby zwracając nam uwagę na błędy. Dodatkowo uczymy się wiązać węzeł flagowy. Każdy robi po około 5 dróg. Na dzisiaj basta.

Cyfry padały jak szalone!
Trzeciego dnia przychodzi czas na Mamutową i wspinanie na własnej asekuracji. Dla mnie nowość - wspinałam się wprawdzie w górach, ale zawsze szłam jako druga. A zatem zdarzyło mi się wyciągać kości, czy friendy z drogi, wiedziałam więc, do czego służą, nigdy jednak nie osadzałam ich samodzielnie. Zaczynamy od długiego wykładu, połączonego z prezentacją, dotyczącego sprzętu używanego do zakładania przelotów. Następnie, co logiczne, jedno z partnerów obwiesza się szpejem i pokonuje łatwą drogę, potem zmiana. Resztę dnia przeznaczamy na loty... znaczy chłopaki przeznaczają, bo ja nie daję się namówić na celowe skoki. Przy okazji lotów też nabieranie doświadczenia asekuracji przy odpadnięciu partnera.

Mamutowa, stąd parę godzin później chłopaki będą skakać

Ekipa w Jaskini Mamutowej

Krzysztof opowiada o sprzęcie

Gotowi do akcji :)

Osadzanie tricama
Chłopaki latają, ja się nie skusiłam
No i dzień czwarty, czyli wspinanie wielowyciągowe. Podobnie, jak dzień wcześniej, uczę się czegoś, z czym już miałam do czynienia, jednak, czego nie robiłam nigdy sama - asekurowałam zawsze z dołu, nigdy z góry. Najpierw długi pokaz na ziemi wszelkich operacji potrzebnych do zamiany na stanowiskach, oraz do opuszczenia ściany (zjazdy), a potem wio na drogi. Wspinamy się dziś w Dolinie Kobylańskiej na Kuli. Krzysiek "lata" koło nas na swojej linie, pilnując, co my tam motamy. Każdy zespół pokonuje po dwie drogi.

Wielowyciągi najpierw na sucho, czyli na ziemi...
...i w praktyce
Piątego dnia wielowyciągi na bis. Znów Kobylańska, tym razem zaczynamy od Turni z krokiem. Robimy drogę obitą, Krzysiek znów pełni funkcję anioła stróża. Potem na ziemi pokaz procedury opuszczania partnera, który na wielowyciągu zrezygnował z dalszego wspinu, a następnie podciągania go, gdy zdecydował, że jednak chce iść dalej. Na koniec dnia przenosimy się na Kulę i tam Kacper z Wiktorem robią dwuwyciągową drogę obitą, a ja z Arturem też dwuwyciągową... ale na własnej asekuracji. Kończymy dzień jeszcze później i jeszcze bardziej przetyrani niż wczoraj.


Turnia z krokiem
Zabawa na własnej

Szósty dzień to czas na domknięcie różnych tematów i powtórki. Ponieważ wczoraj nie zdążyliśmy się zamienić, robimy to dziś. Chłopaki wspinają się wielowyciągowo na własnej asekuracji, a ja z Arturem na drodze obitej. Za pole doświadczeń służy nam Żabi Koń. Po skończeniu dróg, przenosimy się znów na Kulę. Tam powtórka wspinania jednowyciągowego, żeby z głowy nie wyleciało to, czego nauczyliśmy się na początku, czyli przewiązywanie na końcu drogi, tak, żeby partner opuścił nas na ziemię. Zostaje jeszcze czas na naukę podchodzenia na linie, gdy z jakichś powodów musimy przerwać zjazd i wrócić do góry. Na zakończenie jeszcze węzeł zderzakowy i prusik, oraz mały sprawdzian.

Czego się nauczyłam?

Całkiem sporo. Wprawdzie miałam do tej pory od kogo się tego uczyć, ale nie chciałam nadwyrężać prywatnych relacji. Tutaj byłam pod opieką instruktora, o wszystko mogłam bez skrępowania zapytać, choćby i piętnaście razy o to samo. Spędzaliśmy w skałach po 7, 8 a nawet 9 godzin dziennie, więc czasu na ćwiczenia było dużo. Nabrałam zaufania do wspinania na własnej asekuracji i do swoich umiejętności w tym zakresie. Ogarnęłam wielowyciągi, które dotychczas wydawały się dla mnie opierać na wiedzy nieomalże tajemnej. Zapoznałam się z procedurami awaryjnymi - te akurat pamiętam najsłabiej i mam świadomość, że muszę sobie od czasu do czasu powtórzyć, ale one również były przećwiczone w czasie kursu.


Pełne skupienie...
Na pewno nabrałam większej samodzielności i pewności odnośnie tego, co robię w skałach. Nie mogę jednak nie stwierdzić, że przyszło mi to zdecydowanie łatwiej niż reszcie grupy. Chłopaki radzili sobie bardzo dobrze, ale ja radziłam sobie trochę lepiej - nie dlatego, że z nimi było coś nie tak, tylko po prostu dlatego, że ja już wiedziałam, o co z tą całą wspinaczką chodzi, znałam terminologię i większość sprzętu, wiedziałam, dlaczego trzeba wykonywać pewne operacje. Oni musieli ogarnąć to od początku. No i dochodzimy do sedna, czyli...

Czy kurs skałkowy jest odpowiedni dla osób, 
które nigdy się nie wspinały?

Zawiodę Was może, ale... nadal do końca tego nie wiem. Moi koledzy z kursu byli zadowoleni z udziału w nim. Sama widziałam, jak z dnia na dzień uczą się, opanowują kolejne umiejętności, zaczynają wyłapywać własne, jak i cudze błędy. Ale oczywiście nie wszystkie i nie zawsze (ja zresztą też).

Wspinaliśmy się na łatwych drogach, które nie przekraczały możliwości wysokich, sprawnych i dość silnych facetów, ale gdybym to ja trafiła na kurs skałkowy na początku swojej przygody ze wspinaniem, to pewnie co rusz bym wisiała na ekspresie i darła się wniebogłosy, że nie ma takiej opcji, abym weszła dalej, byłam bowiem wtedy wiotka jak szczypiorek, siły w rękach wystarczało mi na tyle, aby podnieść do ust kubek z kawą. Taka ja sprzed paru lat miałabym więc na kursie problem z każdą drogą trudniejszą niż II, ale być może w takim przypadku na takie właśnie byłabym wysyłana.

Artur walczy w kominku
Problemem jest ilość otrzymywanej na kursie wiedzy. Już nawet nie chodzi mi o to, czy jest ona potrzebna początkującym - ktoś kto właśnie pierwszy raz w życiu dotknął skały, czy w ogóle pionowej drogi, nie rzuci się raczej za tydzień na wspinanie na tradach, czy wielowyciągach, ale
raczej będzie się wspinał sportowo. Bardziej mam na myśli to, że po paru dniach wszystko się miesza. Na samym początku uczyliśmy się przewiązywać na stanowisku - po skończeniu zwykłej, krótkiej, sportowej drogi, nazajutrz ćwiczyliśmy to zawzięcie, doprowadzając prawie do perfekcji. Potem doszła nowa wiedza i po kolejnych dwóch dniach, na polecenie: "skończyłeś drogę, przewiąż się, żeby partner mógł cię opuścić na dół", w grupie nastał popłoch i nerwowe grzebanie w sprzęcie. Nie nabijam się tu absolutnie z nikogo, uważam to za w pełni zrozumiałe. Dlatego też Krzysiek ostatniego dnia zrobił nam z tego powtórkę. Ale fakt pozostaje faktem - ta wiedza się miesza, dochodzisz do stanu i nie wiesz, czy sięgnąć po taśmę, czy może przypiąć się ekspresem i poprosić o luz. Miesza się tym bardziej, im mniej miałeś wcześniej do czynienia ze wspinaczką.

Pozostaję więc przy zdaniu, że przed kursem warto jednak choć trochę liznąć tematu, powspinać się na sztucznej ścianie, pojechać w skały, żeby chociaż popatrzeć na to, co tam wyczyniają wspinacze, pooglądać jakieś filmiki, coś poczytać. Aczkolwiek nie upieram się, że totalnie zieloni kursanci nic z kursu nie wyniosą - to już zależy od predyspozycji (jedni ogarniają szybciej, drudzy wolniej), a w bardzo dużej mierze też od motywacji. Kto rzeczywiście chce się nauczyć bezpiecznie wspinać, będzie wytężał wszystkie zmysły, aby to zrobić.

Atmosfera na kursie

Ta zależy oczywiście od szkoły. U nas była, krótko mówiąc, zajebista. Nasłuchałam się o instruktorach, którzy krzyczą na kursantów i serwują im srogi opierdol nawet za względne bzdety. Tu nic takiego nie miało miejsca. Krzysztof nawet na sekundę nie stracił cierpliwości, cały czas zachowując życzliwo-ironiczno-żartobliwy styl prowadzenia zajęć. Jego spokojne: "Gosiu, nie idź tą drogą" będzie mi wybrzmiewać chyba za każdym razem, gdy zacznę grzebać w szpeju na stanowisku. Drugim instruktorem i jednocześnie właścicielem szkoły jest Kuba, z nim mieliśmy o wiele krótszy kontakt, ale wystarczający, by zdążyć nabrać przeświadczenia, że na jego zajęciach też musi być fajnie.

Część zdjęć we wpisie mogła się tu znaleźć dzięki uprzejmości Krzyśka, który nam je z własnej nieprzymuszonej woli zrobił i udostępnił.

Czy było warto?

Tak. Właściwie, to mogłabym na tym zakończyć wypowiedź. Trochę nie chciało mi się tam jechać, trochę tęsknie zerkałam na kamerki skierowane na Tatry, w które być może wybrałabym się w tym czasie zamiast, trochę miotał mną sceptycyzm. Ostatecznie jednak na kursie podobało mi się mocniej niż bardzo, wkręciłam się w tryb codziennego wychodzenia w skały i poznawania nowych umiejętności i na nowo poczułam zew wspinaczki. Było warto!

Pełne doszpejenie... :D

Inne przydatne informacje

Gdybyście chcieli zrobić kurs w szkole Ósemka, to ich stronę internetową macie TUTAJ. Do wyboru są różne warianty kursów, w zależności od Waszego wcześniejszego doświadczenia i od tego, czy chcecie się wspinać na własnej asekuracji, czy może Wam to zupełnie zbędne. Nie musicie mieć żadnego swojego sprzętu, wszystko za darmo wypożyczycie na miejscu, nawet buty - możecie za darmo wypożyczyć sprzęt zresztą też przez cały pierwszy sezon po kursie. W bazie szkoły można wykupić na czas pobytu noclegi i obiady. Warunki są dość schroniskowe, warto wziąć sobie śpiwór i podusię, za to jest kuchnia do dyspozycji, a nieopodal nieźle wyposażony sklep. Stając się absolwentami szkoły, macie zniżkę na kolejne kursy oraz obozy wspinaczkowe, w tym zagraniczne (oooo jaaaak ja się rozmarzyłam o Hiszpanii...). Mój udział w kursie nie był uzależniony od tego, czy będę polecać szkołę innym, nie musiałam nawet tworzyć tego tekstu. Równie dobrze mogło mi się nie spodobać i mogłam przemilczeć cały ten wyjazd, ale... no nie, nie mogło, bo było tak fajnie, że niemożliwością jest, żeby się nie podobało. :) Polecam z całego serca.

Gdybyście mieli jakieś pytania odnośnie kursu, to wiecie, gdzie mnie szukać. :)

Kuba - dziękuję!

13 komentarzy:

  1. Jeeejku, ale Ci zazdroszczę tej fajnie przekazanej wiedzy, instruktora i ekipy. Jak ja byłam na kursie kilka lat temu to inni kursanci cały czas darli na mnie mordę i tak się stresowałam, że nic z tego kursu nie zapamiętałam

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba się skuszę na kurs:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej, kilka dni temu wróciłem z kursu skałkowego tyle że w Sokolikach z DSW. Było ekstra. Jest promo na kurs tatrzański, może kiedyś się skuszę. Przed kursem był tylko panel od listopada `17, skały liznąłem na wakacjach przed kursem ale bardziej symbolicznie, można by rzec że kurs był pierwszym kontaktem ze skałą. Na kursie były osoby które nigdy się nie wspinały jak i osoby z kilkuletnim doświadczeniem. Był też osobnik z dużym lękiem wysokości. Miał swoje odpały ale dawał radę. Mnie też trochę męczy ekspozycja więc też mam swoje ograniczenia. Ale było mega. Wiadra adrenaliny i endorfiny na przemian. Strach też się pojawiał, podobnie jak wk..w czy po prostu zmęczenie. Uważam że drogi będą takie na jakie pozwala grupa. Większość tras było 4+ i 5 ale liznęliśmy też szóstek. Myślę więc, chyba podobnie jak Ty, że warto powspinać się przedtem na panelu ale nie jest to obligo. Poza tym to jest bardzo fajna przygoda, niezależnie od tego czy chcemy po kursie robić wielowyciągowe drogi czy tylko powędkować.

    A zabawę z wspinaczką zacząłem m.in. pod wpływem Twoich wpisów, więc jakby to powiedzieć...dzięki.

    OdpowiedzUsuń
  4. trochę nie w temacie, ale... właśnie mi się przypomniało, że wpis mający już prawie rok - Historia pewnego zdjęcia - nie doczekał się kontynuacji! :D i dlatego piszę z pytaniem - kiedy mogę się jej spodziewać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tej relacji już nie będzie, za dużo czasu minęło, żeby ją teraz napisać. Natomiast zdjęcia wykorzystam może kiedyś do jakiegoś opisu szlaku.

      Usuń
  5. ps. powiedz mi, Ruda, jak tam się włazi na tę drabinę? :D nie umiem sobie tego wyobrazić. trudno jest?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tę nad Kozią Przełęczą? Z niej się złazi a nie włazi na nią ;). Nic trudnego, tylko głowa czasem nie chce współpracować.

      Usuń
    2. wiem, że nią się złazi, ale nie umiem sobie wyobrazić samego momentu, kiedy ze szlaku na nią wskakujesz ;) no nic, trzeba jechać w jakiś ładny dzień i przestać sobie wyobrażać!

      Usuń
  6. Bardzo fajna relacja.
    Dwa lata temu również byłem na kursie w Ósemce i od tego czasu ciągle wykorzystuję nabytą tam wiedzę.
    Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że na kursie zdobywa się ogólną wiedzę jak nie zrobić sobie krzywdy w skałach. Nie da się w tym czasie opanować techniki wspinania, trzeba to wypracować na przykład na panelu. Dla mnie było to największym zaskoczeniem - wydawało mi się, że kurs da mi wiedzę i umiejętności :)
    Żałuj, że nie skusiłaś się na latanie. Moim zdaniem to ważne, żeby wiedzieć co Cię czeka gdy droga pokona Twoje umiejętności albo psychikę :)
    Zdecydowanie każdemu polecam taki kurs, to podstawa żeby bezpiecznie zacząć przygodę ze wspinaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja już spadałam w skałach nie raz, wiem, jak to jest i wiem też, że tego nienawidzę :D

      Usuń
  7. Cześć. Jak czytam, to widzę , że na fajnego bloga trafiłem. Właśnie mam plan, żeby nauczyć się wspinać. Od kilku lat chodzę po górach, kilkanaście dwutysięczników zaliczonych, jeden trzytysięcznik. Ferraty w Alpach- około 20 i kilka o tzw ekstremalnym stopniu trudności. Właśnie doszedłem do wniosku, że nie umiem się wspinać i trzeba by to jakoś zacząć. Chyba dałem się namówić na jakąś boulderownię albo ściankę z instruktorem :) Pozdrawiam Paweł

    OdpowiedzUsuń