wtorek, 14 lipca 2015

Klasyka gatunku: Grześ - Rakoń - Wołowiec


Mój czerwcowo-długo-weekendowy pobyt w Tatrach Zachodnich dobiegał końca. Rozpoczął się niespieszną przeprawą przez mgliste Czerwone Wierchy (relacja TUTAJ), a następnego dnia rozwinął się w morderczą wyrypę dopełnioną skwarem lejącym się z nieba (relacja TUTAJ). Dzień trzeci i ostatni zaczął się na podłodze Chochołowskiego schroniska. I to jakoś dość wcześnie, bo wyjątkowo kiepsko mi się tam spało.
Śniadanie, zgodnie z wczorajszymi obietnicami, popiliśmy piwem, mało tego - uzupełniliśmy nim też termos Borysa. Nie damy się zrobić tak na szaro, jak wczoraj, co to to nie.

Spokojnie, wywietrzało, nim ruszyliśmy, nie spieszyliśmy się z rana zbytnio. A litrowy termos na trzy osoby, które spustoszenia w nim dokonywały stopniowo i sporadycznie, to też nie przestępstwo.

Dorsz błagała o trasę krótszą od wczorajszej, ja z kolei na wieczór musiałam być w Zakopanem ze względu na już posiadany bilet autobusowy. Zatem uderzyliśmy w absolutną klasykę i wznieśliśmy tyłki na trzy pobliskie pagór... ekhm, przepraszam, szczyty Tatr Zachodnich: Grześ, Rakoń i Wołowiec.

Grześ z tego wszystkiego jest najniższy i leży w tak niewielkim oddaleniu od schroniska, że wielu zachodzi tam z rozpędu, spacerem, bez dalszych planów. Toteż tłumnie nieco w lasku nań prowadzącym i na samym Grzesiu niezły sabat, ale dalej już będzie odrobinę luźniej. Na pewno też szerzej.

W tym miejscu dochodzimy do grani i zaraz będziemy skręcać w lewo.
Na mnie czeka niespodzianka. Z zimy pamiętałam, że grań jest odkryta.
A tu bach: kosówkowy tunel...
Hmmm chyba sporo tego śniegu tu było :).

 Spod szczytu Grzesia dobrze widać dalszy przebieg trasy.
Rozlany masyw po lewej stronie kadru to Wołowiec.
Przedtem szlak przechodzi przez Rakoń.
Trochę szersza perspektywa.

Na szczycie Grzesia w pogodny dzień trudno o samotność.
Zimą było tu zdecydowanie spokojniej ;).
W dole Polana Chochołowska.
Ponad okolicą góruje Kominiarski Wierch.

Upał dziś znów doskwiera, momenty, w których szlak wkracza w gęste kosodrzewiny są więc mocno odbierające oddech. Bynajmniej nie z zachwytu. Na Rakoń wiedzie wręcz wielopasmówka. W dużej mierze płaska, choć najpierw musimy nieco zejść. A na końcu - wdrapać się na szczyt. 




Czasem pokazuje się Wołowiec.

 Spojrzenie na to, co za nami.

 Popas z Wołowcem w tle.

 Widok na zaniedbane przeze mnie wyjątkowo
Tatry Wysokie.

A tititi...
Nieśmiało wychyla się Rohacz Ostry.

Z Rakonia właściwie grzech nie skoczyć na Wołowca, bo to już niedaleko. Tak też robimy. Wołowiec to kawał góry, wznosi się dość znacznie ponad Rakoniem. Wiadomo - trzeba pod toto podejść. Z bliższej perspektywy podejście jednak wydaje się spłaszczać i nie jest aż tak źle ;). 



Na zdjęciu powyżej - spojrzenie w dół na część podejścia na Wołowiec.

Z Wołowca można wnikliwie przyjrzeć się Rohaczom.
A tu widoki na resztę świata.

Tam kończymy wycieczkę, a rozpoczynamy mozolne schodzenie. Z powrotem do przełęczy między Rakoniem i Wołowcem, z niej natomiast w dół Wyżnią Doliną Chochołowską.




I tyle. Wiem, że relacja to najuboższa ever, ale mózgi mieliśmy ugotowane upałem i chyba nie rozmawialiśmy zbyt wiele. No. Albo wypaliło mi pamięć ;).

To by było też na tyle na jakiś czas, jeśli chodzi o Tatry Zachodnie ;). Dobrze było tam zawitać, ale teraz pora powrócić do buszowania po Wysokich!

5 komentarzy:

  1. Ja tak nieśmiało myślę, żeby w to lato zaatakować zachodnią część Tatr, celem przejścia Rohaczy właśnie. Podobno jest na nich ciekawie ;) taka trasa połączona z Wołowcem i Grzesiem na pewno jest bardzo smakowita.

    Co do Kominiarskich Wierchów - warto dodać że prowadził jeszcze dobre dwadzieścia lat temu szlak turystyczny, na pewno musiał być ciekawy widokowo! Obecnie jest tam rezerwat ścisły, bardzo ścisły - orły mają swoje gniazda. Gdybym nie usłyszał tej informacji od lokalesów, nie darzyłbym Kominiarskich jakąś nadzwyczajną sympatią - a tak wzbudzają trochę respektu.. A najlepiej prezentują się od zejścia z Ornaku, prezentując właśnie charakterystyczne kominki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kominiarski jest dla mnie ciekawy przez tę swoją samotność, nietypową przecież dla Zachodnich. Ale nie korci mnie jakoś strasznie.

      Na tym blogu jest relacja z Rohaczy, wpisz w wyszukiwarce (lewy górny róg mniej więcej). :)

      Usuń
  2. Muszę powtórzyć cała trasę od Grzesia do Hali Ornak, w zeszłym roku na jednodniówce przez całą drogę jedno wielkie mleko.
    Ps. Pozdrawiam małżeństwo z Zakopanego które podrzuciło mnie na Zakopiański Dworzec.

    OdpowiedzUsuń
  3. To był mój pierwszy dzień w Tatrach, taki pierwszy w sensie pierwszy raz :-) Wtorek 10 maj 2016, po 6 pobudka, po 7 idę a co tak będę siedział ;-) Grześ, Rakoń, Wołowiec i dalej Jarząbczy, Kończysty, Trzydniowiański potem powrót do schroniska. Kawałek drogi ale było super, pogoda dopisała i widoki niesamowite, na całym szlaku raptem trzy osoby, nawet kozica zbaraniała na mój widok :-) I już wiedziałem że wpadłem po czubek głowy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń