wtorek, 28 marca 2017

Opowieści bieszczadzkie (cz.2)



To jest dalsza część relacji, której początek znajdziecie TUTAJ. :)

Nim pod Połoniną Caryńską wstał dzień, doświadczyliśmy nieplanowanej pobudki, zafundowanej nam przez tutejszą kanalię. Lisek chytrusek, którego przedstawiłam w poprzednim poście, w środku nocy próbował wyciągnąć plecak Bartka z namiotu. Co zresztą, mało brakowało, a by mu się udało. Po zawinięciu się z polanki, na której nocowaliśmy, zajrzeliśmy raz jeszcze do Koliby, by tam na spokojnie zjeść poranne papu i ogólnie ogarnąć się przed wyjściem. Na Połoninę stąd blisko, widać ją doskonale.


Tu, w otulinie leśnej, powietrze jest spokojne, wyżej jednak spodziewam się wiatru, tego samego, który przepłoszył nas wczorajszego ranka z Bukowego Berda. Nim jednak wystawimy się na wiatr i jego szaleństwa, najpierw drepczemy jeszcze czas jakiś pod górę wśród drzew. Gdy te się kończą, odsłania się przed nami szerokie i całkiem strome zbocze, czekające, by je pokonać.


Wiatr dokucza nam już na podejściu, nie jest więc zaskoczeniem na górze, choć tam duje już w ogóle spektakularnie. Pierwszym, na co zwracam uwagę po wygramoleniu się na grań, sądząc po kolejności zdjęć w aparacie są... Tatry. :) Nie udało mi się uchwycić ich zbyt dobrze (kompakt, marny zoom), ale widać je było naprawdę nienajgorzej, jak na odległość pomiędzy nimi, a punktem, w którym staliśmy.

Taterki!
No i cóż, to mógł być ten trudny moment wycieczki. Ten, w którym łezka się w oku kręci, a Fucy dostaje kopa w tyłek za namówienie mnie na Bieszczady. Mógł być, ale nie był. Było miło zobaczyć z daleka górki, które najczęściej oglądam z bliska. I miło było załapać się na warunki pogodowe, które na to pozwoliły. Ale ja bawiłam się już całkiem niczego sobie tutaj - na bieszczadzkiej połoninie, więc... sorry bejbe, nie tęsknię, nie tym razem.

Czy wyglądam, jakbym tęskniła? :)
Pogoda tak zwana fotogeniczna
Dokumentuję otoczenie aparatem, chłopcy poganiają mnie jednak do dalszej drogi, bo im zimno. Ja się dobrze ubrałam, to mnie zimno nie było, a jeśli chcecie wiedzieć, jak to jest w moim mniemaniu dobrze się ubrać, to zapraszam do lektury TEGO tekstu. Ale skoro bidulki się wyletniły, no to dooobra, idziemy dalej ;).

Przejście Połoniną Caryńską określiłabym jako przyjemną i ciekawą wycieczkę, aczkolwiek nie ma tu za bardzo nad czym się rozpisywać.





O ile podczas wędrówki Caryńską zaznaliśmy pełni zimy, o tyle już kilka metrów poniżej grani czeka na nas wiosna. Oślepiające słońce odbijające się od namokłego śniegu.


Nie jest to przyjemne zejście. Słońce naprawdę praży i niby to miła odmiana po przeszło godzinnej piździawie, no ale jakoś nie do końca. Już by się chciało do lasu. Usprawniamy sobie wytracanie wysokości zjazdami na tyłkach, ale w mokrym śniegu ani to przyjemne, ani praktyczne. W lesie za to... w lesie szlak gdzieniegdzie przypomina tor do bobsleja i aż się prosi, żeby skrócić sobie mordęgę drogi dupozjazdem. Zwłaszcza, że idąc trzeba przecież ten żywy lód omijać, plącząc się wśród drzew. Moje spodnie mi tego nie zapomną, ale co się tam nazjeżdżałam, to moje.


Opuszczamy zbocza Połoniny Caryńskiej, przechodzimy przez jakąś mikro-wieś, w której oczywiście nie ma sklepu, i z marszu ruszamy na Połoninę Wetlińską. To podejście bardzo już dłuży mi się i nudzi. Wyglądam więc niecierpliwie, kiedy na horyzoncie zarysuje się azyl, oznaczający papu, piciu i koniec łazęgi na dzień dzisiejszy.




Na Połoninie Wetlińskiej stoi sobie nieduże schronisko, chatką zwane. Nie jakąś tam zresztą chatką, a Chatką Puchatka. Słyszałam tę nazwę już nieraz, nie bardzo jednak chciałam sobie jakieś wyobrażenie o owej chatce robić, na podstawie jej dziwacznego z lekka imienia. I rzeczywiście - z bajkowym misiem nic się tu raczej nie kojarzy. Schron o tej porze roku stoi niemal pusty - nie działa barek, a w pierwszej od wejścia sali niewiele jest cieplej niż na zewnątrz. Chłopaki dorwali już jednak zarządcę (mitycznego Lutka już tu nie ma), wykupili noclegi, a w kominku w salce dla nocujących już rozpalał się ogień dla nas.



Wnętrze wciąż ozdobione świątecznymi łańcuchami, ściany pełne zdjęć i innych pamiątek. Na górze, nad schodami dwa pokoiki, w nich prycze. Rozkładamy nasze rzeczy, suszymy. Chłopaki topią nad kominkiem śnieg. Jemy, grzejemy się, odpoczywamy. Niebawem będzie zachodzić słońce i, biorąc pod uwagę miejsce, zanosi się na ładne widowisko. Zresztą, już przed zachodem jest pięknie.




Gdy dzień na dobre gaśnie, wracamy do przytulnego, ogrzanego już kominkiem wnętrza chatki. Wieczór spędzamy przy świetle płomieni, o czymś tam gadamy, ja przycupnięta nieopodal ognia, czytam sobie książkę. Za oknem tylko huk wiatru i początek ciemnej, długiej nocy. Ostatni nie nocujący tutaj turyści już zeszli, na całej Połoninie zostało czworo ludzi.


Warunki sanitarne może i wołają o pomstę do nieba - dla zwykłych turystów nie ma łazienki, a wychodek "za granią" cuchnie gorzej niż wszystkie tatrzańskie razem wzięte, ta udostępniona na noc to jedynie sedes bez spłuczki, zaś nad czystością prycz, na których śpimy wolę się nawet nie zastanawiać. A doświecamy się świeczkami nie tylko, żeby spotęgować kominkowy klimat, ale i dlatego, że prądu tu nie dają. Ale tak sobie myślę, że jest tu wszystko, czego powinno się oczekiwać od schroniska - kąt osłonięty od zimna i wiatru. Miejsce, gdzie możesz bezpiecznie odpocząć i przespać się przed dalszą drogą. Przyzwyczailiśmy się, że w schroniskach ciepło, że można zjeść i wypić, a jak się swoje odstoi w kolejce, to nawet na prysznic się człowiek załapie, jak będzie miał szczęście, to nawet na gorący. Tu wyjadamy szczuplejące resztki zapasów z plecaka, a duch piwa unosi się smętnie nad naszymi spuszczonymi głowami. W jednym ze swych opowiadań Długosz, wraz z towarzystwem, z którym zresztą dzień później poleciał z lawiną pod Ciężkim Szczytem, wdarli się zimą do Chaty pod Rysami i tak sobie właśnie siedzieli przy świeczkach, a czy przy kominku, to nie pamiętam. Bez wygód, ale schronieni.

Nie ma zresztą co dywagować, bo i tu ciągnie już nowe. Chatka ma być przebudowywana, zdaje się jeszcze tego lata - żeby wyjść na przeciw oczekiwaniom turystów. Bo dzisiejsi turyści nie zadowalają się już tylko schronieniem. I nie, żebym krytykowała, bo sama sprzedałabym tego wieczora duszę za szklankę piwa, ale tak troszkę, tak ociupinkę mi szkoda, że nie ma już takich miejsc, jak ze starych opowiadań, a jeśli nawet są, to już objęte planami renowacji.


Zrywamy się jeszcze przed świtem, żeby na spokojnie zdążyć do Wetliny na autobus, którym planujemy wybrać się do Cisnej. W złotym świetle poranka ruszamy na wędrówkę Połoniną Wetlińską, na której hula wiatr bijący na głowę ten z Caryńskiej. Jest ostrrro.


I to już właściwie koniec historii. Po kilku godzinach docieramy do Wetliny, na długo przed interesującym nas autobusem. Rzucamy się więc na najbliższy sklep, skąd wychodzimy z jadłem wszelakim, ale przede wszystkim - z piwem! Rozsiadamy się na ławeczkach pod okolicznym schroniskiem, wystawiamy twarze do słońca i zyskujemy nowy przydomek: kuracjusze z Chamonix. Do Cisnej jedziemy po to właściwie tylko, by odwiedzić legendarną Siekierezadę, śpimy już na zwykłej kwaterze, a dzień następny poświęcamy na powrót do domu.


Bieszczady w zimowej scenerii przypadły mi do gustu, a z całą pewnością wpasowały się w nurt otwierania się na nowe doświadczenia, który próbuję w tym roku uskuteczniać. :)


Bym zapomniała... Trójka Drombo vel kuracjusze z Chamonix ;)



4 komentarze:

  1. Kuracjusze z Chamonix pierwsza klasa :)
    Kurcze, szkoda, że będzie renowacja chatki. Nie doświadczę już jej legendarnego klimatu. Nie zdążę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest jeszcze pare prawdziwych schronów w Polsce :) może kiedys... Pisalem Ja - Fucy hehe

    OdpowiedzUsuń
  3. Z Bieszczadami mam prawie jak Ty z Tatrami. Chodź chodzę po różnych górach to właśnie Bieszczady są tymi jedynymi, ukochanymi. Bywam w nich już od kilkunastu lat i w tym czasie zrobiły się mocno komercyjne. Żałuję że nie dane mi było zobaczyć je jeszcze wcześniej - kiedy były naprawdę dzikie. Ale z drugiej strony sama się do siebie uśmiecham, kiedy czytam że kolejna osoba dostrzegła ich urok :)
    A co do wiatru - w Bieszczadach zawsze pizdzi ;(

    OdpowiedzUsuń
  4. bodajże w 2000r pojechałem latem w Bieszczady szukać ich dzikości, znanych z czarno-białych albumów lat 60/70. Niestety wówczas to zaczęły się już mocno komercjalizować (płatne wejścia na szlaki) i chyba największą przygodą był sam dojazd pociągiem. Klimat, pamiętam że był tylko na Bukowym Berdzie, gdzie mgły i wiatr przysłaniały widoczność na parę metrów. Nie znałem wówczas jeszcze Tatr i te pa(góry) z ciężkim plecakiem wydały mi się nie takie małe. Lata później w słoneczną jesień znalazłem w nich tylko jakąś taką smętną nostalgię. Dwa lata później w połowie listopada odkryłem dokładnie TO czego szukałem przez kilkanaście lat tułając się po większych lub mniejszych pagórach - piękne, ciepłe, barwne, radosne, puste, dzikie, groźne prawdziwe góry - Tatry :)

    OdpowiedzUsuń