wtorek, 7 marca 2017

Opowieści Bieszczadzkie (cz.1)

fot. Mariusz Krzyżak
Przebieg mojego tatrzańskiego love story zapewne znacie (a jeśli nie, a chcielibyście, to zawsze możecie zajrzeć do zakładki "o mnie") . Miałam 16 lat, pojechałam na wycieczkę, spojrzałam raz, spojrzałam i drugi, a potem dokumentnie przepadłam i tak mi zostało. Od tej pory - a początek moich samodzielnych wyjazdów właściwie dopiero miał nastąpić - nie jeździłam w sumie nigdzie indziej, no i przede wszystkim: w żadne inne góry niż Tatry. Powzięcie za cel wyjazdu innego miejsca byłoby dla mnie stratą czasu i pieniędzy. Czasu i pieniędzy, które mogłabym przeznaczyć na Tatry. Skoro środki były ograniczone (nadal są, ale już nie tak drastycznie), wolałam przeznaczyć je na to, co było dla mnie najważniejsze. A najważniejsze było zawsze: pojechać w Tatry. No świr, co zrobisz.

3 lata temu zdarzyło mi się zahaczyć o Pieniny. Źle wspominam tę wycieczkę. Późny luty, wczesna wiosna, niespodziewane leszczynowe kotki i spodziewane błoto, a wszystko to podlane zerową widocznością. Może jednak, mimo to, umiałabym się cieszyć zobaczeniem słynnej sosenki na Sokolicy albo w ogóle aktywnym dniem na świeżym powietrzu... Gdyby nie fakt, że każdemu krokowi towarzyszyło świdrujące odczucie marnotrawstwa. "A mogłabym być w Tatrach, a mogłabym być w Tatrach..." Relacja z tej wycieczki kiedyś na blogu była, ale próżno jej dziś tu szukać. Nie pasowała do wszechobecnych i panujących niepodzielnie na niniejszej stronie Tatr. Nie była godna tu być. ;)

Ten stan trwał jeszcze jakiś czas po Pieninach i w sumie dziś mi go trochę brakuje, bo szaleństwo bywa przecież synonimem pasji. To zresztą zawsze chyba było takie gonienie króliczka: jeździć w Tatry jak najczęściej. No i gdy już odważyłam się rzeczywiście robić to z zadowalającą mnie częstotliwością, nie bacząc na wybałuszone oczy wszystkich dookoła, króliczek de facto wylądował w klatce. Czas jakiś jeszcze się oczywiście tym rajcowałam, "ha, mam króliczka, mam króliczka, złapałam, złapałam, móóóóóój króliczek". Inni też się rajcowali: "Niesamowita jesteś w tym łapaniu króliczka!". Na chwilę obecną zaś znajomi dziwią się raczej, że kolejny weekend nie byłam w górach, niż że znowu byłam, a ja mam szafy i szuflady pełne przeróżnego ekwipunku. Wciąż ogranicza mnie praca, w której urlop mam wprawdzie długi, ale z góry narzucony i niedostępny na życzenie czy żądanie wtedy, kiedy akurat są najlepsze warunki i najbardziej chciałabym ruszyć w góry. Ale weekendy są dla mnie. Chcę, to jadę, czasem trafi się coś, co mnie siłą zatrzyma, zwykle jednak mam wolną rękę. Mogę być w Tatrach co pięć dni. Śliczny, puchaty, milusi króliczek. Ale tak jakoś momentami chciałoby się, niby że niechcący, zostawić klatkę uchyloną i znów go trochę pogonić.

Oczywiście pod tym jedynie warunkiem, żeby zawsze mieć pewność, że się go ponownie złapie.

Zamiast jednak przykładowo łamać sobie z premedytacją którąś z kończyn, by szybki wyjazd znów przeniósł się w sferę marzeń, o wiele bezpieczniej można wszak... spróbować czegoś nowego. Z Pieninami trzy lata temu nie wyszło, ale czyż można winić za to Pieniny? To nie był dobry moment na wprowadzanie zmian. Teraz - wszystko wskazuje na to, że jest. Dlaczego? A któż to może wiedzieć...? Chyba tylko mój samozwańczy psycholog, który regularnie podsyła mi analizy mojej osobowości pisane na podstawie kolejnych wpisów z bloga. Zechcesz mi wyjaśnić, tajemniczy nieznajomy, dlaczego w moim życiu przyszedł czas na zmiany, a ja zamiast pójść jak każda normalna baba do fryzjera i obciąć włosy, jadę zamiast tego w Bieszczady?

Gdzieś mi kiedyś wpadł w oko cytat o tym, że z życiem jest jak ze słuchaniem muzyki. Jednego i drugiego nie należy przesadnie analizować. Nie staraj się oddzielić dźwięków poszczególnych instrumentów. Po prostu słuchaj, czuj muzykę i rób to samo z własnym życiem. Przekopałam potem internety osiem razy wzdłuż i jedenaście wszerz, ale nie znalazłam ponownie tego cytatu w oryginalnym brzmieniu, autora też nie. Zaczynam niemalże podejrzewać, że sama to wymyśliłam, więc jeśli znacie źródło, to bądźcie tak mili i sprowadźcie mnie na ziemię. No więc, nie umiem wytłumaczyć, czemu właściwie zaniosło mnie w Bieszczady. Za to już w kwestii zauroczenia nimi podzieliłam ten przysłowiowy włos na czworo i wiem dokładnie, w którym momencie i dlaczego tak trooochę wkradły mi się w serce. Wiem, ale Wam tak szybko nie powiem.

A zresztą - każdy musi kiedyś, choć raz w życiu, pieprznąć wszystko i pojechać w Bieszczady! Nie każdy to robi, ale to, że nie robi nie znaczy, że nie musi. Ja zwykle wykorzystywałam do tego celu Tatry, ale nadszedł czas na wypróbowanie oryginału. I w pewnym sensie w Bieszczadach łatwiej jest zapomnieć, co się właściwie zostawiło za sobą.


Dopiero świta, gdy wysiadamy w Sanoku i mroźny jest to świt. Chowamy się przed nim w pekaesowej poczekalni, ale tam też się wkrada. Może mniej świt, bardziej zimno. Po godzinie, zgodnie z rozkładem podstawia się... bożesztymój, co się podstawia. Pekaes najprawdziwszy, taki, jakim parę razy w życiu jechałam z mamą na wieś. Pyrkający, sapiący i tak wyziębiony, że nie byłoby takie znowu głupie wyciągnięcie z plecaków śpiworów. Zasypiam w nim jednak, a może chwilowo zamarzam, słońce coraz mocniej grzeje przez szybę, ale i tak wysiadam skostniała i drętwa. Jesteśmy w Ustrzykach Górnych. Jesteśmy my, przystanek, na przystanku krzesło (?!), dwóch innych turystów, a obok jeszcze z jeden budynek i to by było na tyle. Wokół zalesione (pa)górki. Jeszcze dobrze nie wysiadłam z autobusu, a już odczuwam całą sobą, jak bardzo intensywnie rzuciłam wszystko na rzecz Bieszczadów. Bo tu nie ma nic.

Ruszamy. Podobno na Tarnicę. Tak twierdzi Fucy, a ja mu wierzę, choć przed wyjazdem nie uwierzyłam mu, że mam brać zapas żarcia tylko na jeden dzień i, jak się miało okazać później, w opór dobrze wyszłam na swym sceptycyzmie. Na Tarnicę jednak tego dnia dojdziemy, choć z początku wyglądało to na drogę dokładnie dokądkolwiek. Ot, las.

Tu lasu już nie ma, ale jeszcze odrobinę niżej był.
No nie, piętro kosówek tu nie występuje.
Dziwnie trochę. ;)
Plecak mam ciężki. Wiem, ja zawsze mam ciężki plecak, zwłaszcza, jak nie wierzę koledze i zamiast na jeden dzień, niosę prowiant na cały wyjazd. Tym razem jednak i śpiwór i parę części namiotu i trochę ciuchów w zapasie i książka jakaś, cienka szczęśliwie, bo w domu nie mam kiedy czytać. Człapię więc tym lasem i nie mam nic przeciwko, żeby się raczył powoli kończyć, bo mi, nie ukrywam, nudno. Pierwsze przebłyski czegoś, co lasem nie jest, też nie powalają. W końcu jednak wyłazimy powoli na jakiś pokaźniejszy pagór, a z niego już co nieco widać, to i idzie się przyjemniej. Choć jakieś drobne, nieuciążliwe, ale jednak - objawy "syndromu pienińskiego" u siebie obserwuję. Gdzie bym dziś była, gdybym jednak wybrała Tatry?

- Gośka zaraz powie: gdzieś ty mnie wyciągnął, w takie pagóry?! - zdaje się czytać w moich myślach Fucy

Tarnica w głębi

Dobrze, że schody są pod śniegiem,
bo bym się mogła serio zdenerwować... ;)

Ale staram się jeszcze nie zrażać, nie uprzedzać, na razie idę z otwartą głową, choć gęstniejący pod Tarnicą tłumek nie poprawia sytuacji. Po osiągnięciu piku, zaakcentowanego, jak przystało na najważniejszy szczyt w okolicy, krzyżem, plan na dzień dzisiejszy mamy w zasadzie zrealizowany. Nigdzie nam się nie spieszy, spać możemy choćby i tutaj. Ale siedzieć nam się tu nie chce jeszcze kilka godzin, bo tyle mamy do zmroku. Postanawiamy zatem wstać i iść jeszcze trochę. A ile dokładnie - to się zobaczy. Chłopaki generalnie wymyślają początkowo spanie w lesie, pod wiatą, ja jednak upieram się na nocleg gdzieś wysoko. Deszcz nie pada, na cóż więc nam ta wiata? Wiatru też nie ma (jeszcze! ale tego, że rano będziemy spierniczać przed wiatrem do lasu póki co nie wiemy). Ale nie o pogodę mnie się rozchodzi a o najpokaźniejszych przedstawicieli tutejszej fauny, których pojedyncze sztuki dały się w ostatnich dniach zaobserwować, czy nawet sfotografować, nie tyle przedwcześnie obudzone, co wręcz zapierniczające po szosie. Brrr. Jak taki misiek sobie biega wśród samochodów, to co zrobi, gdy zobaczy namiot? Nie no, ja wiem, że taki miś sobie może wyjść z lasu na spacer, będę się czuła jednak lepiej, mając wszelkie potencjalne gawry, w których właśnie tej nocy może się ktoś obudzić, jak najdalej od siebie. Poza tym, jak już mamy spać na dziko, to może by jakiś malowniczy zachodzik i wschodzik przy tym strzelić, zamiast schodzić niżej i podziwiać...hmmm... gałęzie?


Nie wiem, czy panowie się ostatecznie dają przekonać, czy może po prostu zachód słońca łapie nas w idealnym miejscu, grunt, że będzie tak, jak chciałam. Z Tarnicy przechodzimy na Bukowe Berdo. Przechodzimy to opadającym, to wznoszącym się terenem, co nawet całkiem męczy. Tarnicowy gwar zostawiamy za sobą, tu już rzadko kiedy widzimy innych niż my wędrowców. A mnie zaczyna się tu coraz bardziej podobać.

Gdzieś pomiędzy Tarnicą a Bukowym Berdem.
Wy nie musicie, ale ja uwielbiam ten kadr. :)
Częsty element bieszczadzkiego krajobrazu - wiata.
W pierwszej połowie lutego dzień jeszcze jest krótki, zaraz więc gdy tylko wdrapujemy się na ostatnią znaczącą wypukłość terenu, niebo, coraz cieplejszymi refleksami, daje znać, że niedługo będzie szło lulu. Chłopaki stoją na sporym kawałku płaskiego terenu i coś radzą. Idę wolniej, więc dopiero po chwili upewniam się, że uradzili nocleg właśnie tutaj. Mi pasuje jak najbardziej.


Rozkładamy więc swój tabor gdzieś na Bukowym Berdzie, w tle mamy spektakl zmieniającego barwy nieba. Nikogo się już tu nie spodziewamy, gdy na szlaku, którym i my tu przyszliśmy dostrzegamy dwie postacie idące ku nam. Niby nic dziwnego. Szlak jest, to i ktoś sobie tym szlakiem idzie. Tylko, że jak człowiek już zdążył rozbić namiot, to wolałby, prawdę mówiąc, nikogo już nie spotykać. Zwłaszcza, że pierwsza z postaci, nie dość, że z daleka celuje w nas obiektywem, to jeszcze, zbliżywszy się, rzecze złowieszczo, że skądś zna ten namiot...



Ten namiot :)
a obok legowisko Fucego,
ale legowiska Fucego nadciągająca postać nie znała

Po chwili milczącej konsternacji, kiedy to przybysz oddawał się uwiecznianiu okolicy na karcie pamięci swojego aparatu, zechciał wreszcie wyjaśnić clue kwestii o namiocie sprzed paru minut. Otóż myślał, że jesteśmy... Karolem Nienartowiczem, który się niedawno ponoć szlajał po okolicach z podobnym namiotem. Znaczy, pewnie że jedno z nas jest Karolem. Obstawiam, że nie ja.

A zrobione nam zdjęcia sympatyczny pan obiecał przysłać via internet niezwłocznie po wycieczce. I przysłał. Dwa poniższe, oraz zdjęcie główne tego tekstu, to jego dzieło. Dziękujemy i pozdrawiamy!

fot. Mariusz Krzyżak
fot. Mariusz Krzyżak
No więc jesteśmy sobie, na jednym z białych wzgórz i jak sami widzicie na załączonych obrazkach - okoliczności przyrody są zacne. Słońce znika za horyzontem, za kilkanaście godzin wyjrzy z drugiej strony, pewnie też ładnie, ale, choć mam taki plan, nie będzie mi się chciało tego zobaczyć.

Największy sentyment mamy do miejsc, w których byliśmy szczęśliwi. Albo w których tak ładnie, tak kolorowo i tak cicho zaszło dla nas słońce...


Ale zaraz zaraz, jeszcze się tak z tymi Bieszczadami do końca nie kochamy. Znaczy niby kupiły mnie tym zachodem, ale przeprawa, jaka czeka mnie nazajutrz, wystawi na poważną próbę tę naszą wątłą relację. Tymczasem mija długa noc w namiocie. Do poduchy, za którą służą mi pozwijane ubrania, czytam sobie książkę, która, choć początkowo odpychała okładką, zaskakująco szybko mnie wciąga i być może zostałaby pożarta w jeden namiotowy wieczór, gdyby nie to, że na zewnątrz śpiwora, nawet w rękawiczkach, kostniały mi dłonie, a w śpiworze to jednak ciężko się jakoś wygodnie z książką umościć. Czytałam więc umoszczona niewygodnie w puchowych pieleszach, w końcu mnie to jednak zmęczyło. O "Carolusie Victorze" Wam jeszcze opowiem w osobnym wpisie. Przy okazji testuję materac od Quechuy i może to poniekąd jego sprawka, że przegapię wschód słońca, bo spało mi się całkiem miękko.

Budzika nie nastawiam, przekonana o tym, że sama z największą radością wylezę z kokona, gdy tylko zajaśnieje jutrzenka, po ciężkiej, naszpikowanej pobudkami nocy. A tu klops, sen morzy mnie na dobre, niechętnie opuszczam śpiwór, gdy na dworze dawno już jest jasno. Śpiwór, ale nie namiot, bo na zewnątrz rozszalała się wichura, póki mogę, ogarniam się więc w środku. Bartek krząta się na zewnątrz (m. in. gotuje mi wodę na śniadanko, za co mu chwała), więc chwilami przez otwór wejściowy wpada nie tylko wiatr, ale i widok na niskie, charakterystyczne dla inwersji chmury. Auć. Sen nie był wart przegapiania wschodu.


Teraz będziemy kierować się ku Połoninom. Wiem tylko, że to stąd kawał drogi, bo dzień wcześniej Fucy nam którąś z nich pokazywał i blisko to ona nie była. Opuszczamy więc Bukowe Berdo, w podskokach, bo wiatr dał nam popalić. Niebawem wkraczamy do lasu i tam nie wieje, aleee... ale za to pomiędzy drzewami wydeptany jest właściwie tylko pojedynczy ślad, a śnieg jest puszysty i głęboki. Jeszcze nigdy tak się nie zmęczyłam schodząc! A, co gorsza, w pewnym momencie gubię chłopaków z oczu, a że Fucy coś wspominał o jakimś gdzieś odbijaniu, to wlokę się coraz bardziej załamana, że oni już gdzieś odbili, a ja nie. Znajdujemy się jednak gdzieś niżej i dalej idziemy całą gromadą.


Raźno i wesoło, aż do miejsca ze zdjęcia, gdzie trwa w najlepsze zrywka drewna, a szlak jest nie tylko zawalony plątaniną gałęzi, ale i rozjeżdżony do żywego lodu przez traktory. Ale to nic. Bo kończy się... rzeką jakąś. Przechodzenie przez Białkę do Roztoki to było nic. Tu woda rwie i pluska, pluska w niej i mój but raz i drugi, a od pluśnięcia całej mnie ratuje mnie tylko jakiś samotny, wystający nad potokiem konar. Chłopaki wyżsi ode mnie znacznie, giry mają dłuższe, to i przeskoczyli bez większego ambarasu. A ja wiszę uczepiona tego konara, gotowa kogoś ukatrupić, jak już się jakimś sposobem znajdę po drugiej stronie. To ma być szlak kuźwa???

No nic, przeciągnęli mnie jakoś. Wychodzimy zaraz na asfalt. Asfalt nosi nawet jakąś nazwę, bo wedle mapy jesteśmy we wsi, ale ja tu poza szosą nic nie widzę. A na pewno nie widzę sklepu, gdzie to niby mieliśmy się zaopatrzyć w strawę i napitki pomiędzy kolejnymi górskimi atakami. Strawę niosę dzielnie ze sobą od samego początku, bo coś mi szepnęło do uszka przed wyjazdem, żeby w te sklepy to nie wierzyć. Gorzej z napitkami...  Z asfaltu, który się szumnie nazywał Bereżki idziemy dalej, tym razem ku asfaltowi nazwanemu: Brzegi. Tam już wprawdzie stoi parę zabudowań, ale też łatwo przegapić. Sklepu niet. Zimą nieczynny. Czynny jest podobnież w Pszczelinach, czyli trochę dalej niż te nieszczęsne Bereżki. No nie będziemy znowu się wracać tą szosą. Pod wiatą w brzegach robimy popas, a stąd mamy mieć godzinę do schroniska.

Istotnie, po godzinie podchodzenia leśnym, i poprzecinanym potokiem (znowu?!) szlakiem, docieramy do schronu Koliba. Schron jest spory, przynajmniej jak na moje wyobrażenia, które podpowiadały mi jakąś maleńką chatkę, dla podtrzymania tradycji - zamkniętą, jak wszystko w okolicy. A jednak schronisko jest nie tylko otwarte, ale i zupełnie ucywilizowane. No prawie. Bo pod jednym, drobnym, acz jakże istotnym względem, do cywilizacji Kolibie daleko.

Jesteście na to gotowi?

Nie jesteście. Na to nie można być gotowym.

...podkład dźwiękowy ze słynnej sceny pod prysznicem z filmu "Psychoza"...

Say what?!

Szanowna Politechniko Warszawska... a żebyś skisła!

Przez chwilę rozważam spanie na tutejszej podłodze, ale że chłopcy decydują się na outdoor i tej nocy, a mnie się samej nie chce siedzieć wieczorem w schronisku W KTÓRYM NIE MA PIWA, to kończę moje rozważania. Zanim opuścimy ciepłe mury Koliby, zapoznamy się jeszcze z lokalną sławą. Na razie na zdjęciu, ale przyjdzie nam poznać tego jegomościa i osobiście.


Oddalamy się od schronu i urządzamy chwilowe domostwo w krzaczorach. Rudy kolega ze zdjęcia dość szybko przychodzi na pierwsze zwiady...


Nad sobą mamy Połoninę Caryńską, na którą wyruszymy jutro. Ale o tym w cdn-ie czyli TUTAJ :)

7 komentarzy:

  1. Nie wiem, czy udało Ci się poczuć to dziwne, niewytłumaczalne "coś". Bo Bieszczady, to "coś" wg mnie mają i objawia się to dziwną, niewypowiedzianą tęsknotą i sentymentem. Do czego? Nie wiadomo :D
    Czekam na kolejny wpis :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Super sie czyta, tym bardziej jak samemu ma się ogromny sentyment do miejsc które opisujesz. Czekam na cz2,i 3,i 4 :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam podobnie. Tylko Tatry, wprawdzie nie chodzę tak zaawansowanie jak Ty i jadę tylko latem, ale tylko Tatry. Brałam pod uwagę Bieszczady, ale póki co nie umiem się przełamać. W tym roku też już czekam na lato, ale chyba zacznę od maja już. A u Ciebie jak zawsze dar pisania :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dużo lat temu przecieraliśmy szlak w Bieszczadach, już nie pamiętam który i to byl jedyny raz w życiu kiedy zapadłam się śniegu po pachy, a koledzy ino po pas ;) (odpuściliśmy). A TERAZ DAWAJ NASTĘPNE CZĘŚCI :D :D :D /dzierzba

    OdpowiedzUsuń
  5. Tekst, zdjęcia no rewelacja. I jak wisienka na torcie:

    "A najważniejsze było zawsze: pojechać w Tatry. No świr, co zrobisz."

    He he, leczenie Tatroświra Bieszczadami.

    OdpowiedzUsuń
  6. witam
    super" opowieści" , dech zapiera kiedy się czyta,super fotki,
    czekam na nastepne części ,ja robiłem to we wrześniu , a no i szcun
    za zimową porę ,
    zapraszam do swojej galerii ,jest po trochu wszystkiego
    pozdr,,,

    https://plus.google.com/u/0/115415908275955337863

    OdpowiedzUsuń
  7. Ej, ja też pomyślałam po zdjęciach, że byłaś na bieszczadzkiej wyprawie z Karolem Nienartowiczem! ten namiot w bieszczadzkim śniegu to jak symbol Karola-fotografa.. :D

    Dla mnie bieszczady właśnie to była pierwsza górska miłość. Bieszczadzkie anioły, harmonijka, KLIMAT, tajemniczy włóczykije w powyciąganych koszulach, widoki zachwycające, aż po horyzont - góry!, wiatr głaszczący jesienne trawy połonin... "zrzucili z siebie miasto i położyli się w trawy, które zakryły ich całkiem... wyrosły trawy, trawy połonin!.." ( https://www.youtube.com/watch?v=zH8i8bmkGYg ) Och, tak, bieszczady ciągnęły mnie do siebie mocno... :) Trochę moich bieszczadzkich zachwytów jest tutaj: https://fotografia-prania.blogspot.com/search/label/Bieszczady , ale najpiękniejszym wspomnieniem pozostaje kilkudniowa wędrówka we wrześniu, od Komańczy do Wołosatego, po pierwszym roku studiów i z wielką ulgą po zdanej poprawce z fizjologii...;) Wtedy bieszczady miały klimat!

    Jesień - najcudowniejsza pora w tych górach... Gorąco polecam wtedy wybrać się w bieszczady.. :) Na zachętę - bieszczady listopadowe: https://fotografia-prania.blogspot.com/2013/11/przez-listopadowa-mge-w-bieszczady.html - ponad chmurami, w słońcu, blade połoniny tylko dla nas... i nawet Widmo Brockenu zobaczyliśmy! ;)

    OdpowiedzUsuń