piątek, 25 kwietnia 2014

"Gra z duchami" Joe Simpson

Że Joe Simpson pisać potrafi, wiedziałam już po lekturze "Dotknięcia pustki". Styl ma lekki, a przy tym obrazowy, może trochę plącze przy dialogach, ale jak zasunie jakimś głębszym przemyśleniem - to wszystko mu można wybaczyć. Na pewno doceniłam jego szczerość, umiejętność wywleczenia na wierzch wszelkich swoich stanów emocjonalnych i odwagę upublicznienia ich. Spojrzenia na siebie samego z dystansu, przyznania się do błędu, a czasem do nieszczególnie wzniosłych pobudek. Widziałam Joe wcześniej w filmie o tamtych wydarzeniach, a po przeczytaniu książki - polubiłam gościa. I mój powrót do jego literackiej twórczości był tylko kwestią czasu.


Obiło mi się coś o uszy, że jego "Zew ciszy" opowiada o wydarzeniach na północnej ścianie Eigeru sprzed kilkudziesięciu lat... o których z kolei niegdyś oglądałam film fabularny. Film był taki sobie, ale historia poruszająca. Pozwolić ją sobie opowiedzieć przez Joe Simpsona... Kuszące! Szkoda mi było akurat pieniędzy na wysyłkę, toteż rozpoczęłam poszukiwania w księgarniach stacjonarnych. Bieda straszna. Gdzieniegdzie wytężając wzrok odnajdywałam "Dotknięcie pustki", ewentualnie książkę pani Morawskiej i tyle jeśli idzie o literaturę górską. Za to Cejrowskich i innych Wojciechowskich od groma. Więc gdy wreszcie dorwałam w ręce coś, co wyszło spod pióra Joe - po prostu niewiele myśląc to kupiłam, odkładając plany przeczytania "Zewu ciszy" na nieokreślone później.

Książką, którą dorwałam w swoje łapki była "Gra z duchami". Skusił mnie tytuł, przede wszystkim zaś tematyka, którą sugerował no i okładka z ładnym widmem Brokenu - trochę też.

Wedle krótkich recenzji zamieszczonych na samej książce, a także fragmentu wypowiedzi autora zaczerpniętego z jednego z wywiadów - rzecz miała się tyczyć specyficzności wspinaczki jako sportu, pasji, sposobu na życie. Specyficzności wynikającej z faktu, że ten sport/pasja/sposób na życie rokrocznie brutalnie odbiera zainteresowanym kogoś z kręgu ich bliskich lub dalszych znajomych, często przyjaciół, nie rzadziej ludzi, których sprawność i umiejętności podziwiali. Samych zainteresowanych zresztą też niejednokrotnie w międzyczasie stawiając ze śmiercią twarzą w twarz, co czasem kończy się poważnymi obrażeniami. Innymi słowy - jeśli decydujesz się na wspinaczkę wysokogórską, nie powinieneś mieć żadnych wątpliwości i złudzeń, że w ciągu najbliższych paru miesięcy lub lat wydarzy się jedna z następujących okropności: a) zginiesz, b) ulegniesz poważnemu wypadkowi, c) zginie lub ulegnie poważnemu wypadkowi ktoś spośród twoich przyjaciół. A im dłużej w tym sporcie (?) pozostaniesz, tym częściej doświadczać będziesz ewentualności drugiej i trzeciej, a pewnego dnia zapewne dosięgnie cię i ta pierwsza. Wydaje się to być tak niedorzeczne i idiotyczne ("zabawa dla frajerów" jak określa sam Joe w chwilach zwątpienia), że - na zdrowy rozum - nikt nie powinien się za to zabierać, a jeśli już, to nieliczni, czubki o stwierdzonych głębokich zaburzeniach psychicznych. A jednak - całe rzesze ludzi od lat wchodzą w tę grę i będą wchodzić w nią nadal, ludzi zdrowych na umyśle, ludzi wcale nie poszukujących w górach śmierci - a przeciwnie - ludzi, dla których wspinaczka jest formą afirmacji życia.

Jak to możliwe, że wstępuje się w skrajnie niesprzyjające warunki, w mordercze ściany nie po to, by głupio ryzykować, a po to, by w pełni żyć? - o tym właśnie jest ta książka, to jest nić, która utrzymuje w całości multum luźnych anegdot i dygresji, to stanowi powód jej powstania. I jest w niej kilka stron, na których autor pozwala sobie popłynąć, podjąć próbę uzasadnienia swojej (i nie tylko swojej) górskiej aktywności, a jak można się domyślić przyczyny są wielowarstwowe i dotykają bardzo wrażliwych obszarów ludzkiej świadomości. Te strony można czytać po kilkakroć. Tyle że, tak jak napisałam powyżej, jest ich - dosłownie - parę. Czy to wada? Ciężko powiedzieć. Może tyle właśnie wystarczy, może kolejne próby przelania na papier tej trudno uchwytnej i absurdalnej górskiej motywacji skończyłyby się nużącym powtarzaniem w kółko tych samych wniosków, nieudolnym kleceniem nowych i niepotrzebnych zdań. Mnie w sumie tych parę stron górskich przemyśleń wystarczyło i nie czuję niedosytu.

Jednakowoż książka liczy sobie stronic prawie 300, o czym więc ona tak właściwie jest? Mam wrażenie, że w bardzo dużej, chyba największej mierze jest o Joe Simpsonie - jej autorze. Jest zapisem jego wspomnień od dzieciństwa, przez wczesną młodość, w której zdawał się być nieco pogubiony, pierwsze wspinaczkowe doświadczenia, aż po rozkwit jego górskiej kariery - niestety okraszony kolejnymi widowiskowymi wypadkami. I znów pytanie: czy to źle, czy książka na tym traci? Moim zdaniem nie, aczkolwiek... traktuje trochę o czym innym niż się spodziewałam, a ten wątek przewodni - podszycie pasji zbierającą gęsto swoje żniwo śmiercią - często gdzieś ginie w natłoku wciągających opisów imponujących przygód. Trochę zdziwiło i lekko znudziło mnie bardzo drobiazgowe przybliżenie dzieciństwa, ale jednocześnie pozwoliło na lepsze poznanie autora - człowieka, który od pieluchy prawie zbierał kolejne guzy, miał niecodzienny talent do ładowania się w poważne tarapaty, a także szczęście do wychodzenia z nich cało. Z niemałą ciekawością poznawałam historie jego wypraw - w Alpy, Andy, wreszcie w Karakorum i Himalaje. Z nie mniejszą - czytałam o tychże wypraw kulisach takich jak choćby zjeżdżanie na sankach ze skoczni narciarskiej, czy podróż jedwabnym szlakiem z naćpanym kierowcą. Dowiedziałam się, jak to się stało, że Joe-wspinacz stał się Joe-pisarzem i co robił na fabrycznych kominach z transparentami Greenpeacu. "Gra z duchami" opowiada także o przyjaciołach autora, jego partnerach wspinaczkowych, towarzyszach wyjazdów i niezliczonych wychylonych wspólnie kufli piwa. Ale - umówmy się - to Joe Simpson jest głównym bohaterem tej książki.

Jest ciekawym bohaterem. O niecodziennych przygodach i niegłupich przemyśleniach. To jego ta opowieść pozwala lepiej poznać i zrozumieć. Nazwiska przyjaciół, partnerów z drugiego końca liny, znajomych, imiona dziewczyn przemykają na kolejnych stronach, czasem powracają, czasem nie, w sumie trudno je spamiętać. To postać Joe gra tu pierwsze skrzypce. A że ja - jak już wspomniałam - zwyczajnie gościa lubię, to w niczym mi to nie przeszkadzało. Jak mogłabym nie lubić kogoś, kto z rozbrajającą szczerością przyznaje, że dobiera sobie partnerów do wspinaczki między innymi na podstawie tego, czy mają kompas i potrafią go użyć - bo on sam, ani go nie posiada, ani nie wiedziałby co z nim zrobić? Swój człowiek ;).

Podsumowując - "Grę z duchami" polecam, ale jako książkę przygodową, książkę fajnego autora pisaną w dużej mierze o sobie samym, w przyjemny sposób podszytą trafnymi przemyśleniami. Jako rozprawy filozoficznej o sensie wspinaczki - nie polecam, bo spośród niespełna 300 stron o tym traktuje może ze 20.

A jak już dorwę "Zew ciszy" to też z zapałem przeczytam i pewnie z nie mniejszym zrecenzuję! :)

5 komentarzy:

  1. Bardzo lubię postać Pana Simpsona, jak i jego pisanie, więc chętnie przeczytam, jeśli tylko książka w jakiś sposób wpadnie mi w ręce :) W sumie to chyba nawet bardziej jestem ciekawa tych ok. 280 stron ;) Pozdrawiam i dzięki za ciekawą recenzję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gra z duchami brzmi klimatycznie, ale znowu — to nisza. Nie każdy lubi takie klimaty. Czasem chcesz prostych zasad i jasnych reguł. Dlatego wchodzę na https://888starz-pl.org.pl/, stronę kasyna online i zakładów w Polsce, gdzie wszystko jest klarowne: kursy, bonusy, gry. Bez zgadywania, co autor miał na myśli. Duchy zostawiam fabule, a rozrywkę biorę w czystej formie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie wczoraj oglądałem program o boksie i jego wpływie na sporty pokrewne jak kickboxing, muay thai i MMA. Fajnie było zobaczyć jak inaczej pracują nogi. Napisałeś o treningach i to przynajmniej trzyma się tematu. Teraz sam mam ochotę spróbować coś postawić, jak myślisz co lepiej wejdzie? MMA wydaje się teraz popularniejsze i bardziej widowiskowe. Jak chcesz, jest 888starz bet możesz zgarnąć bonus powitalny. Daj znać co wybierasz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Serio? Trochę za bardzo romantyzujesz tę historię jakby to była jakaś mega głęboka opowieść, a to jednak tylko książka przygodowa. Jasne, ma klimat, ale bez przesady. Teraz ludzie szukają więcej interakcji niż samo czytanie. Ja np. wolę coś dynamicznego, jak Bet on Red – to platforma kasyno online i zakładów sportowych w Polsce, gdzie masz gry live, automaty i zakłady na żywo. To daje emocje na bieżąco, a nie tylko wyobraźnia. Trochę luzu, nie wszystko musi być aż tak nadinterpretowane.

    OdpowiedzUsuń