wtorek, 11 grudnia 2018

Fantastyczne Tatry i jak się w nich zakochać - krótka wycieczka zapoznawcza


To będzie krótka relacja, spisana z poczucia kronikarskiego obowiązku. Emocji dla mnie na tym wyjeździe za bardzo nie było. A przynajmniej nie tych typowo górskich - bo radocha była wielka, ale to głównie z racji towarzystwa. Poznałyśmy się niecały miesiąc wcześniej, na magicznej Sardynii i, tak jak przewidywałam, dość szybko postanowiłyśmy znów spleść na chwilę nasze ścieżki. I - jak również przewidywałam, były w tym scenariuszu zarówno góry, jak i owocowa soplica. ;)

Dwie z naszej piątki miały postawić swe nóżęta w Tatrach po raz pierwszy. A przynajmniej po raz pierwszy w dorosłym życiu. A tu akurat, w tygodniu poprzedzającym nasz wyjazd, Tatry nawiedziła zima, spadł śnieg. Nie pierwszy tego roku, nie drugi i chyba nawet nie trzeci, ale ten w odróżnieniu od poprzednich, już nie stopniał. Jak na złość - rzekłabym przed paroma laty. Bo jeszcze nie tak dawno temu nie odważyłabym się zabrać w takie warunki nowicjuszek, ba, sama nie odważyłabym się ruszyć wyżej niż w płaskie doliny. Teraz natomiast pełen luz, sytuacja pod kontrolą. Śniegu nie ma dużo, a tam, gdzie się wybierzemy, nie będzie też przepaści, w które upadkiem groziłby ewentualny poślizg. Trasę wybiera Celina, ja się zgadzam, Jadzia z Siwą i tak idą w nieznane, Aneta dojedzie do nas dopiero w niedzielę.


Spotykamy się w sobotni poranek w Zakopanem. Jest rześko. Busem podjeżdżamy na Siwą Polanę (Siwa! Polane!) i ruszamy Doliną Chochołowską. Wspominałam kiedyś, że nie lubię Chochołowskiej? Idę o zakład, że musiałam kiedyś wspomnieć, bo doprawdy nie zaskarbiła sobie ona jakoś tak nigdy mej sympatii. Długie toto i nudne. A jednak w promieniach słonecznego poranka, o późnojesiennej (w dolinie nie ma śniegu) porze, podoba mi się tu nawet, a z racji wesołej kompanii u boku droga mija mi szybko.

I tyleśmy widziały Siwą ;)
Ponieważ rankiem nie zebrałyśmy się szczególnie wcześnie, a i posiadówka w schronisku zajmuje nam chwilkę, ruszamy dalej już bodaj wczesnym popołudniem. Nic to - jak zapoznawać z Tatrami, to od razu z grubej rury - wczesną zimą i po ciemku. ;) Wybieramy się oczywiście na Grzesia i Rakoń. W pierwotnym pomyśle przewijał się też Wołowiec, ale pora wyjścia nastraja mnie raczej pesymistycznie, jeśli chodzi o wlezienie na ten szczyt. Idzie nam się dobrze, Patrycja oczywiście zasuwa z przodu, pomimo deklaracji, że gdy zaczniemy iść pod górę, to zwolni. Tere fere. ;)




Pogodę mamy piękną, wymarzoną. Na szczytach z lekka piździ, więc łapki marzną przy cykaniu fotek, ale widoki wynagradzają wszystko. A to dopiero początek.



fot. Jadzia
Niespiesznie (Siwej to nie dotyczy ;) ) przemieszczamy się na Rakoń. Poza zimnem, którego w ruchu i tak nie odczuwamy, nic nam dziś nie dokucza. Zapowiadanego wiatru brak. Jest idealnie. Dzień kończy się absurdalnie szybko, ale i to ma swoje plusy. Niebo wcześnie łapie ciepły odcień i nie musimy czekać na zachód, po prostu łapie nas sam, chyba w najlepszym możliwym momencie, bo wtedy gdy kończymy podchodzenie, a zostaje nam już tylko droga zejściowa. Wołowca odpuszczamy, nasze nowicjuszki są usatysfakcjonowane dotychczasową trasą, a i reszcie grupy nie zależy. Poza tym czeka nas jeszcze zejście Wyżnią Chochołowską, które, wedle Celiny trwa trzy lata (no dobra, mówiła o podejściu, ale ja uważam, że schodzi się prawie tak samo długo).



Telefon czasem daje radę ze zdjęciami, nie?
Dziewczyny żałowały, że nie spotkałyśmy kozic.
Rejczel trochę strzela focha. ;)
Zachód nie wydaje się z początku spektakularny. Żółta piłka nurkuje błyskawicznie gdzieś za Rohaczami, pozostawiając świat zacienionym i trochę bardziej zimnym, niż był jeszcze przed chwilą. Ale, gdy już opuszczamy grań, ruszając w dół i mając przed oczami wystające w oddali czubki Tatr Wysokich, mamy okazję trochę się jednak pozachwycać:


3 lata później meldujemy się w schronisku, by rozpocząć zasadniczą część spotkania. ;) Rankiem dnia następnego dołącza do nas Aneta, na krótką chwilkę wprawdzie, ale zawsze.

Sardynki w komplecie :)
Początek dnia jest obiecujący, niestety, nim wygrzebiemy się ze schroniska, niebo zdążą zasnuć chmury. Ruszamy jednak dziarsko w kierunku Iwaniackiej Przełęczy. Tam odłącza się od nas Aneta, która musi dość szybko wrócić do Krakowa - potem okazuje się, że odłącza się niepotrzebnie, bo na Ornaku spotkamy chłopaków, z którymi przyjechała i z którymi będzie wracać. Na początku podejścia jeszcze coś widać, nie wyciągam jednak aparatu, wierząc, że stan ten się utrzyma, a z góry widać będzie przecież lepiej. Niestety, bardzo szybko moje nadzieje zostają rozwiane, a raczej spowite gęstą chmurą. Aparat sobie poleży zatem w plecaku.

fot. Patrycja
Na szczyt docieramy w totalnej mgle, przechadzamy się po całym masywie, aby mieć pewność, że klepnęłyśmy wierzchołek, na końcu odsapujemy chwilkę i szybko usuwamy się w dół. Zmierzch łapie nas już na Iwaniackiej Przełęczy, do schroniska na Hali Ornak docieramy zatem znów po ciemku.

fot. Patrycja
Schronisko mamy zresztą całe dla siebie, co nie jest zresztą takie do końca wesołe, biorąc pod uwagę, że zostajemy zmuszone wziąć nocleg w pokojach dwuosobowych. A jednak miło się siedzi wieczorkiem w świetlicy, nie przeszkadzając nikomu. I to tyle. Nazajutrz czeka nas tylko zejście świeżo posypaną śniegiem Kościeliską i powrót do domu.



Dziewczyny zadowolone i zakochane w Tatrach, a to najważniejsze. :)

5 komentarzy:

  1. Chciałabym się wybrać na taką wyprawę, może wreszcie kogoś namówię. :D Bardzo fajna fotorelacja. Marzy mi się zobaczyć zachód słońca tak,i jak wy widziałyście. :) Pozdrawiam cieplutko. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham Tatry ale te letnie, albo jesienne. W zimowych jeszcze nie miałem okazji się zakochać. Zdjęcia prezentują się okazale, a puste szlaki też cieszą oko wymagającego turysty, dlatego kto wie... Może i na mnie przyjdzie kiedyś czas :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Chochołowska jest nudna ale z wyjątkiem kwietnia, wtedy cudowna, bo kwitną w niej krokusy, super zachód słońca, niezdobyty Wołowiec może być dobrym pretekstem do powrotu latem w celu jego zrealizowania włącznie z Rohaczami

    OdpowiedzUsuń
  4. Byłem tam pod koniec sierpnia 2018, pogoda przepiękna. Schodzenia nie cierpię, a zejście do Doliny Wyżniej jest zajeniefajne i kto ten szlak nazwał "szeroką ulicą". Drugie takie w tamtym rejonie jest z Trzydniowiańskiego przez Kulawiec. Przykre wrażenie robi bardzo zniszczony przez bardzo obfite opady szlak na Iwaniacką Przełęcz w dolnym odcinku. Zazdroszczę Wam takiej urodziwej paczki. Do zobaczenia na szlaku

    OdpowiedzUsuń