piątek, 15 marca 2019

Liofy - co to i dlaczego to takie fajne? (Summit to eat TEST)

Jeść trzeba, fakt bezdyskusyjny. Choć znałam kiedyś kogoś, kto dla zdrowotności trzaskał głodówkę, to jednak i ta nie mogła trwać w nieskończoność, a co więcej - raczej wykluczała wzmożoną aktywność fizyczną. Osobiście, jako osoba stroniąca od gotowania, wolałabym nie musieć jeść. A jakie oszczędności by to ze sobą niosło! Zejdźmy jednak na ziemię i wróćmy do punktu wyjścia: jeść trzeba. Bo nie dość, że brzuszek śmiesznie burczy, jak tego nie robimy, to jeszcze zaczyna nam brakować sił do czegokolwiek. Tym bardziej zatem jeść trzeba, gdy mamy w planach sporo się ruszać.


I tu pojawia się zagadnienie jedzenia na wycieczkach czy też wyprawach, na których nie dość, że trzeba jeść, to jeszcze trzeba sobie jedzonko przynieść. Dopóki mówimy tu o wycieczkach krótkich, jedno, dwu, czy nawet trzydniowych, to może być cokolwiek, co nas zapcha i da energetycznego kopa: kanapki, kabanosy, batony, czekolada, danie instant czy to, co tam akurat sobie preferujesz. Jeśli jednak wyjazd ma być dłuższy, pojawiają się pewne problemy. Po pierwsze - nie każda żywność wytrzyma długo w plecaku, wystawionym na różne warunki atmosferyczne... takie na przykład kanapki dość szybko zaczną żyć własnym życiem, kto wie, może nawet bloga założą i opowiedzą na nim o swoich przygodach. Po drugie - nie każdy żołądek zniesie jedzenie w kółko suchego i mocno ograniczonego prowiantu. Krótko mówiąc: przydałby się dla odmiany jakiś w miarę normalny posiłek. Czasem możemy sobie nań pozwolić w schronisku, ale czasem spędzamy kolejne dni gdzieś, gdzie jadłodajni nie ma. Albo są, ale z racji odmiennej waluty, nas zwyczajnie nie stać, by się w nich co dzień stołować.

I tu, całe na biało, wkraczają liofy.


Żywność liofilizowana, bo o nią chodzi, to żywność konserwowana metodą liofilizacji. Wiem, że powyższe zdanie nie wprowadziło w temat zbyt wiele wyjaśnienia, dlatego idźmy dalej. Liofilizacja to proces polegający na zamrożeniu, a następnie wysuszeniu (usunięciu od 70 do 96 procent wody) żywności, z zastosowaniem obniżonego ciśnienia. Sposób ten nie tylko znacznie spowalnia procesy psucia się żywności, ale przede wszystkim umożliwia zamianę praktycznie każdego jedzonka w proszek. Jajecznica w proszku? Czemu nie? Ryż z warzywami i kurczakiem? Proszę bardzo! Piwo w proszku? Eeeee, podobno gdzieś takie robią, ale tego cuda akurat nie dostałam do testów. Zresztą, to nie jedzonko. Może kiedyś. ;)

Dzięki istnieniu liofilizatów, mamy możliwość nosić w plecaku przez wieeeeele dni i zabierać w przeróżne miejsca praktycznie gotowe posiłki, do których sporządzenia potrzebujemy wyłącznie gorącej wody (nawet bez kubka się obędzie, bo liofy zwykle je się bezpośrednio z opakowania). Podobnie rzecz ma się wprawdzie z zupkami chińskimi i innymi błyskawicznymi wynalazkami, różnica jednak jest taka, że liofy, w przeciwieństwie do wyżej wymienionych, to żarełko pełnowartościowe, wysokokaloryczne, zdrowe i zakonserwowane w naturalny sposób, a nie oparte na woskowanym makaronie, konserwantach i ostrych przyprawach. Zwykle też smaczniejsze, choć z tym bywa różnie, bo, o ile zdarzają się liofilizaty smakujące jeśli nie jak obiadki u mamy, to przynajmniej jak takie w nienajgorszej stołówce, to nietrudno trafić też na przesolone, lub przeciwnie - do bólu mdłe ohydztwa, które niespecjalnie dają się przełknąć. Niestety, liofy są też znacznie droższe od gotowych w trzy minuty sklepowych zupek i tego się raczej nie przeskoczy.

Tu akurat łosoś z brokułami i makaronem

Zalety żywności liofilizowanej można by wymieniać w nieskończoność. Wada, poza czasem lekko zaporową ceną, jest w zasadzie tylko jedna - żeby zjeść liofa, musimy zagotować wodę, a to najczęściej wiąże się z noszeniem ze sobą kuchenki i gazu.

W ramach współpracy, dostałam do testów liofy marki Summit to eat. Pojadą ze mną w czerwcu na Lofoty, gdzie poddam je bardziej szczegółowej degustacji. Na razie spróbowałam pięciu ich produktów. Pełna obaw, bo pasowałoby napisać miłą recenzję, a z liofami doświadczenia mam niestety różne. Na szczęście liofilizaty Summit to eat nie rozczarowują. Nie tylko da się je jeść, ale są też całkiem smaczne.

- Łosoś z makaronem i brokułami - LINK - bardzo dobre amciu, zwłaszcza, jak się jest wielbicielem zarówno łososia, jak i brokułów, a że ja jestem - czuję że to będzie mój faworyt. Osobom, które używają dużo soli, może jej brakować. Dla mnie jest w sam raz. Ocena: 4,5 / 5

- Warzywa chipotle chilli z ryżem - LINK - ostre, ale nie wywraca twarzy na drugą stronę. Bardzo smaczne, przypomina trochę zupę meksykańską. Warto zaznaczyć, że to danie nie tylko wegetariańskie, ale też bezglutenowe. Ocena: 5/5

- Fajita z kurczaka z ryżem - LINK - okeeej, nawet w knajpach nie jadam dań o takich nazwach... ;) Nie wiem zatem za bardzo, co to jest, ale dobre, z czerwoną fasolą i mocno pomidorowe. Bezglutenowe. Ocena: 4/5

- Jajecznica z serem - LINK - smakuje rzeczywiście jak jajecznica, konsystencją też ją przypomina. Jak dla mnie przesolona, ale ja prawie nie używam soli, więc nie jestem obiektywna. Bezglutenowa. Ocena: 4/5

- Deser custard z jabłkami i płatkami owsianymi - LINK - trochę jak kaszka manna. Pycha! Ocena: 5/5

To było bardzo mniam mniam!

Na razie to tyle, z resztą wrażeń wracam po Lofotach. :) Dodam, że liofy Summit to eat dostępne są w dwóch rozmiarach opakowań - ja dostałam te mniejsze i myślę, że spokojnie można się nimi najeść. Przejeść nie, ale najeść owszem. Cena, jak na tego rodzaju produkt, wydaje mi się przystępna.

A żeby była jeszcze przystępniejsza, łapcie kod uprawniający do 25 % zniżki: VWFIW3P9 :)

To jak, rogata ekipo, polecamy?
Polecamy!

4 komentarze:

  1. Aż mi się jeść zachciało. Idę zrobić kanapkę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem przykładem osoby, która bardzo mało je, a śniadanie zjada popołudniu. Od rana mogę wstać i śmiało iść w góry. Zawsze tak robię i nie jest prawdą, że na czczo człowiek nie ma sił. Jak ma przekonanie do tego, to nie ma co koncypować. I jestem zdrowiutka. ;)

    Przydatny artykuł, bo nie interesowałam się tą żywnością.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nic nie zastąpi puszki z golonką :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nastepnym razem w Norwegii proponuje sprobowanie liofa REAL turmat. Mmmm... nawet gryte z renifera maja. Polecam.
    Mariusz

    OdpowiedzUsuń