wtorek, 12 marca 2019

O tym, jak Lena chciała zimowy biwak, czyli Przednie Solisko zimą


- W nocy zacznie pizgać. Weź jakieś euro, to w razie czego spieprzymy do schroniska.
- Wytrzymam.
- Ale weź.
- Wezmę. Ale wytrzymam.

I takiej towarzyszki zimowych biwaków każdemu życzę.

Bo w ogóle, to miałyśmy jechać w sylwestra na Babią Górę. Z naszymi mężczyznami, którzy w międzyczasie powoli przestawali nimi być. Najpierw jeden, potem drugi. Krzyż na drogę, sami wiecie co gdzie. Jednakże nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jak jechaliśmy w skałki, to Lena pytała: "a będzie Gosia?", a ja pytałam: "a będzie Lena?". Panowie próbowali łamać srogie cyfry, a my umykałyśmy w krzaki na potajemną fajkę i spędzałyśmy godziny na gadaniu. Teraz nam przynajmniej nikt nie marudzi.

Grań Soliska widziana znad Szczyrbskiego Jeziora.
Naszym celem jest niższy wierzchołek (pierwszy z przodu).
Intuicyjnie zatem czułam, że jak zaproponuję góry, to napotkam entuzjazm. Nie było inaczej. Wprawdzie musiałyśmy przełożyć wycieczkę o tydzień, ale doszła do skutku. No więc ruszamy w nocy, dwie górskie ninja, z wielgachnymi plecakami, których słodki ciężar stanowi między innymi soplica. O 7 jesteśmy w Zakopanem. Idziemy do Maca na śniadanie i już wtedy pięty zdzierają mi buty, które pożyczyłam od Leny. Dokładnie, to na które się zamieniłyśmy. Obklejam plastrami, będę żyć. Jedziemy na Łysą Polanę. Tam czekamy ponad godzinę na słowacki autobus, co do którego żywimy gorące nadzieje, że przyjedzie. Nadzieje podlewamy piwem z pobliskiego sklepu. Chyba działa, bo przyjeżdża. Godzina jazdy i jesteśmy w Smokovcu. Kolejna niecała godzina i w Szczyrbskim. Jest 13-ta. No, to logistyka transportowa za nami, teraz jeszcze tylko wejść na szczyt.

Czasu tak dużo, sklep tak blisko...

Przednie Solisko wybrałam (yup, to ja tu jestem dzisiaj od planowania), bo legalne zimą, łatwe i zasadniczo bezpieczne. A ponadto ponoć z ładnym widokiem z okna. No i jeszcze mnie tam nie widzieli. Spodziewany poziom oznakowania dojścia na szlak przemawiałby akurat na nie, ale, jak zawsze, jechałam z nadzieją, że Słowacy mnie jednak zaskoczą. Że postawią tabliczkę tam, gdzie ona się turystom należy, jak przysłowiowemu psu przysłowiowa buda. Ja to chyba jednak za bardzo ufam ludziom. Tniemy przez jezioro, a potem bliskie jesteśmy obejścia go naokoło, w poszukiwaniu choćby śladu strzałki kierującej na szlak. Bo szlak tam przecież jest. Ale strzałki tam przecież nie ma. Wbijamy w nartostradę, lekceważąc znaki (te akurat stoją tam obficie) zakazujące poruszania się bez nart. Rozpaczliwie robimy parę kroków pod górę to tu, to tam, zaczepiając przypadkowych ludzi prośbą o poradę. Wreszcie jednym z tych ludzi staje się pan opalający się przy orczyku i on nam każe iść, pomimo zakazu, wyżej, a tam zaraz będzie "żółta tabołka", która pokieruje nas dalej. Zgodnie z obietnicą, której prawidłowego zrozumienia nie byłam do końca pewna, po parudziesięciu metrach napierania w ewidentnie przeciwnym kierunku niż gapiący się na nas narciarze, oczom naszym ukazuje się "żółta tabołka". Dla skiturowców, nie dla ludzi w butach, ale już się nie czepiajmy. Okej. Teraz już naprawdę tylko wejść na szczyt.

Rzeczona żółta tabołka

Czy ja zawsze jak jadę w góry, to muszę wyglądać jak uchodźca?

Pogoda nam sprzyja, jest jeszcze piękniej, niż zapowiadały prognozy. Słonecznie i ciepło, podchodzimy w polarach. Mając na uwadze wspomnienie swojej kondycji z listopada, nastawiam się na ciężką orkę, a tu... niespodzianka! Idę nieomalże bez zadyszki, a ból łydek uniemożliwiający bezustanne poruszanie nogami jest mi dzisiaj obcy. Sama w to średnio wierzę, ale wychodzi na to, że tajemnica tego sukcesu tkwi nie w czym innym, jak w moich... caluteńkich trzech treningach biegowych, które ostatnio odbyłam. Doczłapujemy się do Chaty pod Soliskiem, gdzie urządzamy niezbyt długi odpoczynek. Stąd na szczyt jakaś godzina, powinnyśmy zdążyć na zachód. Od razu zdradzę, że to się nie uda - ja złapię tam ostatnie chwile szarego światła, Lena dotrze już po ciemku. Droga, zgodnie z oczekiwaniami, jest łatwa. I mocno wywiana i wytopiona.

Chata pod Soliskiem

Dla mnie wycieczka jest to dość rutynowa. Bez większych emocji. Co zupełnie mi nie przeszkadza, bo chyba właśnie takiej potrzebowałam po kilku miesiącach nieobecności w górach - łatwej, krótkiej, bez szarżowania. I widokowej, co akurat się nie udaje, z racji późnej godziny, ale oj tam, gorsze rzeczy mi się w życiu nie udawały. Nie będę drzeć szat, że się spóźniłam na zachód i nie porobiłam tych wszystkich zdjęć, których kadry miałam od kilku dni wymyślone w głowie. Mam frajdę z zabrania Leny w góry.

Misie powoli się budzą ;)

Rejczel, co dziś jemy? W menu kilka pozycji od Sea to summit (LINK)

Lena na szczęście też wygląda, jakby niosła na plecach cały swój dobytek





Na szczycie bez większych ceregieli zabieramy się do szykowania legowiska. Znalazłyby się dwa płaskie miejsca, ale że chcemy być obok siebie, coby sobie móc bez problemu podawać symboliczną flaszeczkę, leżąc komfortowo w śpiworkach, bierzemy się za skuwanie pochyłej warstwy lodu czekanem i metalową łopatką. Kiedy już wydaje nam się, że zadanie to wykonałyśmy pomyślnie, rozkładamy bety, a następnie wybieramy sobie liofa, spośród tych, które przywiozłam (a które dostałam w ramach współpracy - LINK) i bierzemy się za gotowanie. Tylko, że, hyhy, żadna z nas zgrabiałymi z zimna palcami nie daje rady odkręcić kurka od gazu. I to by było na tyle, w kwestii ciepłej kolacji. Wchłaniamy po batonie i pocieszamy się paroma łykami malinówki, po czym idziemy spać. I tu zaczyna się drobny cyrk, bo wraz z upływem godzin, stopniowo zsuwam się na Lenę, którą do rana spycham na kamienie, sama leżąc na dwóch matach. Budzę się oczywiście jakieś trzydzieści razy, więc mam szansę zaobserwować zmianę pogody. Gwiaździste przedtem niebo zasnuwa się chmurami, robi się cieplej, no i, zgodnie z prognozami, zaczyna srogo pizgać. Miejsce jednak mamy dobre, częściowo osłonięte szczytowymi kamieniami, dramatu więc nie ma. Noc przebiega bez przygód. Poza tą jedną, że Lena doświadcza najgorszej klątwy zimowych biwaków - po dwóch godzinach mentalnej walki z własnym pęcherzem zmuszona zostaje opuścić na parę minut ciepłe pielesze śpiwora.

Zmiana pogody paradoksalnie poprawia mi humor. Żeby zdążyć na jutrzejszego flixbusa do domu, musimy ruszyć ze Słowacji elektriczką już o 8.30. Co oznacza rozpoczęcie schodzenia ze szczytu jeszcze w nocy. Ale cóż, zachmurzyło się, słońce sobie wzejdzie, jak to ma w zwyczaju codziennie robić, ale gdzieś za szarym wałem chmur. Nie ma czego żałować.

Rankiem zagarniamy się dość sprawnie i w siekącym w policzki wietrze złazimy, najpierw ostrożnie do schroniska, a potem nartostradą już prawie biegiem. Buty, na które się zamieniłyśmy, okazują się być tak samo francowate na nowych właścicielkach, jak były dotychczas. Nie chcielibyście zobaczyć moich stóp. Wspinaczkę mam na jakiś czas z głowy...

Magda, organizatorka Spotkań z Filmem Górskim, z którą przelotem spotykam się w Zakopanem, trafnie podsumowuje nasz wypad: "Aha, czyli przejechałyście się na Słowację, żeby się przespać na kamieniach". No, na to by wychodziło. :)

23 komentarze:

  1. Fajnie, że wracasz w Tatry. Czy w tym schronisku da się spać? Kiedyś spałem tam w namiocie. Pełno kup w kosówce, bo ludzie oszczędzali na toalecie. Ale wtedy nie dało się spać.

    To na Islandię chyba nie w tym roku. Może w Alpy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty żyjesz! I udało Ci się napisać komentarz, którym nie wyprowadziłeś mnie z równowagi. :)

      Da się spać, przynajmniej takie info wisi na stronie internetowej. W tym roku Lofoty, Góry Fan i Kazbek.

      Usuń
    2. :D :D :D

      Usuń
  2. Żyję. I polecam bloga komu się da. Szedłem pod koniec października przez Zawody do Piątki i czule wspominałem Twoją relację. Jest tam bosko.

    Będą foty z Lofoty. Weźmiesz maskę na Kazbek? No tak, Alpy dla emerytów zostaną.

    PS Trochę ciężko się przegląda relacje, od kiery dałaś takie artystyczne obrazki z nieczytelnymi podpisami. Nie na mój wzrok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaką znowu maskę? Pamiętam, że coś mi podsyłałeś, ale to chyba do treningów było?

      Usuń
  3. Skoro Pani ucieka w góry (i nie tylko) przed dniem codziennym... To jak można Panią nazwac inaczej, jak nie uchodźcą ? Jest Nim Pani i wygląda Pani jak "oni"... PzDr0600

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uciekałam. Teraz już nie. Lubię moje dni codzienne. :)

      Usuń
  4. "Czy ja zawsze jak jadę w góry, to muszę wyglądać jak uchodźca?"

    trudno aby było inaczej, skoro się ładuje do wora wódę, pięć liofów i kubraczek misiowy;

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta wóda to tak symbolicznie ;)

      Usuń
    2. wiesz - może i symbolicznie... ale nieustająco;
      daję pod rozwagę zagadnienie - czy tekst by stracił gdyby usunąć zeń wątki alkoholowe?

      a do meritum - ja na taką wycieczkę nie zdołałbym zapełnić mojej niecałej trzydziestki salewy - o takiej: https://image.ceneostatic.pl/data/products/8647440/i-salewa-miage-ii-28.jpg

      pozdrawiam

      Usuń
    3. Biorę pod rozwagę. Ale taka to po prostu była wycieczka. Łatwa i na chilloucie. Wypiłyśmy tej Soplicy (dodam, że owocowej) po 0,1 na głowę, po czym nigdzie nie szłyśmy, tylko leżałyśmy w śpiworach. Nie sądzę, by było to jakoś skrajnie nieodpowiedzialne.

      30 litrów powiadasz? Nooo mój śpiwór by się chyba zmieścił. I nic poza tym. :)

      Usuń
    4. pod rozwagę dałem wątki alkoholowe w tekście - tylko i wyłącznie;
      z wiekiem zrobiłem się jakiś taki wyczulony na promowanie/oswajanie alkoholu... wiesz "sprzedawanie" stylu turystyki, gdzie wycieczka zaczyna się od alko (patrz zdjęcie) i nim kończy (wygoda spożycia determinuje układ biwaku); zatem jeszcze raz - rozważ czy tekst by stracił gdyby usunąć zeń wątki alkoholowe; uwaga: nie rozstrzygam, może wyjdzie Ci, że by stracił; niemniej temat wart jest chwili refleksji - 15 k zobowiązuje;

      ale skoro poruszyłas kwestię odpowiedzialności to czuję wywołany i odpowiadam - lapidarnie i bez wartościowania;
      otóż uważam, że wypicie piwerka przed wycieczką z całą pewnością nie wpływa pozytywnie na możliwości fizyczne organizmu; seteczka przed snem zaburza metabolizm i na biwaczku w żaden sposób nie pomaga organizmowi;

      co do śpiworka - mnie w takich warunkach wystarcza 450 gr puchu plus cienka płachta; z moich doświadczeń wynika, że najważniejsza jest izolacja od podłoża (dlatego kluczowa jest dobra mata) oraz ochrona przed wiatrem;

      pozdrawiam

      Usuń
    5. Od tego piwerka do rozpoczęcia podchodzenia minęły prawie trzy godziny.

      Oczywiście rozumiem Twoje stanowisko i dziękuję za jego wyrażenie. Relacja pozostanie jednak w pierwotnym kształcie.

      Usuń
    6. i bardzo dobrze, że pozostanie - bo nie o cenzurę post factum mi chodzi;

      pozdrawiam

      Usuń
    7. @Anonimowy
      wiesz - może i symbolicznie... ale nieustająco;
      daję pod rozwagę zagadnienie - czy tekst by stracił gdyby usunąć zeń wątki alkoholowe?"

      Nie jest to blog (na szczęście) członkini oazy z Murzasichle więc po co mentorskie wtręty o alkoholu? W górach się piło, pije i pić będzie i jest to nieodłączny element górskiego folkloru. Oczywiście potrafię uszanować abstynentów, byle nie wtrącali się z nachalnym moralizatorstwem w życie innych.
      Za wszystkich abstynentów, oby się nawrócili! ;)

      Usuń
  5. nie ma to jak fajki i alkohol w górach, dorzuciłbym jakieś prochy, chociaż może zamiast, dwa sztachy nowymi chińskimi trampkami w obuwniczym przed eskapadą, będzie taniej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Następnym razem tak właśnie zrobię. Dziękuję Ci wujku dobra rada.

      Usuń
    2. Jestem palaczem. Nałogowym i póki co nie daję rady rzucić tego świństwa. A w Tatrach dostałam za nałóg pochwałę :-)
      "Jesteś jedyną osobą jaką znam, która jak kurzy odchodzi na bok i sprawdza czy dym na nikogo nie leci, zabiera swoje niedopałki i jeszcze jak gdzieś zobaczy peta to sprząta po innych".
      A swoją drogą fajka po całodniowej wyrypie smakuje wyśmienicie!!!

      Soplicy nie pochwalam ;-) Może i stała kiedyś koło owoców ale niewiele więcej. Polecam natomiast nalewkę domową z dodatkiem kwaśnych owoców. Witaminki, pektynki, inne takie smakowitości - samo zdrowie. Zwłaszcza jeśli ze względu na cenę składnika podstawowego wychodzi koncentrat ;-)

      Prochy? Wystarczy ruszyć tyłek z domu i w górach zawsze odjazd gwarantowany. Po co psuć wrażenia?

      Pozdrawiam
      Natalia

      PS
      Post mi się podobał, niektóre komentarze wkurzyły. Niedawno wrzuciłaś wpis z królem Julianem w tle. Nic dodać nic ująć. A już sugestie o czym powinnaś pisać a co pomijać są po prostu niegrzeczne. Jak się komuś nie podoba niech nie czyta i założy własnego bloga.
      Dziękuję, że poświęcasz czas i wkładasz tyle pracy, żeby się podzielić swoimi wrażeniami.

      Usuń
  6. Gosiu, napiszesz coś o liofach? Tak subiektywnie: co Ci smakuje, jak tam wrażenie sytości, czy duża paczka wystarczy na posiłek dla dwóch kobitek, etc. Nie chodzi o dane "techniczne" bo te są na stronie producenta.
    Pozdrawiam
    Natalia

    OdpowiedzUsuń
  7. Ło matkoo, a co jest złego w łyku soplicy,pliss.
    Przez tą zimę przeczytałam bloga od deski do deski 2x i zabieram się do czytania 3x. A chłopy... tego kwiata jest pół świata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. > a co jest złego w łyku soplicy,pliss

      nie wiem czy jest coś złego; nie znam się na takim wartościowaniu dobro/zło;

      spożywanie alkoholu nie jest wskazane zimą na 'świeżym' powietrzu;
      jego legendarne właściwości rozgrzewające działają po wysiłku na mrozie jedynie w ciepłych wnętrzach; w przypadku biwaków zimowych potęgują wychładzanie; tylko - i jednocześnie - aż tyle;

      pozdrawiam

      Usuń
  8. "Lena doświadcza najgorszej klątwy zimowych biwaków - po dwóch godzinach mentalnej walki z własnym pęcherzem zmuszona zostaje opuścić na parę minut ciepłe pielesze śpiwora."

    Fakt, faceci mają lepiej bo zawsze mogą użyć peta. Ale postępujące równouprawnienie i wam, paniom, może przynieść jakże oczekiwaną w takich sytuacja ulgę.
    To:
    https://allegro.pl/listing?string=lejek%20do%20sikania%20na%20stoj%C4%85ca%20dla%20kobiet%20sikawka&order=m&bmatch=baseline-var-cl-n-dict-sort-sqm-uni-1-3-0312
    + butelka po Nestea (ma szeroką szyjkę) powinno rozwiązać problem ;)

    OdpowiedzUsuń