
Poprzedni weekend, choć nie skąpiący słońca w Tatrach, ostatecznie przesiedziałam w domu, leniąc się bezczelnie. I bez żadnej ściemy przyznam się, że żalu w związku z tym nie odczuwałam. Jakieś tam drobne ukłucie wyrzutów sumienia tylko.
Bo przecież kolejny weekend z pewnością już tak pogodny nie będzie.
Ale nic to, Gośka, nic to. Minął póki co czas, gdy dom mnie parzył, a góry stanowiły formę terapii pomieszanej z ucieczką. Lub ucieczki pomieszanej z terapią. Pozostały pasją, sposobem na życie, czymś, przez pryzmat czego lubię się definiować. Ale już bez desperacji.