piątek, 5 maja 2017

Pssst, gdzie ta cisza? - czyli 8 zasad szukania świętego spokoju w Tatrach


Niezależnie od tego, czy bliżej nam do osobowości ekstra- czy introwertycznej, czy też oscylujemy jakoś idealnie pomiędzy, bez względu na to, gdzie mieszkamy i czym się zajmujemy w życiu, chyba wszyscy czasem potrzebujemy po prostu niczego więcej, jak tylko ciszy i spokoju, zwanego szumnie świętym. Niekoniecznie od razu izolacji totalnej, ale jakiegoś takiego odpoczynku od zgiełku, szumu, natłoku informacji i zadań, no i nie oszukujmy się - od towarzystwa współbliźnich trochę też. Nawet jeśli generalnie lubimy ludzi i przejawiamy tolerancję dla ich zachowań i poglądów, nie oznacza to, że nie możemy czasem mieć ich zwyczajnie dość. Wszystkich. A już zwłaszcza tłumnie zgromadzonych.

Uciekać od społeczeństwa można w różne miejsca i na różne sposoby, ale jakoś tak naturalnie i nienachalnie na myśl nasuwają się w temacie ucieczek górskie szlaki. Natura, zwłaszcza ta, którą zwiedza się z niemałym wysiłkiem, wciąż jawi nam się jako ostoja sielanki. A do ludzi, którzy szukają w jej zielonych progach ukojenia, dokładnie tak samo jak my, gotowi jesteśmy żywić ciepłe i serdeczne uczucia. Powiedzieć "cześć" mijanemu obcemu wędrowcowi, podzielić się zapasami żywności, gdy dostrzegamy taką potrzebę, pomóc rozszyfrować poszarpany górski horyzont, zawrócić kogoś ze złej drogi, a z kimś innym wdać się w pogawędkę. Być może to właśnie od kontaktów międzyludzkich między innymi tak nam się zakręciło w głowie, że zwialiśmy w góry, ale tu jest inaczej. Mamy wiele wspólnego z napotkanym wędrowcem - w końcu idzie i męczy się na własne życzenie tą samą, co my drogą - to i jakoś łatwiej się dogadać i wykrzesać z siebie życzliwość.

No bo, tak w ogóle, to fajnie jest spotykać w górach ludzi. To budujące, że inni podzielają nasze zamiłowania, a przy tym jakoś tak lżej iść skąpanym w porannej mgle lasem, gdy się wie, że przed nami już ktoś nim dziś przeszedł i jeżeli tutejszy niedźwiedź zapragnął właśnie tego dnia posmakować ludziny to miał już ku temu okazję.

Z tej fajności, z tego entuzjazmu i ulgi na widok drugiego człowieka zrodził się kiedyś pewnie zwyczaj powitań. Wciąż uprawiany i wciąż pozytywny, ale chyba wszyscy przyznacie, że zupełnie bezsensowny na trasie do Morskiego Oka, w Kościeliskiej czy Chochołowskiej... a tracący sens coraz częściej też na innych szlakach...w pogodne letnie dni na prawie wszystkich. Nie mam absolutnie na myśli, że na niektórych trasach witać się nie warto, albo nie wypada, bo za łatwe albo za nisko. To nie to. Po prostu najzwyczajniej w świecie, czasem jakby się chciało mówić "cześć" czy "dzień dobry" sprawiedliwie, każdemu mijanemu turyście, to nie bardzo byłby czas na złapanie oddechu, bo musielibyśmy wypluwać z siebie powitania w rytmie serii z karabinu maszynowego.

A o ile z łatwością identyfikujemy się z pojedynczymi tułaczami napotykanymi od czasu do czasu, o tyle ciężko już jest zidentyfikować się nam z masą. Bo masa jest wielka i mieni się różnorodnością - nie wierzymy, że wszyscy ci ludzie "są tacy jak my", że łączy nas z nimi, czy raczej ich z nami wspólna pasja. Ciężej więc o ciepłe wobec tej masy uczucia, o chęć współdzielenia z nią górskich przeżyć. Jednego, dwóch czy trzech piechurów zawsze chętnie przepuścimy w wąskim albo trudnym miejscu, co nam w końcu szkodzi. Ale gdy nam przyjdzie przepuścić dwudziestu, a kilka kroków dalej dwudziestu kolejnych, albo gdy utkwimy w kolejce, skazującej nas na wielominutowe trwanie w skwarze w niewygodnej pozycji i wydłużającej w nieplanowany sposób naszą wycieczkę, cała miłość do górskiej braci gdzieś nam wyparuje razem z cierpliwością. Choćbyśmy mieli pełną świadomość, że jesteśmy jej częścią, to ta ludzka masa jawić się nam będzie jako paskudna szarańcza.

Cicha i kameralna Dolina Chochołowska w "krokusowy" weekend.
Źródło: Tatromaniak

Wszyscy mamy takie samo prawo iść w góry, nieważne, na ile punktów w skali od 1 do 10 darzymy je miłością, nieistotne, czy jesteśmy wytrawnymi górskimi turystami, czy trafiliśmy w nie po raz pierwszy i więcej nie wrócimy. Czy idziemy walczyć ze słabościami, czy tylko zrobić sobie zdjęcie wśród krokusów, czy ciąży nam na plecach szpej, czy piwo. Nie ma żadnej klasyfikacji, która by to uporządkowała, żadnej instancji, która osądziłaby, komu góry należą się bardziej. Nie ma i oby nigdy nie było. Noooo... może tylko warto byłoby wyegzekwować tę jedną, myślę, że akceptowalną przez wszystkich zasadę, iż góry nie należą się tym, którzy w nich ewidentnie syfią. Ale poza tym?

Możemy pogardliwie nazwać dolinkowe tłumy stonką, jeśli zrobi nam się od tego lepiej. Ale to w sumie nieładnie, bo nawet jeśli teraz tyle nas od tej stonki odróżnia, że ciężko nas z nią pomylić, to z czego, jeśli nie z niej wyszliśmy?

Górska cisza nad Morskim Okiem...
źródło: Wieczna Tułaczka
Nieładnie jest obrażać, ale rzeczą ludzką przecież jest być wkurwionym. To normalne, że czujemy irytację, gdy musimy się przeciskać przez tłum na wąskiej ścieżce, gdy górską ciszę zakłóca ludzki jazgot, gdy ciężko ująć w kadr krajobraz, bo bezustannie przelewa się przed nim wielobarwna pielgrzymka. Tyle że tak po prostu jest. Na dzień dzisiejszy Tatry są popularne, niestety zbyt popularne, jak na swój obszar. Każdego letniego dnia bramki TPN-u przekracza kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Ty jesteś jednym z nich, dokładasz się do tych statystyk. Ciebie wkurza, że musisz wymijać innych, ich może wkurza, że są wymijani, Ciebie, że przez kadr przewala Ci się rzeka ludzi, a tych ludzi być może, że przy szlaku kuca jakiś gość z aparatem. Generalnie wszyscy wkurzamy siebie nawzajem, bo tak to bywa w tłumie. Próba selekcjonowania turystów w Tatrach zawsze niesprawiedliwie uderzy w jakąś grupę, albo spowoduje zmianę nawyków. Dajmy na to, jeśliby wprowadzono dzienny limit wejść przez bramkę - obstawiam, że po tygodniu przy wylotach dolin kolejki ustawiałyby się od 4 rano, jak pod kolejką na Kasprowy. To by było lepsze? Normalniejsze?

Optuję raczej za pogodzeniem się z istniejącym stanem rzeczy. Być może kiedyś bum przeminie, ludzie wzbogacą się na tyle, że wiochą będzie spędzanie wakacji w Polsce i na tatrzańskich szlakach pozostaną sami uparci pasjonaci, albo może nowa edycja gry w zbieranie pokemonów skutecznie zatrzyma większość społeczeństwa w miastach. Ale póki co - tatrzańskie szlaki są zatłoczone. Przyjmij to do wiadomości. Jeśli się na nie wybierasz - wybieraj się z powyższą świadomością. A jeśli Ci to zatłoczenie bardzo przeszkadza, spróbuj go unikać. Jak? A no, to właśnie miało być clue tego tekstu, zanim się rozpisałam.

Po pierwsze: wyśpisz się w domu

Tłum kieruje się pewnymi statystycznymi prawami, działa stadnie. Statystycznie ludzie na urlopie nie lubią się zrywać w środku nocy, z czego wynika, że większość wstanie nie wcześniej niż o 8-mej, zje spokojnie śniadanie, jeszcze spokojniej się ogarnie i na szlaku pojawi się koło 10-tej. Ci, którzy planują dłuższe wycieczki wstaną trochę wcześniej i o 8-mej będą już dreptać - ich też będzie sporo. Gwarantuję Ci jednak, że mało kto melduje się na szlaku równo ze świtem. I, że jeśli Ty tak zrobisz, to masz spore szanse, na uszczknięcie tylko dla siebie paru godzin tatrzańskiej ciszy.

Druga opcja w tym podpunkcie, to... noc. Przez większą część roku (od 1 marca do 30 listopada) poruszanie się po polskiej części Tatr (nie znalazłam info co do słowackiej strony) nocą jest zakazane z uwagi na zwierzęta, które aktywne są właśnie po zmroku, i tych zwierząt ochronę, a poniekąd ochronę też nas przed spotkaniami z niektórymi z nich. Inna sprawa to że chyba nic przyjemnego iść samotnie przez ciemny las, który "żyje"... Co innego zimą. Raz, że jest to dozwolone, dwa, że czasem bezpieczniejsze (operujące za dnia słońce może wzmagać zagrożenie lawinowe na niektórych stokach), no i trzy - pozbawione dziennego gwaru. Część tatrzańskiej zwierzyny, w tym ta najgroźniejsza - niedźwiedzie, zimą zapada w sen. Wciąż coś może Ci wyskoczyć niespodzianie na leśną ścieżkę, albo pomiędzy drzewami zabłysnąć może wiele par oczu (oj, znam to), więc komfortu psychicznego nie gwarantuję, ale raczej ani to, co wyskoczy, ani właściciele świecących światłem odbijającym się od naszych czołówek oczu (w moim przypadku okazały się nimi sarny) krzywdy Ci zrobić nie powinno.

Wycieczka na Kozi Wierch przed wschodem słońca

Oczywiście nocą widoki są ograniczone, dlatego wychodzenie na szlak po zmroku a powracanie przed świtem... hmm mogłoby być odarte z ważnego elementu górskiej wędrówki. Zimą więc idzie się w nocy na wschód słońca, albo schodzi się nocą po jego zachodzie. Czy to bezpieczne tak łazić po górskim terenie po ciemnicy? Bierzesz latarkę (czołówkę), wybierasz noc z dobrą pogodą (a najlepiej z pełnią księżyca) i tak planujesz wycieczkę, żeby po zapadnięciu zmroku/przed świtem znajdować się już/jeszcze we względnie łatwym - przede wszystkim orientacyjnie - terenie. W księżycową noc wędrowanie nocą po Tatrach nie sprawia problemu.

Po drugie: zapomnij o długich weekendach

W kumulację wolnych dni zaplanuj sobie raczej remont w chacie albo grilla na działce, a w Tatry jedź tylko pod warunkiem wysokiej tolerancji na zagęszczenie ludzkie większe niż w autobusie miejskim tuż przed ósmą rano. Długi weekend oznacza zatłoczone środki transportu, korki na Zakopiance, kolejki do kas TPN-u w dolinach, niemiłosierny tłok w schroniskach, no i wzmożony ruch na szlakach. Oczywiście nie musi Ci to przeszkadzać, ale ten tekst jest dla tych, którym przeszkadza. Nawet jeśli uda Ci się znaleźć ciszę w czasie długiego weekendu gdzieś w Tatrach, to, co przeżyjesz dojeżdżając tam, albo śpiąc w schronisku, może ją skutecznie zagłuszyć.

Niestety, podobnie zaczyna to wyglądać w zwykłe - krótkie - weekendy, o ile są słoneczne. I to niezależnie od pory roku. Wciąż najlepiej jest jeździć w Tatry po prostu na tygodniu, chociaż to też nie do końca reguła, bo wiosną i jesienią niżej położone szlaki okupują wycieczki szkolne - właśnie na tygodniu. A latem - kolonie.

Natomiast spokojniej jest w Tatrach w czasie świąt. Tych dużych, ważnych katolickich świąt, których spędzanie wciąż tradycyjnie kojarzy nam się z sałatką jarzynową przy rodzinnym stole, a nie z włóczeniem się po szlakach. Ta tradycja wciąż w naszym narodzie jest silna i niewielu ma śmiałość, czy choćby ochotę się jej sprzeniewierzyć. Jeśli Ty masz - to będziesz mieć trochę puściej na szlakach.

Po trzecie: nie jesteś z cukru

Utarło się, żeby w góry wyruszać przy dobrej pogodzie, a dobra pogoda, to w powszechnym rozumieniu niebo bez jednej chmurki. Owszem, pogoda jest ważna, jest nawet niesamowicie istotna dla bezpieczeństwa górskich turystów. Ale nie każde odstępstwo od "lampy" jest od razu groźne i wyklucza górskie wędrówki.

Tymczasem to "lampa" przyciąga największe hordy miłośników góro-łażenia, a najmniejsza choćby chmurka jest w stanie połowę z nich odstraszyć. Czasem niepotrzebnie.

Na pewno nie należy ruszać na szlak w pogodę burzową albo w czasie śnieżycy. Uporczywy, mocny, bezustanny deszcz szybko nas wykończy, ale mżawka, wygasająca i powracająca co jakiś czas, nie musi wyganiać nas ze szlaku. Tak, jasne - mokra ćtapa z nieba wpływa na to, że szlaki robią trochę śliskie, ale też nie ma co przesadzać, że granit zamienia się od razu w lodowisko. O skręcenie nogi może trochę łatwiej, ale, doprawdy, tylko trochę. Mgła stanowi olbrzymie zagrożenie zimą, gdy zlewa się ze śniegiem, odbierając jakąkolwiek orientację w terenie, ale mgła latem, o ile idziemy oznakowanym, a czasem wydeptanym jak autostrada szlakiem, nie będzie dla nas niebezpieczna. Silny wiatr może być powodem do rezygnacji z wycieczek gdzieś wysoko, ale na niżej położonym szlaku w dobrej kurtce lub softshellu możemy sobie pospacerować.

Szlak na Karb w deszczowy dzień - korków nie stwierdzono

Nie namawiam oczywiście do wychodzenia w góry bez względu na pogodę, ale do zastanowienia się, czy panujące warunki na pewno wykluczają wyjście. Bo, być może, o ile się odpowiednio do nich przygotujemy, wycieczka będzie miała takie same szanse powodzenia jak przy wzorowej pogodzie, a przy okazji - na szlakach będzie dużo, duuuużo luźniej i spokojniej.

A mgliste, mokre, opustoszałe Tatry, to czasem magia absolutna...

Woda w około. Z przewieszek kapie
Oczy mi łzawią, dym w kolebie
Z nudów zaczynam szukać na mapie
Miejsca gdzie zostawiłem ciebie.

Kłębiaste chmury szybko płyną
Wokół mnie głazy i deszcz szepce
Wspominam właśnie twoje oczy
I włosy na wiosennym wietrze.

To nie ja, to Długosz. :)

Po czwarte: nie daj się omamić Słowacją

Ileż to razy gdzieś czytałam czyjeś odgrażanie się, że za rok, to on pójdzie w Tatry, ale słowackie, bo tam przynajmniej można zaznać jakiejś górskiej ciszy, nie to, co w Polsce, a fe... Nie wiem, kto wciąż rozpowszechnia legendę o pustych słowackich szlakach, ale rozpowszechnia, owszem piękną i idealistyczną, ale jedynie bajkę. Domyślać się tylko mogę, że ta legenda rodzi się na szlaku przez Białą Wodę w umyśle człowieka, który innych słowackich szlaków nie zna, tu zaczyna poznawanie części Tatr zza granicy i generalizuje spostrzeżenia z tego jednego szlaku na całą resztę. Bo owszem, da się znaleźć szlaki mało uczęszczane (kilka propozycji podam na końcu tekstu i Dolina Białej Wody też tam się znajdzie), ale jeśli pojedziesz na Słowację sądząc, że przyjdzie Ci tam odganiać wilki ze ścieżek, to się raczej zdziwisz.

Bystra Ławka i rotacyjny zator na łańcuchu

Niektóre tamtejsze szlaki, zwłaszcza te do schronisk, albo prowadzące na popularne szczyty (Krywań, Rysy, Jagnięcy, ale też wiele innych), są niewiele mniej zatłoczone niż u nas - choć może racja, raczej nie tworzą się aż takie korki i kolejki. Ruch jednak jest.

Słowacja to niewielki kraj, znacznie mniejszy od Polski. Dużo większy procent jego powierzchni zajmują góry. Poza Tatrami (a samych Tatr jest o wiele więcej w Słowacji niż w Polsce), Słowacy mają też Wielką i Małą Fatrę, Słowacki Raj, Niżnie Tatry, a to wszystko względnie blisko siebie - mają gdzie chodzić skubańce. Z samego tego rozłożenia wynika, że i ruch rodzimych turystów rozkłada się pewnie na różne pasma, a w ogóle to nie ma tych turystów zbyt wielu - bo nie jest to zbyt liczny naród. Niezbyt liczny, ale wychowany wśród gór, wobec czego podejrzewam, że odsetek górskich turystów w społeczeństwie jest u nich sporo większy niż u nas. No, ale tak przede wszystkim to... na szlakach słowackich Tatr pełno jest Polaków.

Szlak na Rysy. Tak - ten słowacki.

Jak już wspomniałam, tam da się znaleźć odludne szlaki, zapewne łatwiej niż w polskich Tatrach. Ale nie wszystkie takie są. Pusto jest w słowackich Tatrach Zachodnich - sama jeszcze nie eksplorowałam tej części, ale zapytałam Czytelników na facebook'u i potwierdzili moje przypuszczenia. Natomiast większość szlaków w słowackich Tatrach Wysokich niewiele ma wspólnego z osławioną ciszą i spokojem. No, chyba że pomiędzy 1 listopada a 15 czerwca - wtedy faktycznie nawet po najbardziej popularnych ścieżkach hula prawie wyłącznie wiatr. Bo są oficjalnie zamknięte...

(więcej o Słowacji do poczytania TUTAJ)

Po piąte: strzeż się lata

Tatrzański Park Narodowy (czyli Tatry wyłącznie po polskiej stronie granicy) rocznie odwiedza około 3 miliony turystów, z czego jakieś dwie trzecie przypada na sezon letni. Yup. Dobrze zrozumiałeś. 2 miliony ludzi w ciągu 90 dni, w tych kilku dolinkach, na tych 275 kilometrach szlaków.

Kościelec


Polub inną porę roku, serio.

Choć, właściwie, inne pory roku też robią się zajęte. Poszła fama, że we wrześniu jest cicho i spokojnie (a do tego pogoda zwykle stabilniejsza niż w lipcu czy sierpniu) i co się stało? No i teraz już nie jest, bo wszyscy odkładają urlopy na wrzesień.

Zimą o wiele mniejszy ruch jest na wysoko położonych szlakach (ale to nie znaczy, że nie ma go wcale, ojjjj nie) - i to jest niezły sposób na jako taką ciszę, tyle, że zimowa turystyka wysokogórska nie jest dla każdego, więc nie namawiam. Wszelkie doliny są już zimą odkryte i oblężone. Natomiast całkiem przyjemnie może być w Tatrach w październiku czy listopadzie - nie zawsze zdarza się piękna złota jesień, czasem śnieg grzmotnie już w połowie września i utrzyma się do zimy. Bywają jednak warunki do letniego trekkingu w tym okresie. Powinno być trochę luźniej niż we wrześniu.

Po szóste: skoro tłum jest na szlakach, to po cholerę nimi chodzić?

Nie mogę Cię namawiać do schodzenia z wyznaczonych ścieżek, wręcz powinnam Cię przestrzec - to nielegalne. Dodatkowo dość niebezpieczne - przynajmniej w porównaniu do poruszania się szlakami. W każdym razie oficjalnie i legalnie też możesz sobie zejść ze szlaku, tyle że pod warunkiem, że opłacisz przewodnika. O samotnym kontemplowaniu górskiej ciszy w takim układzie możesz zapomnieć (zwłaszcza, że żeby było taniej pewnie zrzucisz się na tego przewodnika z kimś jeszcze), ale od szlakowego zgiełku się oddalisz.

No, ale też nie mydlmy sobie oczu. Jeśli nie jesteś na mojej stronie przypadkowo, tylko czasem tu zaglądasz, to wiesz, że da się oddalać ze szlaku też bez przewodnika. Na własne ryzyko - nie tylko mandatu, ale i realnych kłopotów, w razie np. pogubienia, no ale da się. Opuszczanie znakowanych szlaków jest zakazane (za wyjątkiem dróg wspinaczkowych i dojścia do tych dróg) i... to w sumie dobrze, bo powstrzymuje większość osób przed zapuszczaniem się w nieznane i potencjalnie niebezpieczne dla nich tereny. A ci, których nie powstrzyma, wcześniej się odpowiednio przygotują. W tym psychicznie - do tego, że mogą to przypłacić paroma stówkami.

Po siódme: są miejsca skazane na popularność

Jeżeli jakieś miejsce słynie ze swej urody (np. Chochołowska w czasie wysypu krokusów), a jest łatwo dostępne, to będą tam ludzie. Jeśli jakiś szczyt jest najwyższy, najpiękniejszy, albo stoi na nim krzyż widoczny z miasta, a prowadzi nań szlak, to będą tam ludzie. Jeśli jakiś szlak/szczyt jest położony w pobliżu wyciągu kolejki linowej, to będą tam ludzie. Dużo ludzi.

Chętnych do postawienia nogi na "dachu Polski" nie brakuje
 
Po ósme: i są miejsca od popularności wolne...

Jakie szlaki lubimy w górach? Ano, najbardziej takie, żeby się dało zrobić pętelkę - czyli zejść inną drogą, niż się weszło. A jeśli już musimy dwa razy pokonywać tę samą - to życzylibyśmy sobie, żeby to chociaż był szczyt.

Jakich zatem nie lubimy? Ano takich, gdzie trzeba iść, iść, iiiiiiiiiiiiśśśśśśśćććććć, żeby zobaczyć coś względnie ciekawego, co, helooł!, nawet nie jest szczytem, a potem wlec się z powrotem. Ewentualnie nie lubimy też takich, które każą nam ciorać się godzinami po lesie, czy monotonnej dolinie.

I te szlaki właśnie będą względnie puste. Bo nikt biedactw nie lubi. Kilka przykładów poniżej.


Przykłady:

- Dolina Białej Wody - wspomniana już gdzieś wyżej. Położona po sąsiedzku z naszą Doliną Rybiego Potoku, którą latem dzień w dzień tysiące par stóp pielgrzymują do Morskiego Oka, z wylotem w Łysej Polanie, gdzie bez trudu można dostać się z Zakopanego busem. A jednak wciąż będąca ostoją prawdziwie górskiej ciszy. Owszem, trochę ludzi się nią kręci - przejście przez Polski Grzebień urodą aż grzeszy i czasem ktoś się skusi na długą wycieczkę od Łysej Polany aż po Smokowiec (lub na odwrót), ale robi to jednak stosunkowo niewielu ludzi. Dodatkowo kręcą się po niej taternicy zmierzający do taboru i planujący wspinaczki gdzieś w okolicznych ścianach - tych jest w ogóle względnie mało. Dolina ta odstrasza długością, bo rzeczywiście tamtejsze podejście na Grzebień już na mapie wygląda na morderczo rozwleczone. Spacerowiczów bez określonego celu dociera tam garstka, bo schroniska na szczęście nikt tam dotąd nie postawił. No i ogólnie całkiem tam spokojnie. A ładnie, oj ładnie.


Polana pod Wysoką w Dolinie Białej Wody

- Dolina Jaworowa - odludna z tych samych powodów, co Biała Woda, ale odludna jeszcze bardziej. Szlak nią wiodący, wyprowadza tylko na Lodową Przełęcz, zupełnie bez sensu tam podchodzić i schodzić tą samą drogą, bo to czysty masochizm. Podobnie, jak w przypadku przejścia przez Polski Grzebień, tak i wycieczkę przez Lodową Przełęcz można zacząć lub skończyć w Smokowcu, ale jest ona bodaj jeszcze dłuższa. Dodatkowo Jaworzyna Tatrzańska (początek szlaku przez Jaworową) jest bardziej oddalona od granicy z Polską, a Dolina Jaworowa w ogóle nie jest znana, popularna, czy lubiana - w przeciwieństwie do Białej Wody, która czasem wzbudza ogólne zachwyty tu i ówdzie w internetach. O ile Białą Wodą chodzi mało ludzi, o tyle Jaworową nie chodzi prawie nikt.

O Jaworowej popełniłam kiedyś cały wpis, zapraszam TUTAJ.


- Ciemnosmreczyński Staw Niżni - to nad nim zaświtała mi myśl stworzenia takiego zestawienia. Miejsce bardzo ładne, w niczym nie ustępujące innym tatrzańskim wodnym zakątkom, jak Czarny Staw Gąsienicowy, czy Moko. Ale ruchu nie da się porównać. Ciemnosmreczyński jest celem samym w sobie - dalej już nic nie ma - żadnych fajnych szczytów do zdobycia, czy przełęczy do przewleczenia się gdzieś dalej. Szlak się kończy i już. Kiedyś wiódł dalej - przez Wrota Chałubińskiego do Polski, ale od dawna ta jego część jest nieczynna (choć czasem ktoś nią chodzi, ale podpunkt o schodzeniu ze szlaków był wyżej). Dzięki temu, że tamtejsza ścieżka jest taką ślepą kiszką właśnie - dociera tam niewielu.




Nad Ciemnosmreczyńskim Stawem

Gładka Przełęcz - widoczna (i to świetnie) z Doliny Pięciu Stawów Polskich, widoczny jest też stary, zamknięty szlak na nią. Z polskiej strony niedostępna, a przynajmniej nie na legalu. Słowacki szlak na nią jest zaś kilkudziesięcio-minutowym odbiciem od przełęczy Zawory. Czyli znowu ślepą kiszką, w którą mało kto się zapuszcza.
A że to jest chyba moje najulubieńsze miejsce w Tatrach, to oczywiście jest o nim wpis na blogu - TUTAJ.


Wrota Chałubińskiego - po polskiej stronie dużo trudniej polecić jakieś miejsce, gdzie można się spodziewać choć trochę mniejszego tłumu (nas jest więcej a gór mniej), ale pierwszym, jakie mi przychodzi do głowy są właśnie Wrota. Na ich mniejszą popularność składają się pewnie te trzy czynniki, że: nie są szczytem, nie da się przejść na drugą stronę i trzeba schodzić, skąd się weszło, no i widoki z nich nie są jakieś szczególne. Dodatkowo dookoła jest parę ciekawszych celów, jak choćby Szpiglasowa Przełęcz. Na totalne pustki raczej nie ma co liczyć, ale luźniej trochę jest.




Początek zejścia z Wrót Chałubińskiego

- Szlak przez Tatry Bielskie
- też nie wyprowadza na żaden szczyt i wciąż nie cieszy się zbytnią popularnością. Ludzi się trochę kręci, ale można tam zaznać nieco spokoju. U podnóży Bielskich, pomiędzy nimi a Doliną Kieżmarską, leży zaś Dolina Białych Stawów, a przejście nią chyba nie należy do zbytnio popularnych. Polecam posiadówkę nad tamtejszymi jeziorkami...
Tych okolic pooglądacie duuużo w TYM wpisie.


- Słowackie Tatry Zachodnie - za wyłączeniem Rohaczy i innych najpopularniejszych punktów jak np. Bystra (najwyższy szczyt TZ). Jak już pisałam wyżej - mnie się ciężko wypowiadać w temacie, bo nie byłam, ale sporo osób odpowiedziało na moje pytanie na fejsie, twierdząc, że w słowackich zachodnich spotyka się niewielu ludzi na szlakach.


Powyżej przytoczone przykłady zapewne nie wyczerpują tematu - chętnie poznam Wasze propozycje w komentarzach. A same porady chwilami wydawały mi się dość łopatologiczne i miałam momenty zwątpienia w sens pisania tego "poradnika" ;). No ale, ostatecznie nigdy nie wiadomo, czy komuś się nie przyda. :)



18 komentarzy:

  1. W ubiegłoroczny długi weekend sierpniowy byłam z ekipą w słowackich Tatrach. Do pierwszego schroniska owszem spotkaliśmy kilku turystów. Jednak dalsza droga do schroniska pod Łomnicą.... cisza, spokój :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś w sierpniu spotkaliśmy na szlaku przez Krzyżne może ze 3 osoby- przy w miarę dobrej pogodzie, także nie jest aż tak źle:) Tylko to chyba w czwartek było ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. hmm. Już wyjście w okolicach 5-6 rano latem przy świetnej pogodzie daje na Słowacji duże szanse bycia np na Furkocie samemu. Fajnie się Ciebie czyta.

    OdpowiedzUsuń
  4. 3/4 przeczytałem na jednym wdechu. Jak to się mówi, z ust mi to wyjęłaś, tylko że ja nigdy bym tego tak wspaniale nie umiał ubrać w słowa.

    Co do mitu pustej Słowacji. To nie mit to fakt.
    Ileż to wspaniałych miejsc jest po SK stronie, gdzie w słoneczny baardzo długi weekend możemy zaznać pustki i spokoju. U nas idąc nawet na Walentkową grań czy grań Mięguszy jesteśmy cali utaplani w gwarze wrzasków dolatujących z okolicznych szczytów/ścian/schronisk.
    Szlaki w Białej Wodzi i Jaworowej to skrajnie przeciwstawieństwo Chochołowskiej i Kościeliskiej. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Co tak naprawdę generuje tłum w górach? Nie są to niestety malownicze kwieciste łąki, migoczące stawy, szumiące potoki, dzikie lasy, zapierające dech widoki, biegające kozice a już tym bardziej strzeliste turnie... Tak, każdy z nas ma prawo iść w góry. Ale czy naprawdę aż tak wielu musi iść na obiad czy piwo właśnie tu, męcząc się niepotrzebnie monotonnym spacerem, zamiast wyskoczyć na dobrą rybę na Krupówkach a resztę dnia moczyć się termach? Czy tak wielu musi powłóczyć nogami asfaltem do Moka wbrew swojej woli? Czy takie masy muszą iść wbrew zdrowemu rozsądkowi tylko z powodu że najwyższy (Rysy) i z powodu ażeby przyklepnąć krzyżyk (Giewont).

    Tłum ludzi ma dla mnie jeden zasadniczy plus. Gdy schodzę w dół czy to z Moka czy Kieżmarską uwielbiam jak idzie dużo osób, najlepiej z naprzeciwka. Droga mija mi wówczas dużo szybciej niż normalnie i o stokroć przyjemniej. Bo widok twarzy, nawet tych powłóczących nogami i tych umęczonych już mocno przy Wodogrzmotach, napawa mnie ludzką radością. Pewnie z tego powodu, że przez poprzedni dni nie widziałem ich wiele lub wcale :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak sobie myślę, że mimo coraz większego najazdu na Tatry, dobrze jest jak jest. Inne góry są dzięki temu puste. Idąc latem, w słoneczny dzień mokostradą jestem przygotowany psychicznie na morze głów i pewnie dlatego mi ono nie przeszkadza. Co innego jeżeli takie same masy pojawiłyby się w tych słowackich dolinach, w których jak na razie świeci pustkami (a w Zachodnich trochę tego jest). Prawdopodobnie dopiero to skutecznie zniechęciłoby mnie do szlakowych tras w Tatrach. Całe szczęście jedyna rzecz, która mogłaby spowodować napływ mas turystów z Polski to szybszy dojazd w tamte rejony (czytaj: tunel pod Tatrami), co zapewne nigdy nie nastąpi.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dolina Białej Wody we wrześniu zeszłego roku, weekend - cisza i naprawdę święty spokój. Przed nami nikogo, za nami nikogo. Na całym szlaku kilku ludzi spotkanych, wybierających się na Polski Grzebień. My szliśmy tylko do Litworowego Stawu. W drodze powrotnej szlak przeciął nam przecudny ryś, dosłownie kilka metrów przed nami. Cała ta dłuuuga i żmudna droga była warta tej ciszy i takich widoków :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Pierwszy mój wypad w Tatry to Morskie Oko i Dolina Pięciu Stawów. Cudowna wycieczka. Był wrzesień , wyszliśmy o 6 ,nad Morzem dosłownie garstka ludzi cisza i spokój.Jak zaczęło się zagęszczać ruszyliśmy dalej. Na całej drodze mieliśmy godzinkę przewagi nad tłumem. W Piątce luz , nad Siklawą luz, a pogoda jak marzenie. Rok później to samo miejsce, ten sam czas ale z wycieczką, więc wyjście koło 9- KOSZMAR

    OdpowiedzUsuń
  8. Słowacja we wrześniu jest tak samo zapchana jak i Polska - mowa o głównych szlakach Tatr Wysokich. Od dobry kilku lat pomieszkuję w tamtych schroniskach a rezerwację robię styczeń - marzec.
    A co do spokoju - dlatego wybieram schroniska, ze rano i wieczorem jest świetnie gdy turyści z kwater wrócą do siebie.
    pozdrawiam,
    Kościelec w marcu br - tylko 2 osoby spotkane na całym szlaku :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Tak, jak deszczyk pada to... w ubiegłoroczne lipcowe, niedzielne południe (w gazetach tytuły: Tatry zamknięte, Jaskinia Mroźna zalana itp.)byłem w końcu na Giewoncie. Tylko ja, żona i Giewont :) Między Giewontem a schroniskiem na Hali Kondratowej spotkaliśmy na szlaku tylko cztery osoby, z czego trzy w pobliżu hali. :)

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Kilka lat temu, Tatry Słowackie, schronisko na Popradzkim Stawem, środek sezonu, południe. Teoretycznie nie powinno być gdzie szpilki wcisnąć. W praktyce - zaczęło padać. Siedzę więc w schronisku na popasie i czekam na "okno pogodowe" :) obserwując szlak na Osterwę. Ci którzy byli gdzieś na górze co sił w nogach pędzą na dół. Po godzinnej ulewie wyszło piękne słońce. Wyszłam i ja ze swoimi kompanami na Osterwę właśnie. Na szlaku tam i z powrotem spotkane łącznie 4 osoby, a na górze godzina tylko dla siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Po dziewiąte. Jak nie chcesz słuchać przekleństw i pijackich wrzasków unikaj noclegów w schroniskach.

    OdpowiedzUsuń
  12. I można tylko pomarzyć, jak widzieli Tatry ich odkrywcy 100 lat temu. Na szczęście zostawili obrazy.
    https://ocdn.eu/images/pulscms/M2U7MDMsMmU0LDAsMSwx/792f1dbcffb3537875acf740372bc8ac.jpg

    OdpowiedzUsuń
  13. 1. Słowackie Zachodnie - tak, są bardzo puste. Polecam szlak przez Brestową na Siwy Wierch. Może z 5 osób spotkałam, a tak to było tak pusto, że z niepokojem niedźwiedzia wypatrywałam.
    2. Pora dnia - ja mam odwrotny sposób, na szlak wychodzić o 11-12, ale zaznaczam, że bardzo dobrze znam swoją kondycję i wiem, że z reguły osiągam lepsze czasy na szlakach niż podaje mapa, mam wszystko wyliczone tak, że zwykle ciemność wieczorem łapie mnie albo w dolinie, albo tuż przed parkingiem. Tym samym mam zwykle na szczycie raptem kilka osób. Kto nie wie, czy kondycyjnie podoła, oczywiście niech nie ryzykuje, że go noc zastanie na szczycie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram - wyszliśmy z synem na Krywań 12.30 - na szczycie około 17 - od 17.15 sami na szczycie pomimo tłumów na szlaku (lipiec), godzina ciszy,widoków, spokoju przy herbatce - cudownie - pomimo, że do samochodu doszliśmy już po zmroku

      Usuń
  14. Słowackie Zachodnie puściutko, na Otargańcach zero ludzików. Tylko góry i my, a szlak cudowny.

    OdpowiedzUsuń
  15. Już niedługo wakacje, więc na pewno wybiorę się w jakieś mało uczęszczane miejsce ;) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  16. Nasze wakacje w Tatrach zaczynamy od ustawienia budzika w okolicach godziny 6! Barbarzyńska pora ale tylko dzięki temu przeszliśmy np. całą Dolinę Tomanową i pierwszych ludzi spotkaliśmy dopiero na Chudej Przełączce. A Morskie Oko szczególnie blisko weekendu - porażka. Jeśli tam kończymy szlak to asfalt w dół pokonujemy z rekordową prędkością

    OdpowiedzUsuń
  17. 2/3 kwietnia w Chochołowskiej tłumy, a my wybraliśmy się na Kopieniec. Cisza, spokój, kilka osób i... krokusy :)

    OdpowiedzUsuń