niedziela, 29 października 2017

Preikestolen - barierek nie stwierdzono


Preikestolen to nazwa kolejnej norweskiej atrakcji turystycznej, jaką odwiedziłam minionego lata i jednocześnie kolejnego dziwacznego dzieła matki natury. Nazwa nie najłatwiejsza - w czasie przygotowań do wycieczki Bartek najczęściej przekręcał ją na "preistoklen", na co mnie aż coś swędziało w mózgu, bo nienawidzę, jak ktoś notorycznie przekręca nazwy. Tak już mam.
Nie żebym sama od razu to językowe ustrojstwo zdołała zapamiętać. Z początku mówiłam po prostu "pre-cośtam". :) Pre-i-ke-sto-len (sylabami łatwiej, mówię Wam) oznacza ambonę (choć według translatora dopiero wtedy, gdy zabierze się głoskę "i"). To bardzo trafne skojarzenie, myślę, że towarzyszące wielu osobom, które patrzą na tę nietypową skałę, zwłaszcza z dołu - czyli z poziomu wód fiordu. Angielska nazwa tego miejsca to "Pulpit Rock", co... też oznacza ambonę. :)


Tłumaczenie nazwy już nieco rozjaśnia, w temacie tego, czym Preikestolen okaże się w rzeczywistości - zapewne skalną amboną. Ale dla pełni obrazu trzeba jeszcze użyć obowiązkowo któregoś z niniejszych słów: ogromna, imponująca, niesamowita. Bo ta ambona liczy sobie 600 metrów.

Kształt Preikestolen widać najlepiej z boku lub z dołu. Znad wód fiordu, skała ta, choć wciąż wielka i imponująca, ginie jednak nieco wśród reszty oberwanych i wcale nie mniej przytłaczających ścian. Jak dla mnie - wydaje się dość wąska i mała, co nie znaczy że taka jest. Po prostu otoczenie ją trochę przygniata. Ale zamiast patrzeć z oddali, fajniej jest na Preikestolen być, przespacerować się po nim, przybrać jedną z póz, należących do tutejszego kanonu i dać się w niej sfotografować, zajrzeć w przepaść, a może nawet tu zanocować (lunatykowanie niewskazane!). Z bliska Preikestolen jest wielką, prawie płaską platformą, o niemal idealnym kształcie kwadratu, którego boki mierzą 25 metrów, a za nimi świat się nagle urywa, by zacząć się na nowo dopiero kilkaset metrów niżej.

Szlak na Prekestolen (obie nazwy, zarówno ta z "i" w środku, jak i bez, są poprawne) - ten podstawowy - jest krótki i łatwy. To raptem jakieś 2 godziny drogi po niespecjalnie wielkich przewyższeniach, praktycznie pozbawionej trudności. Startuje z Preikestolen Hytte (nie wiem już, skąd mieliśmy tę nazwę, ale zdaje mi się, że funkcjonowała na szlakowskazach, w internecie znalazłam obecnie nazwę "Preikestolen fjellstue"), czyli schroniska, przy którym jest parking (zdaje się, że miejsce to jest nieźle skomunikowane jeśli chodzi o publiczne autobusy, w każdym razie następnego dnia zabierzemy się stamtąd bezpośrednio pod szlak na Trolltungę). Ale my wybieramy inną drogę. Naszą norweską przygodę zaczęliśmy od wejścia na Kjerag, startujemy więc z  Lysebotn, położonego na samiutkim końcu fiordu. Szlak turystyczny biegnie właściwie chyba dookoła całej zatoki, ale oczywiście najwięcej ludzi kręci się wokół głównych atrakcji, czyli zaklinowanego kamienia (Kjeragbolten), no i Preikestolen właśnie. Resztą tutejszych szlaków ktoś chadza, ale to dość pojedyncze przypadki. Postanawiamy wczesać się w szeregi tych ostatnich.

Nieeee, nie idziemy zupełnie naokoło. Podpływamy promem do Bratelli (udało nam się wejść na poranny prom z biletami kupionymi na popołudniowy, yupi!), stąd na Preikestolen będziemy iść jakieś 5-6 godzin. W niemal zupełnej ciszy, wśród zieleni norweskiego lata i szarości skał, po niewiarygodnym błocie i straszeni przez deszcz. No cóż, uroki tutejszego klimatu.

Dobijamy do Bratelli, widać niewiele, ale
poza tym, co widać i tak nic tu nie ma :)
Bratelli to coś tak jakby przystanek promu. Osady tu żadnej nie ma, słowo port brzmi nieco zbyt szumnie, bo to tylko parę metrów kwadratowych betonu i nic więcej. Szlak rusza ewidentnie do góry, oznakowany jest bardzo oszczędnie, przez co już parę kroków od startu zdarza nam się lekko zgubić (nie wchodźcie na mostek). Potem jeszcze ze dwa razy będziemy główkować, gdzie należy iść.

Właśnie zauważyłam, że przystań Bratelli oglądana z góry
wygląda łudząco podobnie do Preikestolen ;)


Podążając za pnącą się w górę ścieżką, szybko nabieramy wysokości. Myślimy sobie nawet - a przynajmniej ja tak sobie myślę, że och jak fajnie, wespniemy się szybko na te kilkaset metrów ponad poziom morza, a potem będziemy przyjemnie spacerować po płaskim. Noooo nieeee, tak to jednak nie będzie. Ale póki co, o tym nie wiem. Wyciskam z siebie siódme poty na stromym podejściu i czekam na widoki, bo od kiedy wleźliśmy w las, niewiele więcej, poza nim samym oglądamy. Choć nie narzekam, bo las to ładny. Zwłaszcza, jak się lubi brzozy. Ja uwielbiam.


Gdzieś po drodze las na chwilę opuszczamy, a mijamy kilka chatek położonych na czymś w rodzaju stromej polany. Nie jestem pewna, ale to chyba były słynne norweskie hytty. Hytte to zazwyczaj niewielki domek, pełniący funkcję samoobsługowego schroniska, za pobyt w którym płaci się online, a klucz do niego dostajemy pocztą. No, nie każde tak działa, ale w dużym uproszczeniu tak to mniej więcej można opowiedzieć. Norwegia to naprawdę otwarty na turystów kraj. Przynajmniej, dopóki turyści zachowują pewne standardy, bo domyślam się, że jak raz czy drugi zrobią w takim domku chryję, to skończy się magia norweskiej turystyki. Za chatkami znów włazimy w las i mozolimy się ku górze. Szlak ogólnie nie sprawia trudności. Naczytałam się w internecie, że ta droga na Pulpit Rock, w odróżnieniu od standardowej, jest naszpikowana trudnościami. Trudność na całej trasie jest cała jedna - przejście po eksponowanych skałkach, ubezpieczone łańcuchem.


Tam faktycznie, kto wrażliwszy, może mieć jakiś problem. Ale to tylko kilka metrów. Inna sprawa to to, że ten szlak jest długi, bo od Bratelli do Preikestolen będziemy iść jakieś 6 godzin (8 kilometrów do skrzyżowania z drugim szlakiem, dalej jeszcze na oko z półtora). No i błoto. Przed błotem ostrzega się powszechnie tych, co idą na Trolltungę, tymczasem błoto na szlaku na Język Trolla, to będzie nic w porównaniu do niewymijalnych błotnistych kałuż, jakie napotykamy tutaj.

Wyłazimy wreszcie z lasu i dane nam jest powędrować trochę skrajem skał fiordu. Są widoki!



No, jeszcze tak zupełnie nie przekonałam się do specyficznego uroku fiordu (pisałam o tym więcej w poście opisującym przygody w drodze na Kjeragbolten), ale zaczęłam się powoli przyzwyczajać do tej dziwacznej jasności i bladości. Przez jakiś czas wędrujemy górą. Szlak wiedzie całkiem nieopodal urwiska, nie jest trudny, ale na pewno trzeba trochę uważać, coby się za bardzo nie zbliżać do krawędzi skał, bo wprawdzie nie urywają się one tu pod takim kątem, jak na Preikestolen, ale polecieć i tak zapewne można.

Lysefiord
A potem przychodzi pora na małe rozczarowanie. Wraz ze szlakiem, zaczynamy pruć w dół. Najpierw tylko trochę, aż w końcu docieramy nad samo lustro wody. Auć. Całe kilkaset metrów przewyższenia będzie trzeba zatem zdobyć jeszcze raz.


Nie ma może co narzekać - przejście tuż nad wodą wspominam jako chyba najładniejszy fragment szlaku, tyle że tu akurat... łapie nas deszcz. Nie wiem, czy to my nie mamy szczęścia na tym wyjeździe, czy po prostu Norwegia jest taka francowata dla wszystkich (przy czym raczej obstawiam to drugie). Straszy nas ten deszcz ciągle, wyjazd upływa nam pod znakiem sprawdzania aktualizacji prognoz i dostosowywania do nich swojej aktywności - co sprawia, że w wakacyjną sielankę wdziera się nerwówka, bo zwykle trzeba gdzieś pędzić, aby zdążyć rozbić namiot przed deszczem, ewentualnie - schować namiot, zanim zacznie padać, tudzież - siedzieć w namiocie, dopóki nie przestanie padać. Ma-sa-kra. O ile ogólnie wspomnienia z Norwegii mam bardzo miłe, to jak sobie przypomnę, ile nam krwi napsuł deszcz... odechciewa mi się kiedykolwiek tam wracać. A generalnie mam marzenie wrócić i zobaczyć Lofoty. Ktoś wie może, kiedy tam nie pada??? Wracając do szlaku, co to nam powrócił na samiuteńki poziom morza - no ładnie tu, nad tą wodą i można by tu siąść, odpocząć, odetchnąć, popatrzeć. Można by, ale... akurat pada! Nie jakoś mocno, ale jednak człowiek woli się raczej ruszać, a nie rozsiadać i moknąć. Lecimy więc dalej.


Mieszkałabym.
Odpoczywałabym.
Co bardzo fajne, od czasu do czasu napotykamy na ślady biwaku. Jakim cudem ślady biwaku mogą być fajne, zapytacie. Po polsku to nam się zaraz kojarzy z górą śmieci. A ja mam na myśli po prostu wygaszone, niewielkie paleniska. Tak, tak, tutaj tak wolno. W Norwegii człowiek to jeszcze nie wróg przyrody, ale jej element, spójny i mile widziany. Toteż biwakować może, gdzie tylko chce. A skoro może, to z tego korzysta. Coraz zresztą tłumniej i tu zaczynają się problemy, bo gdzieniegdzie to biwakowanie zaczyna właśnie odbiegać od pozostawiania po sobie wyłącznie dyskretnych palenisk...

Biwakowałabym. ;)

Zostawiamy wodę i łagodne brzegi nad nią, znów pniemy się do góry pięknym, brzozowym lasem. Nudzi mi się już trochę i chciałabym już dotrzeć do skrzyżowania szlaków - tam, gdzie łączy się nasza ścieżka z tą, która biegnie z Preikestolen Hytte. Tymczasem jeszcze przez jakąś godzinę, dwie, jesteśmy tylko my, las i błoto. Znów trochę żałuję, że nie założyłam stuptutów, a na szlaku już nie chce mi się ich szukać w plecaku. Gimnastykuję się więc, jak tylko mogę, żeby nie nalało mi się w buty od góry. Bo tak, to sobie radzą i raczej nie zamierzają przemoknąć, choć co chwilę są całe oblepione brunatną mazią. Aaa no i Bartek napotyka w lesie najprawdziwszego norweskiego trola. Tak nam się przynajmniej wydaje. Choć kolega trol chyba musiał być niegrzeczny, skoro się zamienił w drzewo. ;)

Chlup, plusk, ćtap.
Trol zaklęty w drzewo. ;)


Po jakichś pięciu godzinach marszu, docieramy do punktu połączenia szlaków. Orientujemy się o tym jeszcze będąc parędziesiąt metrów wcześniej. Słychać ludzi, duuuużo ludzi. Ogólnie, niby wiedziałam, że Prekestolen cieszy się niemałą popularnością (kamień na Kjeragu pewnie też, ale nie o 5 rano w napieprzającym deszczu), ale to jednak był lekki szok. Coś podobnego widziałam chyba tylko na Giewoncie. Tu nie tworzą się kolejki tylko dlatego, że szlak jest szeroki, a sam Pulpit Rock to też potężna platforma, a nie wąski szczyt.


Odpoczywamy, stąd została nam jakaś godzina drogi, akurat wyszło słońce, chwilowo nam się nie spieszy. Trochę martwią nas kończące się zapasy wody - zamierzamy spać na Preikestolen. Na szczęście później okaże się, że na dalszej części szlaku nie zabraknie niewielkich stawów (wodę i tak przepuszczamy przez filtr). Wreszcie ruszamy. Trasa jest całkiem ciekawa, ale nawet nie ma jak zrobić ładnego zdjęcia, bo wszędzie ludziów jak mrówków. Idą tu wszyscy, starzy i młodzi, bardzo starzy i bardzo młodzi, ubrani turystycznie, niekoniecznie w sensie turystyki kwalifikowanej. Nie, nie czepiam się, niechaj sobie idą jak chcą, jedynie zauważam, że ów szlak to takie nasze molo w Sopocie, tyle że trochę wyboiste



Idziemy i my. Po kolejnej godzinie marszu, wyłania się przed nami imponujące urwisko, wraz z mrowiem ludzi, to siadających na jego krawędzi, to kładących się obok, to podskakujących na "trzy-cztery". Nie, tego też się nie czepiam. Sami będziemy się lada moment zachowywać podobnie. ;) Czyż nie po to się tu przede wszystkim przychodzi? ;)

 
Zdążyło się znów zachmurzyć, Ambona wita nas deszczem. Kulimy się przykucnięci przy plecakach, Bartek zerka w internety - popada dwadzieścia minut i przestanie, potem w nocy może trochę kropić, ale bez tragedii, natomiast jutro przed południem jebnie ostro. Czyli wiemy, co mamy robić - jutro przed południem być już w schronisku i tam oczekiwać na autobus na Trolltungę. Robi z nami ta pogoda co tylko chce. Padać istotnie niebawem przestaje. Urządzamy obchód skały, ale zdjęcia odkładamy na później (czytaj: na puściej), siadamy i siedzimy. Zauważamy, że wiele dogodnych miejsc pod namiot jest już zajętych, zajmujemy więc i my, na razie tylko dorodnie rozwalając na upatrzonej miejscówce nasze niemałe plecaki.


Nudno tak siedzieć. Przez chwilę mam pomysł, żeby uwiecznić aparatem katalog najpopularniejszych pozycji do zdjęć na Preikestolen, ale bez przerwy mi ktoś włazi w kadr, co mnie zniechęca. No, to idę na spacer, z którego wracam ponad godzinę później, tak mnie ponosi. Ponad pulpitem ambony jest kolejna skała, na którą ludzie włażą głównie po to, żeby popatrzeć na Preikestolen z góry. Warto się tam wdrapać, bo widok jest rzeczywiście ciekawy i rozleglejszy niż z samego Pulpit Rock.


Skała nad Preikestolen widoczna z oddali.

Na skałę ponad amboną nie wchodzi się bynajmniej na wprost - jest stroma, w większości miejsc za bardzo, żeby tego w ogóle próbować, choć śmiałków nie brakuje. Jeśli patrzysz na nią z przodu - droga jest po prawej stronie, oznaczona tą samą literą "T", co wcześniej. Najpierw pnie się po kamieniach, potem wiedzie płaskim terenem z małym stawkiem, okrąża docelową skałę i wreszcie wskakuje na nią w pełni bezpiecznie. Trochę za krótka to dla mnie wycieczka, gdzieś tam widzę jakąś ścieżkę, ciągnącą się do tyłu, z dala od fiordu, idę nią kawałek, aż do miejsca, gdzie odsłania się widok na morze. Wreszcie obieram za cel wzniesienie, które widać obok Prekestolen. Świetnie się bawię, szukając przejścia na nie (kopczyków jest aż za dużo, niektóre mylą). Docieram do wielkiego kopca, dobrze widocznego z Preikestolen. Stąd mam ciekawy widok na ambonę. Też znany mi już wcześniej ze zdjęć, ale nie tak popularny, jak zdjęcia znad niej. Tu zapuszcza się trochę mniej ludzi.

W oddali widać kopczyk, który obrałam sobie za cel.
Widok na Preikestolen i Lysefiord z okolicznego wzniesienia.
Pulpit Rock widziany z boku - stąd najlepiej widoczne jest pęknięcie w skale,
które podobno może spowodować jej zawalenie się w przyszłości.
To pęknięcie w Preikestolen widać dobrze też gdy się po nim spaceruje - jest na tyle spore, że można niechcący wpaść w nie stopą, gdy się człowiek zagapi. Jest tam od wielu lat, stale obserwowane przez naukowców. Ostatnio podobno nieznacznie się powiększyło. Powodów do paniki w najbliższych latach raczej nie ma, jednak w dalszej przyszłości, jest możliwe oderwanie się olbrzymiej bryły skalnej. Sądzę, że gdy zagrożenie to stanie się realne, Pulpit Rock zostanie zamknięty dla ruchu turystycznego, problem nie leży więc w tym, że wraz ze skałą poleci do fiordu parę dziesiątek ludzi. Smutne natomiast jest to, że tak ciekawa atrakcja może przestać istnieć, a prawdziwie tragiczne byłyby skutki takiego zawalenia - powstała po nim fala, zaleje wiele miejscowości. Na razie jednak to tylko gdybanie.

Z daleka widzę, że Bartek rozstawił namiot. Dzwoniłam do niego wprawdzie i machałam spod kopczyka, ale i od tamtej pory minęło już sporo czasu, wracam więc.

Szczyt skałki nad Prekestolen

Mężczyzna postawił dom ;)

Pomimo niecodziennej wręcz ekspozycji i dość ryzykownych zachowań turystów w jej pobliżu, wypadki na Preikestolen raczej się nie zdarzają. Raz tylko, przed kilkoma laty, grupa straciła z oczu swojego znajomego, ktoś podobno usłyszał krzyk... Efekt był wiadomy. Nie da się chyba spaść stąd i przeżyć. Nieczęsto też Pulpit Rock gości samobójców. Dokładnie, to samobójstwo na Prekestolen do tej pory wydarzyło się jedno, choć podwójne. Obstawiam, że Norwegowie, pomimo całego tego deszczu i chłodu, są jednak szczęśliwym narodem. U nas by pewnie ktoś skakał co miesiąc.

Nie najlepiej się czułam, spacerując po skale, otoczona dziesiątkami innych osób, w większości pochłoniętych albo pozowaniem do zdjęć, albo robieniem ich innym. Myśl o tym, że jedno zachwianie równowagi zbyt blisko krawędzi mogłoby się skończyć kilkusetmetrowym swobodnym lotem, zaakcentowanym nagłym rąbnięciem w kamienne nierówne podłoże, nie była najprzyjemniejsza. Odłożyliśmy zdjęcia na później, nie tylko po to, by nie mieć w tle tłumu, ale też po to, by czuć się swobodniej.

Szamka w oczekiwaniu, aż Pulpit Rock nieco opustoszeje.

Tak całkiem pusto, to się nie zrobiło. Właściwie, to na wieczór dopiero dotarła większość osób, planujących tu nocować. Miejsca na samym Preikestolen były już pozajmowane (tylko pozornie jest on płaski, w rzeczywistości namiot da się rozbić jedynie na paru jego fragmentach), amatorzy wschodu i zachodu słońca oglądanego z jednej z najsłynniejszych skał Norwegii musieli się zadowolić miejscami w tylnych rzędach, gdzieś w okolicy... I może było im tam zresztą o wiele lepiej niż nam, ale o tym później. Gdy skałę opuścili turyści dzienni, zapełniła się ona tymi nocnymi, których wprawdzie było o wiele mniej, ale wcale nie tak mało, jak można by przewidywać.

Teraz, kurde, my! ;)


Shrek ja w dół patrzę! ;)
Na nogach buty Chiruca Tasmania
Przepaść zionąca za każdą z krawędzi skały jest paraliżująca. Nie mam odwagi usiąść na niej i zamerdać w dole nóżkami, jak robi to wielu. Jedynie kładę się na brzuchu i podczołguję do brzegu. To, co widać w dole jest straszne, naprawdę przerażające. Oczywiście wiem, że nie potrzeba aż takich przepaści, żeby było groźnie, ale ta tutaj naprawdę działa na wyobraźnię i wydaje się być wyjęta z jakiegoś mrocznego snu.


Tak oczekiwany zachód słońca, dupy dzisiaj nie urywa. Niebo robi się lekko różowe, a potem po prostu zapada zmrok. No nic, może wschód będzie ciekawszy. Bunkrujemy się w namiocie i próbujemy spać. Próbujemy, bo trójka naszych sąsiadów postanowiła rozpalić nieopodal nas ognisko. Niby nic złego czy dziwnego, wszak tutaj można. Yup, można. Tyle, że w niedalekich okolicach skały roślinność ogranicza się głównie do trawy, ewentualnie pojedynczych, wątłych krzaczków. Coś tam chłopaki nazbierali chrustu, jeszcze zanim się ściemniło, ale nie starczyło im tego na długo. A że noc była chłodna, a panowie spać najwidoczniej nie zamierzali, to bezpardonowo dokładali do ognia wszelkie znalezione na ambonie śmieci. A tego tutaj akurat pod dostatkiem - butelki, opakowania po czipsach, jednorazowe grille i akcesoria do nich. W sumie wszystko da się spalić, zwłaszcza, jak się to poleje benzyną, co sąsiedzi od czasu do czasu czynili. I może by nas to aż tak bardzo nie obchodziło, gdyby wiatr nie wiał akurat w stronę naszego namiotu. Do tego, sąsiedzi nasi rozmawiali sobie zupełnie głośno, a nawet od czasu do czasu głośno popierdywali. I taki to mieliśmy nocleg na łonie natury.

O świcie wypełzliśmy na zewnątrz, ale i wschód nas rozczarował. Znów, po prostu, powoli zrobiło się jasno. Żadnej wyskakującej ponad fiord złotej piłki słońca, żadnych odbierających mowę towarzyszących temu zjawisk, nic z tych rzeczy. Chmury. No cóż, nie utrafiliśmy.


Wracamy do namiotu choć trochę pospać, ale niedługo później zjadamy już śniadanko, zawijamy graty i - w coraz bardziej gęstniejącym tłumie - śmigamy do schroniska. Deszcz trzyma się prognoz i łapie nas na końcówce szlaku. Potem zostaje nam poczekać w schronisku (stąd na szczęście nikt nas nie wygania, w przeciwieństwie do Oygardstol) kilka godzin na autobus, którym przejedziemy trochę na północ kraju, aby stamtąd ruszyć na Trolltungę. Ale to już materiał na kolejną relację. :)

Filmik Bartka:




Wprawdzie wirtualny spacer po Preikestolen to nie to samo, co prawdziwy, ale możecie taki odbyć, dzięki mapom Google o TUTAJ. :)

Po Norwegii dreptałam dzięki wsparciu marki Chiruca (w TYM modelu butów) oraz marki Quechua.




6 komentarzy:

  1. Świetna relacja! ;)
    I przy okazji - świetne wyczucie czasu, dziś właśnie zarezerwowałam bilety do Norwegii na przyszły rok. :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Całkiem zaludniona ta przepaść ;)
    Przepięknie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Magiczny ten wschód słońca ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. ja znam przynajmniej 96 osób które nie lubią brzóz

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetna relacja, wzbudziła wspomnienia...Preikestolen odwiedziliśmy przy okazji objazdówki po południowej Norwegii. W lipcu kilka lat temu...wtedy to dopiero były tłumy...do tego właśnie odbywał się zlot skautów norweskich....Kiedy dotarliśmy do Ambony, Lysefjorden i okoliczności przyrody pokrywała mleczna mgła. I potem zdarzył się cud...mgła poszła w górę...ech te widoki...ech ta Norwegia...
    Problem pękania i odpadania bloków skalnych pojawia się w Norwegii co jakiś czas. Nakręcili też film katastroficzny Bølgen (Fala). Osuwanie się bloków skalnych to naprawdę realne zagrożenie. Np góra Mannen w Romsdalen pęka szybciej niż Preikestolen. (W 2017 przesunęła się o 20 cm). Mieszkańcy doliny znajdującej się u jej stóp byli już kilkakrotnie ewakuowani.
    Pozdrawiam z Gdańska.

    OdpowiedzUsuń