niedziela, 26 sierpnia 2018

Przybyłam, zobaczyłam, spróbowałam - Matterhorn granią Lion (wycof)


Najpiękniejsza góra świata. Nie musisz się ze mną zgadzać, mogą podobać Ci się mniej strzeliste, mniej górsko oczywiste, czy wręcz mniej wyuzdane ;) kształty. Dla mnie Matterhorn jest najpiękniejszy, przez swą samotność, wybitność, jedyność, przez to, że jak poprosisz dziecko, żeby narysowało górę, to masz jakieś siedemdziesiąt procent szans, że będzie ona przypominała właśnie ten szczyt. Już dobrych parę lat temu sprawdzałam w internecie, czy tam da się wejść, nie będąc wspinaczkowym harpaganem. Już od dobrych paru lat wiedziałam, że da się. I od dobrych paru lat gryzłam się w język, żeby nie mówić głośno, że trochę mi się to marzy. Pomysł nie wyszedł więc ode mnie, ja tylko nań przystałam, nie bez strachu, ale i nie bez ekscytacji. Zdradzę od razu zakończenie tej relacji - nie udało się, nie stanęłam na mojej najpiękniejszej górze i okazała się dla mnie na tyle ciężka do zdobycia, że nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze odważę się spróbować. Ale nie mam do niej najmniejszego żalu. Twarda, honorna suka. Lubię takie. ;)


Wybraliśmy podejście od strony włoskiej i grań Lion, pomimo, że jest nieco trudniejsza od Hornli, z przyczyn bardzo pragmatycznych - Szwajcaria jest niesamowicie droga, do tego chodzą pogłoski, że za biwakowanie u stóp Matta grożą tam horrendalne mandaty. To raz, a dwa - korki. Na trudniejszej Liongrat miało być po prostu mniej ludzi (jak było w rzeczywistości... dowiecie się w dalszej części tekstu). Chcieliśmy to ogarnąć na spokojnie, zarezerwowaliśmy sobie na pobyt pod Matterhornem dwa tygodnie, aby w razie potrzeby poczekać na pogodę. Padło zatem na Włochy. Że trudniej? I że to powinno zapalić u mnie lampkę? Ależ nie tak znowu wiele trudniej. Zaledwie jeden stopień różnicy, w porywach do półtora. Tak, trochę się tłumaczę, bo w zalewie pochlebnych (czasem przesadzonych, choć bardzo miłych, dziękuję) komentarzy, trafił się też i taki, że porwałam się na huk wie jak trudną drogę, nie mając żadnego doświadczenia. Otóż to IV, czy nawet miejscami IV+, podawane w opisach, nie było niczym, czego bym dotychczas nie robiła w skałach, czy nawet w Tatrach (również zimą) - tu jako druga na linie, ale na Matterhornie też miałam być druga. Oczywiście do tego miała dojść wysokość i solidna ekspozycja, ale naoglądałam się filmów, zdjęć, relacji i stwierdziłam, że powinnam dać radę. Nie dałam, ale czy nie miałam prawa tego sprawdzić? Pytanie w sumie otwarte, bo nie wiem, może i nie miałam. Tak to w każdym razie z mojej strony wyglądało.

help...?

Lecimy do Mediolanu, a dokładniej Bergamo. Plecaki 90-litrowe spakowane po brzegi, ważą po około 30 kg. Mamy w nich wszystko, co pozwoli nam przetrwać dwa tygodnie - łącznie z jedzeniem, a do tego wyposażenie górskie: zimowe buty, linę, raki, czekany, trochę szpeju.

Górki, tyyyyyle górek!

Nie jestem w stanie podnieść swojego plecaka, każdorazowo pomaga mi w tym Bartek. Po nocy spędzonej na lotnisku i poranku w samolocie, wymiętoleni podróżujemy autobusem do centrum Mediolanu, stamtąd taksówką do innej części miasta - pod Intersport, bo chcemy, ba! musimy kupić gaz do kuchenki. Samolotem nie wolno go przewozić, a pomysł z Intersportem sprawdził się rok temu w Norwegii. Niestety, tym razem przemierzamy sklepowe alejki coraz bardziej przestraszeni. Pani z obsługi potwierdza najgorsze obawy - nie ma. Siadam na plecakach, a Bartek leci z telefonem z włączoną mapą w ręce do drugiego Intersportu. Tam też nie ma. Lokalizuję w pobliżu Decathlon, ale na wyprawę doń już nie mamy czasu - za godzinę autobus do Cervinii, na który już mamy wykupione bilety. Plecaki na grzbiety i przemierzamy pieszo rozpalony słońcem Mediolan w poszukiwaniu przystanku Lampugnano. To był ten czas, gdy w Polsce akurat zaczynała się panoszyć fala tropikalnych upałów - a w Mediolanie było jeszcze trochę cieplej... Ufff! Wreszcie autobus, po drodze jedna przesiadka i oto jesteśmy w Cervinii. Wysiadamy w pobliżu popularnego jeziorka Lago Blu i rozpoczynamy poszukiwania paru metrów kwadratowych na namiot. Nad bajorkiem full ludzi, a nie wiadomo, czy tam wolno, dalej pastwiska z krowimi plackami, wreszcie - a spieszy nam się, bo niebo zasnuwa się ciemną chmurą i coś tam z niej burczy - odnajdujemy jakiś szlak, a przy nim płaski kawałek gruntu. Bach - plecaki zrzucone z pleców wywołują małe trzęsienie ziemi, rozkładamy namiot tuż przed pierwszymi kroplami deszczu. Przez cały dzień zjadłam batona. Teraz otwieram kabanosy - pachną szczęściem. Brak gazu za to pachnie katastrofą...

Widok z włoskiej strony nie jest może aż tak zachwycający, jak z Zermatt, ale i tak robi niemałe wrażenie.
Lago Blu
O świcie wybieramy się nad jeziorko porobić zdjęcia. Namiot musi wyschnąć po nocnych ulewach, więc dosypiamy, a później Bartek udaje się do miasteczka. Sms o treści "mam" oddala ode mnie wizję wpieprzania liofili na sucho, do której już zaczynałam się przyzwyczajać. W ramach śniadania jem zupkę przeznaczoną na wczoraj, zgarniamy klamoty i idziemy do Cervinii, aby kolejką wjechać na Testa Grigia (32 euro w dwie strony). Na miejscu jakiś miły pan (zdaje się, że ważny, bo potem widzimy jego zdjęcie w książce) pozwala nam rozbić namiot. Nie spieszymy się na dół, bo bilet obowiązuje nie tylko dzisiaj.

Plateau Rosa z widokiem na Klein Matterhorn (po lewej) i drogą nań (wzdłuż nartostrady).

Jesteśmy na wysokości prawie 3 i pół tysiąca metrów i, nie powiem, trochę się tego obawiam. W zeszłym roku na identycznym poziomie n.p.m. sapałam przy przekręcaniu się z boku na bok w śpiworze, o mało nie obejrzałam po raz drugi śniadania i ogólnie czułam się z dupy. Czekam więc, aż mnie kopnie, kopnie, a potem sponiewiera, bo przecież musi - zwłaszcza, żeśmy wjechali tu kolejką. A tu psikus - nic się nie dzieje. Bartka trochę boli pod wieczór głowa, ale równie dobrze może to być wywołane nadmiarem słońca, które nie dość, że grzeje jak opętane, to jeszcze odbija się od wszechobecnego śniegu. A mnie nic, ani tyci tyci.


Okolica jest ładna, choć dość mocno uczłowieczona - wszędzie ratraki, trasery, orczyki i inne elementy nartostradowej infrastruktury. Po rozbiciu namiotu wybieramy się na aklimatyzacyjny spacer na Klein Matterhorn. Droga nań wiedzie nijak inaczej, tylko wzdłuż trasy narciarskiej. No widzę, że ludzie chodzą, ale jakoś nie mogę uwierzyć, że nikt się nie spruwa o to chodzenie. A jednak. Jest już popołudnie, lodowiec opustoszał, ratraki pracują, a ich operatorzy cierpliwie zasypują świeżo rozgrzebane buciorami ślady. Najwidoczniej tutaj turyści koegzystują w harmonii z narciarzami i nikomu to nie przeszkadza. Najpierw pozwolono nam rozbić za darmochę namiot tuż przy schronisku, teraz to. Wysokość dała mi w tym roku spokój, za to ta dziwna włoska mentalność przyprawi mnie zaraz o palpitacje serca. ;)

Klein Matterhorn. Kameralnie i uroczo, nieprawdaż? ;)

Spacer zajmuje nam półtorej godzinki pod górę. Bez przygód. Przygody ma za to dzisiaj Rejczel, która najpierw wypadła mi w kolejce, a teraz, wystając z plecaka, bardzo zainteresowała pewnego Włocha. Niespecjalnie mówił po angielsku, więc pokazał na nią, wyciągnął telefon i zaczął wskazywać na berbecia widniejącego na tapecie. Hehe noł łej!



Klein również jest zinfrastrukturyzowany do bólu, więc uroki tej wycieczki są ograniczone, jednakże można się ponapawać szerszymi widokami. Zwłaszcza na pobliski Breithorn, który...

Takie tam z Breithornem.
To też miało być z Breithornem ;)

...Hmm, który mieliśmy w planach zdobyć, potem nie mieliśmy, a potem w końcu żeśmy następnego dnia na niego poszli. Na Breithorn idzie się bowiem po lodowcu. Na Klein Matterhorn niby też, ale tutaj lodowiec jest rozjeżdżony przez ratraki. Dalej - nie jest. Do chodzenia po lodowcu mieliśmy się trochę bardziej przygotować i wziąć trochę więcej sprzętu, ostatecznie - jeszcze na etapie planowania - odpuściliśmy sobie. Bliskość szczytu, jego wysokość (ponad 4100 m n.p.m., a chodziło nam o aklimatyzację) i świadomość, że codziennie maszeruje tam masa ludzi, sprawiły, że skusiliśmy się ostatecznie i my.

Testa Grigia. Nasz namiot to żółta plamka nieopodal zaparkowanego najbardziej po lewej stronie ratraka.

Resztę tego dnia spędzamy leniwie, ale nazajutrz wstajemy wcześnie, coby przyatakować ten Breithorn. Początkowa trasa jest nam już znana - dopiero przy Klein Matterhornie będziemy odbijać na bok. Śnieg po nocy jest zmrożony, chrupie pod rakami, idzie nam się więc przyjemniej i szybciej niż po wczorajszej brei.

Wschód słońca na Testa Grigia.
Matt o poranku jeszcze rozchmurzony, jeszcze przed południem lubią się do niego przyklejać pierwsze chmury.


Po prawej Klein Matterhorn.
Ależ ta góra przyciąga wzrok!
Dochodzimy do miejsca, w którym trzeba opuścić bezpieczną nartostradę i związujemy się tam liną. Robi się też gęsto - na Breithorn idą dziesiątki ludzi.




 Początkowo droga wiedzie przed duże wypłaszczenie. Wydeptana jest elegancko - widać, że co dzień wędrują tędy tłumy. Szczelin nie widać, co oczywiście nie musi znaczyć, że ich tam nie ma, jednak stopień natężenia ruchu podnosi morale.

Takie trochę Bieszczady ;)
Za wypłaszczeniem (które do końca takie płaskie to nie jest, bo trochę męczy) zaczyna się właściwe podejście. Dość męczące, ale nic trudnego w nim nie ma. Jedna szczelina pojawia się w początkowej fazie podejścia, ale łatwo jest ją przekroczyć, dalej nic już nie straszy. Wydeptana ścieżka trawersuje górę w lewo, a potem nagle skręca w prawo, by stamtąd już dość szybko wyprowadzić na szczyt.


Bez problemów - poza tym jednym, że ja idę dość wolno i tym drugim, że ciągle trzeba się wymijać z ludźmi idącymi z góry - docieramy na szczyt. Jest dość pięknie, choć lekko przeszkadza mi, że oprócz Matterhornu, nie mam pojęcia, na co patrzę.

Ciuszki z Decathlonu się testują :)
fot. Bartek

Poza Bartkiem, w jego przypadku akurat wiem, na kogo patrzę. Chociaż tego ponoć nigdy do końca nie wiadomo. ;)


Wejście na Breithorn od startu z Testa Grigia zajmuje nam 4 godziny. Zejście oczywiście o wiele mniej. Choć może z tym "oczywiście" się zagalopowałam, bo na grani Lion zejście zajmie nam niewiele mniej czasu niż wejście, ale to jeszcze przyszłość. Na razie wracamy do namiotu, śpimy w nim kolejną noc, a rankiem zaczynamy się ogarniać do zjazdu na dół. Dalej w planach jest wjazd specjalną taksówką w okolice schroniska Abruzzi. Szlak wiedzie tam wygodny, a my doprawdy nie mielibyśmy nic przeciwko, żeby nim wejść, no tylko że te nasze plecaki... Tu mam dylemat moralny - Breithorn klepnęliśmy tylko aklimatyzacyjnie, więc nie przeszkadzało mi, że na wysokość 3 i pół tysiąca metrów wjechaliśmy kolejką. Natomiast, gdyby tak przyszło nam zdobyć cel główny wycieczki, czyli Matterhorn, to czy wjazd taksą na 2800 nie odebrałby nam przypadkiem odrobiny chwały? Dylemat ów miał się jednak bardzo szybko sam rozwiązać...

Szczeliny obok trasy narciarskiej.
Kolejka na Testa Grigia.
Zjeżdżamy kolejką znów do Cervinii, Bartek idzie dokupić więcej gazu, zaraz wraca, niestety bez zakupu. Zapomnieliśmy, że Włosi fundują sobie we wczesnych godzinach popołudniowych sjestę i zamykają większość sklepów. Czekamy dwie godziny. Okej, gaz jest, to teraz poza zadzwonić po taryfę, która jest w ciul droga, bo kosztuje 100 euro, ale nasze kręgosłupy są tego warte. A tu zonk. Samochód zepsuty, dziś nie przyjedzie, jutro też nie. Idziemy pieszo, stówa zostaje w portfelu, hip hip hur... a nie, właściwie, to nie za bardzo.


Bartek przejmuje ode mnie namiot (w końcu silniejszy) i człapiemy mozolnie pod górę około 5-kilometrowym szlakiem. Bardzo ładnym i w sumie przyjemnym - droga przejezdna dla samochodu - ale tamtego dnia wyklinam go w myślach najokropniej. Zwłaszcza, że piękna pogoda ustępuje chmurze, grzmotom, a w końcu i deszczowi z porywistym wiatrem. Grzebiemy się na tej łatwej i w sumie nie tak długiej ścieżce prawie cztery godziny.





Uratowani!
Na tyłach schroniska, w pewnym oddaleniu, znajdują dwa niewielkie stawy. Biwakowanie nad nimi najwyraźniej nikomu nie przeszkadza - już gdy my tam docieramy, stoją tam dwa namioty, a przez cały nasz pobyt przewinie się tam ich jeszcze kilka. Mam na myśli oczywiście darmowe biwakowanie. Pracownik schroniska życzy nam pięknych widoków i chyba trochę zaklina tym życzeniem rzeczywistość - żadnego z kolejnych dni nie przytrafi nam się tak piękny wieczór, jak ten pierwszy. Dodatkowo urozmaicony wizytą koziorożców, z których zobaczenia bardzo się cieszę.


Matterhorn base camp ;)
Breithorn i Klein Matterhorn w świetle zachodzącego słońca.


Od tego momentu zaczyna się nasze przekomarzanie z pogodą. Kolejnego dnia nie ruszamy na górę, bo chcemy zrobić resta. Tymczasem może nie byłoby to znowu takie głupie właśnie wtedy ruszyć. No, ale słowo się rzekło, w niedzielę restujemy. Na kolejne dni na szczycie zapowiadane są opady śniegu, w które bardzo, ale to bardzo nie chcielibyśmy się wstrzelić. Czasu mamy dużo, więc zobaczywszy w prognozie sobotę całą w słoneczkach, będziemy czekać na nią z uporem. No, niezupełnie, bo w poniedziałek przejdziemy się do Carrela, ale o tym zaraz. Na razie mamy niedzielę i odkrywamy uroki życia u stóp Matterhornu, które na razie rzeczywiście są urokami - potem nam się zdążą jeszcze pińcet razy znudzić. Filtrujemy wodę - miła odmiana od gotowania śniegu, włóczymy się po dolince, Bartek ze znalezionych w okolicy desek buduje ławki i stół, zbieramy też drewienka na ognisko - nie ma tu wprawdzie roślinności, która dawałaby drewno, ale tu i ówdzie porozsiewane są strzępy wspomnianych już desek niewiadomego pochodzenia. Ja kąpię się w stawie, który okazuje się być tak płytki, że jak próbowałam w nim pływać, to podrapałam nogi o kamienie. Po południu w pobliżu rozbrzmiewa język polski, na parę dni mamy więc towarzystwo :).

Pozdro \m/ !
Tuż obok nas wiedzie dalsza droga do schroniska Carrel i tym samym na szczyt.
Kurczak curry z Aptonii naprawdę niezły.
Biwak i ognicho - najlepiej!
Wypoczęci, w poniedziałek postanawiamy ruszyć tyłki na tak zwany spacer, a mianowicie przejść się do Carrela. Carrel to schronisko, położone właściwie już na grani, bardzo wysoko, bo na wysokości ok. 3800 m n.p.m. Większość osób korzysta z noclegu tam przed atakiem szczytowym. My dziś chcemy tam zajrzeć tak po prostu rekonesansowo - zobaczyć, czy rzeczywiście na łóżkach są koce, czy kuchenki gazowe naprawdę działają, czy jest śnieg do stopienia. Nastawiamy się na taką tam wyrypkę. Wprawdzie mamy do pokonania tysiąc metrów przewyższenia, ale idziemy "tylko" do schroniska. No cóż, niezupełnie tak to będzie wyglądało.


Ruszamy początkowo bardzo łatwą i wyraźnie wykopczykowaną ścieżką. Po około 40 minutach docieramy do kominka, a za nim już zaczyna się dość typowy scrambling. Tu kopczyków mniej, choć się zdarzają. Zamiast nich za punkty orientacyjne służą... kolejne tabliczki poświęcone ofiarom góry. Niestety, kilka ich tu jest.


Mijana po drodze kapliczka poświęcona Carrelowi - pierwszemu zdobywcy grani Lion,
który przegrał wyścig o Matterhorn z Whymperem o 3 dni.

W dole schronisko Abruzzi i nasz namiocik.
Po dłuższym czasie pięcia się w górę, docieramy do miejsca, z którego sama intuicja każe kierować się na przełęcz Col du Lion. W innym wypadku, wyszlibyśmy ponad przełęcz, a w tym rozwiązaniu coś nie gra. Rozglądamy się i znajdujemy ślady na stromych płatach śniegu. Przydają się raki - wprawdzie płatów jest kilka, a pomiędzy nimi nagie skały, więc jest to niewygodne, ale wydaje się być konieczne. Docieramy na przełęcz, która nie byłaby przełęczą, gdyby na niej nie pizgało. Czas mamy niezły - jakieś 3 godziny, a do schroniska Carrel pozostało nam tylko trochę ponad 200 metrów w pionie, jakieś 800 zatem za (czy raczej pod) nami. Tu niestety czasoprzestrzeń się załamuje i dalsza droga zajmuje nam prawie drugie tyle czasu.


Początkowo idziemy jeszcze łatwą, choć prowadzącą bardzo kruchym terenem, ścieżką. Po jakimś czasie znosi nas ona mocno w lewo, gdzie na pokonanie czekają strome skałki o trudności na oko jedynkowo-dwójkowej. Tu jeszcze nie wyciągamy liny. Dalej jest przejście po dość płaskich, stromych płytach, w którym pomagają zamocowane na stałe... hmmm poręczówki? Muszę przyznać, że trochę inaczej je sobie wyobrażałam. Są mega grube, to chyba liny okrętowe, nie ma mowy o wpięciu w nie małpy (nie posiadam, tak tylko gdybam). Dla moich dłoni bardzo niewygodne w uchwycie, choć facet mógłby mieć na ten temat inne zdanie. Przechodzimy ten kawałek i docieramy do kominka, w którym również wisi sznur, ale poza tym brak jest chwytów czy dobrych stopni, Bartek się wciągnął, ja ni cholery.


W tym momencie lina idzie w użycie i przydaje się nam już do samego schronu. Dalej znów fragmenty ze sznurem, trochę bardziej strome iiiiii stajemy pod ścianą. Dosłownie pionową ścianą, wysoką na jakieś, nie wiem, może 10 metrów. W butach wspinaczkowych i bez balastu może by to człowiek jakoś przewspinał, wiszący grubaśny sznur sugeruje jednak inny sposób dostania się na górę. Asekuruję Bartka z dołu, potem on mnie z góry. O ile jemu wejście poszło w miarę sprawnie, o tyle ja tam walczę ze wszystkich sił. Nie umiem piąć się w górę tak nienaturalnie odchylona do tyłu, zwłaszcza, że lina asekurująca mnie ciągnie mnie do przodu. Wreszcie jakoś się wciągam. Stąd jeszcze tylko kawalątek, ostatnie przejście po stromych płytach, zakręt i widać schronisko.


Stroma ściana na podejściu do Carrela - zdjęcie pochodzi z książki
"Cervinio. La gran becca" L. Perren, która leżała w schronisku Abruzzi
Podejście do schroniska.
Schronisko Carrel.
A więc przyszliśmy. Koce są, kuchenki działają, śnieg do topienia jakiś się znajdzie (w kuchni stoi wielki gar do wspólnego topienia śniegu), trzeba było zaufać internetom. Biorąc pod uwagę, ile czasu zajęło nam dowleczenie się tutaj, trochę bez sensu, żeśmy tu przyszli, zwłaszcza, że teraz korci, żeby tu zostać. Ale to odpada - nie mamy ze sobą wszystkiego, co potrzebne nam do ataku. Będzie trzeba zejść i wejść tu za parę dni jeszcze raz.

Inna sprawa, że dzięki tej wycieczce zobaczyliśmy mniej więcej, z czym to się wszystko je i jak dla mnie była to pewna nowość. Może stwierdzenie, że podejście do Carrela mnie przestraszyło, byłoby stwierdzeniem na wyrost, ale na pewno dało mi do myślenia. Nagromadzenie trudności było na ostatnim odcinku naprawdę spore, a czas zaczynał na nich naprawdę dziwnie szybko lecieć. Nie ma co liczyć na to, że dalej będzie łatwiej. Chciałabym móc powiedzieć, że cóż, phi, tego właśnie się spodziewałam, ale prawda jest taka, że spodziewałam się, iż trudne, strome i wymagające asekuracji odcinki będą poprzeplatane łatwiejszymi i bezpieczniejszymi trochę częściej, niż to okazało się mieć miejsce w rzeczywistości. Oczywiście, to jeszcze zależy, co kto uważa za trudny i wymagający asekuracji odcinek, bo jakiś Niemiec wbiegł po tym sznurze na pionowej ściance jakby nigdy nic (większość osób używała tam jednak liny, choćby na wszelki wypadek). Dodatkowym problemem jest też rzecz jasna fakt, że te trudniejsze, wymagające asekuracji miejsca się korkują.

Zjazdy z Carrela.
Trawers z przełęczy.
Schodzimy ku przełęczy w bardzo sympatycznej atmosferze, bo dwóch Czechów i Litwin zaproponowali nam związanie lin, żeby zjazdy były dłuższe. Trwa to jednak tyle, ile trwać musi. Dalsze zejście idzie już płynniej, choć fragmenty tak sprawnie pokonywane w górę, w dół pokazują pazur i wymuszają czujność, coby się nie poturlać, bo jest się gdzie rozpędzić. Wracamy do namiotu, całkiem zmęczeni jak na taki tam spacer i rozeznanie.


Mamy jednak kiedy odpocząć, bo zakochaliśmy się w tej sobotniej prognozie i następne wyjście do Carrela planujemy dopiero na piątek. Przed nami zatem trzy dni przymusowego siedzenia w namiocie, gdy pada i przymusowego siedzenia poza namiotem, kiedy grzeje słońce, palenia ognisk i smażenia w nich kabanosów, chodzenia na (drogie, ale ojtam) piwo do schroniska i innych okołobiwakowych czynności. Słowem: trzy dni nudy, za którą jednak trochę tęskni się w domu.


Matt świeżo posypany śniegiem.


Dla mnie te trzy dni to też czas na zmierzenie się z górą w swojej głowie. Już wiem, że będzie trudniej niż przypuszczałam. I chyba też groźniej. Wizja radosnego zdjęcia na szczycie coraz bardziej się oddala, ale z drugiej strony... hej, czy po to to wszystko, żeby zrobić fajne zdjęcie? Niby nie, ale tu pojawia się nowe pytanie - a zatem po co to wszystko? Robiłam różne rzeczy w Tatrach, czasem lekko szalone, ale nigdy nie czułam na karku takiego podmuchu ryzyka jak tutaj. Ledwie trzy tygodnie wcześniej zleciała z grani para wspinaczy, a dwa tygodnie temu - Polak zginął już na zejściu z Carrela. No tak, w Tatrach też ludzie giną, więc nie wiem, w czym problem. A jednak w czymś mam problem. Układam to sobie ostatecznie w głowie tak, że chcę spróbować. Ale zamierzam wrócić, wrócić na sto procent i tego przede wszystkim się trzymać.


Przełęcz Col du Lion i podejście do schroniska Carrel.
W piątek rano ruszamy znaną nam już drogą do Carrela. Poprzednio szłam z małym plecaczkiem, teraz biorę wielki. Nie mam w nim wielu rzeczy, choć muszę przyznać, że zupełnie niepotrzebnie niosę śpiwór (bałam się, że koc to będzie za mało dla takiego zmarźlucha jak ja). Dość szybko okazuje się, że nie tylko my czaimy się na sobotnią pogodę - po drodze wymijają bądź doganiają nas różne grupy i na ostatnim podejściu, tym z trudnościami, robi się oczywiście korek. A mój plecak, choć w sumie nie tak ciężki, staje się dla mnie przeszkodą w pokonaniu pionowego odcinka. Wreszcie Bartek wciąga go na linie, a ja wdrapuję się na lekko. Docieramy do Carrela późno, dwóch Polaków poznanych wczoraj w Abruzzi trzyma nam łóżka.


To zdjęcie z następnego dnia. W piątek wieczorem tak luźno nie było.
Carrel to schronisko samoobsługowe. Opłatę za nocleg (20 euro) zbiera co wieczór przewodnik (jednocześnie informując, że przewodnicy z klientami mają pierwszeństwo na grani i trzeba ich przepuszczać), a jeśli go akurat nie ma, to zostawia się ją w skrzynce. Około 50 łóżek rozmieszczonych jest tuż obok siebie na trzech poziomach - tak, może się zdarzyć, że obudzisz się dotykając obcej osoby. Po podłodze walają się opakowania po liofach i inne śmieci, ale nie ma co narzekać. Jak na taką wysokość, spanie jest naprawdę całkiem komfortowe. Wizyta w wychodku za to, jak łatwo się domyślić, należy do niezapomnianych przeżyć, bynajmniej nie ze względu na widoki.

W schronie dziś armagedon. Łóżka zajęte co do jednego, część ludzi śpi na podłodze w kuchni. Nie ma wątpliwości, że na drodze będzie tłok.



Zmęczona zasypiam bez problemów i bez nerwów. Po prostu spróbujemy, na spokojnie, będziemy się asekurować. Na szczyt raczej nie dojdziemy - mam świadomość, że nasze, a właściwie moje tempo jest za wolne, że jak zaczniemy się asekurować wszędzie, to nie starczy nam czasu. Do tego dochodzą opowieści tych, co próbowali podobno wczoraj - świeży śnieg, liny (te niby poręczówki) poprzymarzane do skał, spity pod lodem itp., no nie wygląda to optymistycznie.

Mieliśmy wstać trochę później, ale ogólny ruch obudził Bartka i ten z kolei zrywa mnie z łóżka niedługo po trzeciej. Około czwartej już ruszamy - ja z małym plecakiem, do którego udało mi się spakować najpotrzebniejsze rzeczy. Jest oczywiście ciemno, kolejne światełka opuszczają schronisko i kierują się ku strzelistym skałom. Ledwo odeszliśmy parę kroków od budynku, wyprzedzająca nas Japonka chyba zaplątała się w naszą linę, w każdym razie straciła równowagę i zaczęła... po prostu spadać. Szczęśliwie było to naprawdę parę metrów od schronu i na odcinku tym rozpięty był stalowy drut, na którym się zatrzymała. Co nie przeszkodziło moim nogom się rozdygotać na dobrych parę minut.

Już w pobliżu schroniska czeka nas pionowe podejście z łańcuchem, a dalej wcale nie jest łatwiej. Asekurujemy się przez prawie cały czas i to nas spowalnia, co inne - idące związane liną, ale nie asekurujące się w wielu miejscach zespoły wykorzystują do wyprzedzania nas. Ogólnie ten początkowy kawałek to istny koszmar. Daleko mi do czytania biblii, ale poszczególne kawałki pamiętam z dzieciństwa i to, co się tu dzieje, przywodzi mi na myśl Wieżę Babel. Wreszcie, kto nas miał wyprzedzić, ten chyba już to zrobił, możemy spokojnie iść swoim tempem. W międzyczasie świta. Trudności występują właściwie bezustannie - nie te największe, bo nie przez cały czas wspinamy się, ale teren nawet na moment nie robi się łatwy i bezpieczny. Pod nogami półtorakilometrowa lufa, działająca chcąc nie chcąc na wyobraźnię. A nawet nie jesteśmy jeszcze na grani - początkowo droga obchodzi ją bokiem. Niestety, mało mam zdjęć z wyjścia, jeśli akurat nie miałam rąk zajętych asekurowaniem, to pomagałam sobie nimi we wchodzeniu. Coś tam jednak udało mi się uwiecznić:





Tu muszę jasno zaznaczyć - to ja potrzebuję asekuracji cały czas, to moja psycha nie godzi się na odstępstwo od tej umowy, a zatem to z mojego powodu wolno idziemy. Trochę mi z tym ciężko, przecież nie chcę spowalniać Bartka i odbierać nam szansy na zdobycie szczytu. Trochę zazdroszczę tym, co na pewniaka zasuwają do góry, nie bacząc ani trochę na to, że jak jednemu się choćby omsknie noga to polecą obydwaj. A najbardziej zazdroszczę klientom przewodników, którzy czują się bezpiecznie, nie mając świadomości, że to, że przewodnik stoi i trzyma linę, to gówno, a nie asekuracja. Ale tu jeszcze się nie obsrywam, z liną idzie mi się dobrze, choć powoli. Niedługo przed wyjściem na grań wyłania się szczyt i nie wydaje się być jakoś strasznie daleko. Wraca mi nawet odrobina nadziei, że może nań wejdziemy. Już w okolicach grani zastaje nas zima - lodowaty wiatr sieka policzki drobinkami lodu. Na skałach tu i ówdzie oblodzenia, choć nie jest tak źle, jak opowiadano w Carrelu, ale raki i tak warto założyć.


Przed nami podejście na Pic Tyndall, prawie całe w śniegu. Właściwie, to już w tym miejscu rozmawiamy o tym, że na szczyt nie idziemy - jest za późno, jakoś koło 12-tej. Ale Bartek chciałby wejść na Tyndall. Ok, no to chodźmy. I tu niestety psycha siada mi zupełnie - podejście jest strome, a śnieg płytki, pod górę to jeszcze jakoś idzie, ale już wyobrażam sobie schodzenie i mina mi zdecydowanie rzednie. Zwykle w górach jest tak, że spodziewamy się, że schodzenie danym terenem będzie ciężkie, a potem okazuje się, że jakoś poszło i nie było tak źle. Nie tym razem, nie dla mnie. Docieramy na Pic Tyndall, a właściwie prawie docieramy, bo ja odpuszczam sobie gramolenie się na ostatnią górkę kamieni, na którą wchodzi tylko Bartek. Wolę w tym czasie odpocząć przed zejściem.

Po lewej szczyt Matterhornu, zdjęcie bez zoomu - tyle zabrakło.

Bo schodzimy, nieodwołalnie. Ustaliliśmy to już wcześniej, a ja w tej chwili żałuję, że w ogóle wlazłam na Tyndall i nie mam najmniejszej ochoty iść dalej. Marzę o zakopaniu się pod kocem w schronie i tęsknie spoglądam na żółty punkcik w dolinie, który prawie cały czas mam tu w zasięgu wzroku. Zejście z Tyndalla jest dla mnie prawdziwą próbą nerwów. Niby nic się złego nie dzieje, ale trochę zbyt mocno wchodzi mi wyobrażanie sobie, co by było, gdyby... gdyby noga wyjechała, jak to się zdarza w śniegu, a czekan nie znalazłby oparcia w tak cienkiej jego warstwie, zgrzytnąłby tylko po skałach i... brrr. Oj tak, zdecydowanie siadła mi psycha.

A tu na zoomie.
Dalsze zejście jest już spokojniejsze - jest o co zaczepić linę. Schodząc i zakładając kolejne zjazdy, powoli opuszczamy grań i drogę w ogóle.

I to właściwie koniec historii. W Carrelu odpoczywamy, dopiero następnego dnia schodzimy do namiotu, a kolejnego - do Cervinii, gdzie przydarzają nam się luksusy spania w hotelu i jedzenia prawdziwej włoskiej pizzy. Kolejną noc spędzamy na lotnisku.

No cóż, nie będzie to we wspomnieniach mój ulubiony wyjazd. Natrafiłam na swój limit i przez moment było to naprawdę przykre doświadczenie. Pomimo to, jak wspomniałam na początku, nie mam o to żalu czy pretensji do góry - ta nadal jest dla mnie piękna i fascynująca. Nie jestem jednak pewna, czy dla mnie są takie wyzwania. Nawet nie dlatego, że są za trudne (ostatecznie umiejętności można zawsze podnieść), ale dlatego, że trochę gubię w nich swoje odczuwanie gór. Nie odnalazłam pod Matterhornem tego, co tak wiele razy, na o wiele banalniejszych górkach, udawało mi się odnaleźć w Tatrach. Dlatego dziękuję za wszystkie zapewnienia, że góra postoi i poczeka... ale nie wiem, czy kiedykolwiek nabiorę odwagi i chęci by na nią wrócić.

Oczywiście wszystkie opisane tu przeżycia są moimi subiektywnymi odczuciami. Większości atakujących szczyt jednak się to udaje. Zwykle wystarczy iść pewniej i szybciej, więc jeśli czujesz się wystarczająco mocny, aby poznać się bliżej z granią Lion, to niekoniecznie musisz się zniechęcać moimi doświadczeniami. :)

Górę próbowałam zdobyć ubrana w ciuchy z Decathlonu - dziękuję za wsparcie, udzielone jeszcze przed Kazbekiem.


:)
fot. Bartek

I filmik też zmontowany przez Bartka:



35 komentarzy:

  1. Jakoś tak mi się smutno zrobiło czytając ten wpis. Ale zawsze, każde doświadczenie jest cenne Czy to że względu na wspomniana, na aspekt fizyczny, czy też psychiczny - już miałaś dość a jednak zeszłas. Ja nie mam zielonego pojęcia o czym tak naprawdę piszesz. Nie wiem nawet jak technicznie wygląda taka asekuracja. (chętnie się dowiem) Nigdy nie wiązałam się liną. Ale dzięki twoim opisom czuję się jakbym była tam z wami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Asekuracja na sztywno polega na tym że jedna osoba stoi na dole (zwykle przy jakimś stanowisku) i asekuruje drugą, ta druga natomiast osadza przeloty (lub wpina się do gotowych przelotów) wyżej. W razie odpadnięcia prowadzący zawiśnie na przelocie, ewentualnie gdyby wyrwał przeloty, to na stanowisku (długi lot, ale lepsze to niż lot do podstawy ściany). Potem prowadzący zakłada na górze stanowisko i "ściąga" do siebie tego z dołu. Asekuracja lotna - zespół porusza się jednocześnie, osadzając przeloty i wpinając w nie linę. No i jest jeszcze tzw. "dwójka samobójka" czyli zespół idzie związany liną, nie osadzając żadnych przelotów - jedna osoba może w razie czego próbować wyłapać drugą, ale w praktyce to bardzo trudne, więc i niebezpieczne, właściwie to żadna asekuracja, nawet gorzej niż żadna bo jakby co, lecą dwie osoby zamiast jednej. Stosuje się to głównie na łatwiejszych odcinkach, kiedy po prostu nie ma sensu odwiązywać się z liny. Tego właśnie chciałam uniknąć, dlatego zajęło nam to tyle czasu.

      Usuń
    2. ja wiem że nie ma nic śmiesznego w wypadkach, ale "dwojka samobojka" rozłożyła mnie na łopatki :D

      Usuń
  2. Hmm, albo jakiś podwyższony poziom lęku (wracają wspomnienia chwil, gdy byłaś bliska śmierci w Tatrach, na Krywaniu, na Krzyżnem). Albo... czujesz, że zbliża się zadanie ważniejsze niż bieganie po szczytach. Oboje jesteście tacy piękni i radości. Czy nie czas już... przekazać to dalej? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Błagam, nie byłam bliska śmierci na Krywaniu. A odpowiedź na pytanie brzmi nie.

      Usuń
    2. A może czas już przestać bredzić Fil Gor?

      Usuń
    3. Fil Gor ostatnimi trzema zdaniami rozłożył mnie na łopatki :D

      Usuń
  3. To takie troche uczucie złości na samego siebie, jeśli dobrze rozumiem. Myślę, że to kwestia podniesienia wydolnosci, moze miałaś czasowy spadek formy? Ja tak mam gdy przez jakis czas nakłada sie na siebie wysiłek w krótkim czasie i wtedy juz wiem ze morale bedzie niższe i zmęczenie szybciej da się we znaki. Pomimo, że innego dnia po dobrym reście mogę dany dystans przefrunąć z usmiechem na ustach. Słyszałem, że Matt to perfidna kupa kamieni która się sypie chcąc pozabijać wspinaczy i wielu doświadczonych czasem odpuszcza bo danego dnia im górka nie siądzie. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam w niezłej formie, poprzedni tydzień sporo się ruszaliśmy, w chwili ataku szczytowego na pewno miałam lepszą kondycję, niż w chwili wyjazdu z domu. Natomiast spowalniały mnie pionowe odcinki, gdzie trzeba się było wciągnąć, ale to nie było duże spowolnienie. Przede wszystkim chodziło o asekurację - tam gdzie inne zespoły biegły bez niej, my asekurowaliśmy się na sztywno, a to niestety zajmuje multum czasu.

      Usuń
  4. Myślę, że najwięcej żałowałabyś, gdybyś nigdy nie spróbowała. Każde doświadczenie jest cenne, będzie, co wspominać :)
    Pozdrawiam!
    Ania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najwięcej to bym żałowała, gdybym spadła :), a tak ogólnie to racja. :)

      Usuń
  5. Kurcze szkoda. Oczywiście ekspozycja jest do piku ale będąc na Tyndallu największe trudności techniczne mieliście za sobą.
    Nadmierna asekuracja liną tamże paradoksalnie bywa niebezpieczne bowiem takich często dopada noc.
    Pogodę trafiliście zacną ale na takiej górze liczy się jeszcze warun! Przy dobrym na pik wychodzisz bez użycia raków i czekana (robi to południowa wystawa grani)
    Ale fajna wyprawa, przepiękne miejsce na ziemi. Mam również specyficzne wspomnienia z Cervino. Zapewniam Cię, że nie pozostawi cię w spokoju latami.
    Wrócisz tam myślę. Podszkol się w podciąganiu na drążku. Tam to ma znaczenie.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że nie wiedziałam wtedy, że główne trudności za nami, bo parłabym dalej, a ze względu na późną porę niekoniecznie byłby to dobry pomysł... No niestety, trafiliśmy na czas, kiedy trochę w górze przyprószyło, być może bez śniegu to ostatnie podejście na Tyndall by mnie tak nie przeraziło. Ale teraz już nie ma co gdybać. :)

      Usuń
  6. Masz rację, pewny krok w trudnym terenie to podstawa. Moim zdaniem odpowiedni but, odzież i dodatki to nie wszystko. Mnie (nie polecam) w wyrobieniu czucia pomaga chodzenie po śliskich kamieniach których nie widzę znajdujących się przy tamach nad rzeką, schodzenie nocą po schodach bez zapalonego światła czy przemieszczanie się do środkiem chodnika podczas gołoledzi. Jedni nazywają to szukaniem guza, inni traktują jako dobrą zabawę. A tak nawiasem gór polecam kajaczki i mocne, zwałkowe rzeczki, pełne powalonych drzew, kamieni, bystrz jak Studnica, Grabowa czy Kamienica na których brak zasięgu, bankomatu i ratunku oraz co najważniejsze ludzi.

    Pozdrawiam, wariat spływowo-górski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba jednak pozostanę przy górach :)

      Usuń
  7. Super!!! Dziwisz się że czekaliśmy na relację? Zaryzykuję tezę, że większość Twoich czytaczy to zwykli co najwyżej tatrzańscy górołazi, nie mamy odwagi i samozaparcia żeby się wybrać gdzieś dalej, wyżej i trochę poza granice strefy komfortu. Ty to robisz, my kibicujemy, oglądamy piękne zdjęcia i czytamy świetne relacje, w których właśnie fajnie udaje Ci się oddać to co siedzi w głowie.
    No i właśnie, to co w głowie - podoba mi się u Ciebie zdrowe podejście do tematu. Odnoszę to do "wyczynów" himalaistów, którzy dla sławy i wpisów na Wikipedii pchają się śmierci pod kosę, narażając siebie, swoje ekipy, ratowników i swoje rodziny na nieodwracalnie straty, wszystko to za pieniądze sponsorów i podlane sosem z czystego egoizmu.
    U Ciebie jest odwrotnie - skromnie, ze świadomością swoich ograniczeń, ze świadomością ryzyka, które ponosisz. A najbardziej w tym wszystkim boli Cię, że przez Ciebie na szczyt nie wszedł Bartek :)

    Gratuluję wyprawy, gratuluję mądrości i zazdroszczę tego zdjęcia z chmura śniegu pomiędzy szczytami, doskonały kadr!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Szacun, dziewczyno... z Tatr przenieśc się na Matta? Ja na orlą iść "nie mogę" a raczej nie próbuję, bo boje się paniki, choc tak kocham góry, to jednak to przerażenie w głowie że "nie wiem czego chwycić albo jak" a na dole lufa, nie pozwala mi iść cięższymi szlakami.... może kiedyś z czasem to zwyciężę. Ale o Mattcie nie myślę, hihi. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele osób na Matta przenosi się prosto z Tatr :). Powodzenia w przełamywaniu barier!

      Usuń
  9. Góra z dzieciństwa – tak o niej mawiam, bo [tak jak sama wspomniałaś] zawsze w takim kształcie rysowałam góry. I wyklejając plasteliną właśnie ją, tą konkretną, wygrałam w podstawówce konkurs plastyczny. :)

    Ja bym jednak postawiła na wejście od szwajcarskiej strony i to nawet biorąc pod uwagę mały budżet. Biwakować tam można, nawet są do tego wyznaczone miejsca. (przy Hörnlihütte)
    Przy innych schroniskach czy hotelach, lepiej pytać obsługę o pozwoleństwo (nie słyszałam, by ktoś kiedyś miał z tym problemy, Szwajcarzy są przyjaźnie nastawieni).

    Wielki szacun za odważną próbę, mimo wszystko. Najważniejsze, że wróciłaś, bo ilu upartych już na wieki tam zostało...
    Moje gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie podobno przy Hornlihutte już nie wolno biwakować. Oczywiście nie wiem na 100 % bo nie byłam, ale takie słuchy chodzą. Tak, czy owak, tam też raczej nie jest za specjalnie łatwo.

      Dzięki :)

      Usuń
  10. tak z ciekawości, jaki był koszt tej wyprawy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie liczyłam dokładnie ale w dwóch tysiącach się zamknął.

      Usuń
    2. Decyzja o odwrocie wydaje się trafna zważywszy że ponoć od Tyndalla do celu jest jeszcze 3 h i tyle samo z powrotem. To podobnie jak z Kozich Czub na Kozi Wierch blisko ale na skrzydłach. Swego czasu powiedziałem nigdy szlakom Zawrat – Kozi Wierch, Rohaczom oraz Przełęcz Smutna – Banówka a zrobiłem to mając 50-tkę na karku bo dojrzałem góry podobnie jak ty z opóźnieniem ale nieco dłuższym około 40-tki, także slangowo nie wymiękaj. Należy docenić fakt o którym niektórzy zapominają że Radom i okolice (moje strony) to nie Kraków, Wrocław czy pogórze skąd można z powodzeniem organizować weekendowe wypady w dni wolne od pracy. Pozdrawiam.

      Usuń
  11. SUPER SUOER JA MÓJ MĄŻ I 3 DZIECI ŚLEDZIMY TWÓJ BLOG I DZIĘKI NIEMU ZDOBYLIŚMY TROCHĘ W TATRACH WIESZ PISAŁAŚ ŻE NIE CZYTASZ BIBLI SZKODA ZACHĘCAM NIE MA TO JAK WIEDZIEĆ ŻE TEN WSPANIAŁY BÓG MÓJ BÓG JTORY MBIE KOCHA TAK BARDZO ŻE SWOJE ŻYCIE ZA MNIE DAŁ STWORZYŁ TO DLA MNIE ABYM GO WIELBILA BO GÓRY SĄ CUDOWNE CUDOWNE DOBRZE ŻE JESTEM JUŻ PO 50 BO BYM POSZŁA NA TEN SZCZYT JESTEŚ SUPER DZIĘKI ZA BLOG I ZACHĘCAM CZYTAJ NOWY TESTAMENT JEZUS CIĘ KOCHA POZDRAWIAM

    OdpowiedzUsuń
  12. Jezusie, jak ja się z Tobą utożsamiam ! Tak niewielu potrafi się przyznać, że czasami coś w tych pięknych górach nie wyjdzie. Szacun. Super się to wszystko czyta. Trzymam kciuki za następne przedsięwzięcia i dołączam do grona patronów :)

    OdpowiedzUsuń
  13. "Zdradzę od razu zakończenie tej relacji - nie udało się, nie stanęłam na mojej najpiękniejszej górze i okazała się dla mnie na tyle ciężka do zdobycia, że nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze odważę się spróbować." - dla każdego kto ogrania temat i widzi jakie są twoje dokonania górskie i kondycja było oczywiste że NIE WEJDZIESZ. Tylko nie dla ciebie... Wybacz, ale tak naprawdę to ty zajmujesz się tylko medialną stroną waszych wycieczek. Szkoda tylko że zgrywasz się na eksperta, a wiele osób ci wierzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to ten rodzaj zawiści, gdy inni ludzie spełniają marzenia, a Ty tylko siedzisz i oglądasz ich dokonania przez ekran? przykre, bardzo przykre ;) na szczęście są jeszcze ludzie na tym świecie, którzy nie zwracają uwagi na anonimowych ekspertów i chcą realizować swoje marzenia, mimo że mogą być one ciężkie i kosztować wiele wysiłku. chciała? spróbowała, miała do tego prawo.
      a poza tym ja śledzę Gosię od długiego czasu, zainspirowała mnie do wielu rzeczy, dzięki niej np. podjęłam wyzwanie, by miesiąc w miesiąc witać w górach, choć mam do nich kawałek i na dodatek jeszcze nie pracuję, więc też fundusze są ograniczone. moim zdaniem jej dokonania są godne podziwu, motywujące, a jednocześnie nie takie, o których ja czy inni nie mogą kiedyś zacząć śnic ;) dzięki niej wiemy, co nas może zaskoczyć, czekać w wielu miejscach, więc rozeznajemy jak daleko możemy się posunąć.
      jej kondycji chyba nie znasz, chyba że może spędzasz z nią każdą wolną chwilę i wiesz, czy biega, czy tylko leży i ogląda seriale.
      tak samo nie sądzę, żeby Ruda zgrywała się na ekspertkę - dzieli się w fajny sposób z innymi tym, co kocha, i co dzięki niej mogą pokochać inni ludzie. albo chociaż zobaczyć gdy już zdrowie im na to nie pozwala.
      pozdrawiam i życzę mniej jadu w codziennym życiu :)

      Usuń
  14. weszlas, nie weszlas, nie ma znaczenia. zeszlas cala i zdrowa. i przez ladnych pare dni bylas w fantastycznym terenie, mialas przed oczami niewiarygodnie piekne widoki. zdjecia pokazuja, ze bylo oblednie. moim zdaniem, nie masz czego zalowac. fantastyczna wyprawa.

    OdpowiedzUsuń
  15. Zajebisty wpis. A już się bałem że po typach turystów tatrzańskich będzie tylko gorzej. Na szczęście nie, ufff, co za ulga. Robisz robotę Dziewczyno, keep on truckin`!!!!

    OdpowiedzUsuń
  16. Hej!
    Dzięki za ten wpis! Świetny tekst i fajne zdjęcia! Bardzo przyjemnie się czytało przy kawie w przerwie w pracy. Ta góra chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu i przyjdzie moment, że też spróbuję się z nią zmierzyć. Wejście na szczyt to oczywiście cel i sukces wyprawy choć samo doświadczenie próby wejścia jest na pewno wielkim przeżyciem. Nigdy nie byłem w górach większych od tatr natomiast kluczem do zdobywania wierzchołków takich jak Matt jest wyłączenie myślenia, skupienie się na wspinaniu, zwyczajnie dobre umiejętności poruszania się ze skałą w rękach i czucie pewności swoich ruchów. Pozdrawiam serdecznie i gratuluje!

    OdpowiedzUsuń
  17. 'Dla mnie Matterhorn jest najpiękniejszy, przez swą samotność, wybitność, jedyność, przez to, że jak poprosisz dziecko, żeby narysowało górę, to masz jakieś siedemdziesiąt procent szans, że będzie ona przypominała właśnie ten szczyt.' - a jednak góra, którą masz w logo bardziej przypomina Watzmann'a niż Mata :) Jak zwykle fajnie się czytało; mam nadzieję że pojawi się kiedyś na blogu trochę więcej Alp, ale niekoniecznie z tych najpopularniejszych i masowo odwiedzanych regionów.

    OdpowiedzUsuń
  18. Ciekawy wpis :)
    Lubię Cię czytać.

    PS. Czuję podskórnie, że Gaston Rebuffat był czytany ;)

    Z góralskim pozdrowieniem, hej!

    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. odnośnie P.S.... pierwsze słyszę, znaczy pierwsze czytam... nie znam naprawdę :)

      Usuń
    2. Pomyślałam o Rebuffacie, bo w bardzo podobny sposób pisał o tym, jak wygląda Matterhorn: "Ten wierzchołek, jak żaden inny, zasługuje na nazwę idealnego szczytu; jest taki, jakim go sobie wyobrażają dzieci, które nigdy nie widziały żadnego górskiego wierzchołka". :) Jestem świeżo po lekturze książki "Gwiazdy i burze", którą upolowałam w antykwariacie i mi się skojarzyło z tym, kiedy czytałam Ciebie :) Polecam książkę!

      PS. W dalszym ciągu zachwycam się Twoim blogiem!

      Pozdrawiam!
      Ania

      Usuń
  19. Rewelacyjna relacja, szalenie ciekawa, byłaś tam żeby tam BYĆ a nie tylko zdobyć :)

    OdpowiedzUsuń