poniedziałek, 22 stycznia 2018

Trolltunga trochę na farcie

Dla mnie wyjazd do Norwegii bez zaliczenia tego punktu średnio by się liczył. Pierwszym, co w ogóle przyszło mi na myśl w temacie norweskiego trekkingu, był właśnie Język Trolla, czyli podłużna półka skalna, wysunięta ponad toń górskiego jeziora. No... tak naprawdę wysunięta jest ona nad kupę kamieni, a jezioro jest trochę dalej, ale na zdjęciach tego nie widać. Zresztą, mniejsza o to. Po prostu, skoro leciałam do Norwegii, to bardzo chciałam zobaczyć Trolltungę.

Zaczęliśmy jednak od innych punktów programu. Doleciawszy do Stavanger, udaliśmy się na plażę w Soli, by tam spędzić pierwszy, leniwy dzień, a następnie promem dostaliśmy się do Lysebotn, skąd wyruszyliśmy na pełną przygód (i trochę też grozy) wycieczkę na Kjeragbolten. Później przemieściliśmy się do Bratelli i stamtąd wyruszyliśmy na Preikestolen. Po nocy spędzonej na Ambonie, uciekliśmy przed deszczem do schroniska i czekaliśmy tam na autobus, który miał nas zawieźć właśnie w okolice Trolltungi.

Język Trolla zostawiliśmy sobie na koniec, bo był po prostu najdalej od naszego lotniska. Chcieliśmy najpierw wyrobić się z pozostałymi atrakcjami i zobaczyć, ile zostanie nam czasu - i czy będzie go wystarczająco dużo, żeby przemieścić się w okolice Oddy, zaliczyć szlak i wrócić. Czasu, jak się okazało, mieliśmy aż nadto. Planowana podróż miała nadszarpnąć mocno nasze portfele - około dwustukilometrowy przejazd kosztował 695 NOK (czyli ponad 300 zł) za osobę, ale co tam... Być w Norwegii i nie stanąć na trolim jęzorze? Noł łej!

A zatem autobus. Wygodna linia łączy dwa cieszące się niezwykłą popularnością punkty - czyli schronisko w okolicach Preikestolen z miejscowością położoną w pobliżu szlaku na Trolltungę. Aczkolwiek nie jeździ zbyt często - my na nasz autobus czekaliśmy kilka godzin i nie wiem, czy to przypadkiem nie był jedyny tego dnia (dziś już tego po prostu nie pamiętam). Jedziemy wygodnym wehikułem, trochę odsypiamy kiepską noc na Pulpit Rock, trochę podziwiamy Norwegię, a to drugie zwłaszcza w tych momentach, gdy za oknem wyrasta nam, zaraz przy szosie, wodospad na oko ze dwa i pół raza większy niż Siklawa. Pod wieczór jesteśmy w Tyssedall. Czyli w sumie trochę w ciemnej dupie.

Miasteczko jest opustoszałe, świeżo po deszczu. Właściwy szlak na Trolltungę nie startuje bynajmniej stąd, ale ze Skjeggedal, czyli miejsca położonego kilka kilometrów dalej. Zaczynamy się kręcić po okolicy, przez chwilę rozważamy spanie pod jakimś daszkiem - teren jest zabudowany, więc namiotu tu raczej nie rozstawimy, ale może jakbyśmy się gdzieś przytknęli w śpiworkach na parę godzin, to nikt by nie marudził. W końcu jednak ruszamy pod górkę asfaltem ku Skjeggedal, rozpaczliwie łapiąc stopa, coby nas noc nie zastała na szosie. Któryś z kolei samochód zatrzymuje się. Kierowca jest niezwykle życzliwy, po drodze zbiera jeszcze czwórkę pasażerów, z czego trójkę wiezie na naczepie i zagaja, że może nas zawieźć dalej (i wyżej) niż do Skjeggedal. Kiedyś początkiem szlaku na Trolltungę były schody, ponoć strome, mordercze i wydające się nie mieć końca (znaleźć je można w starszych relacjach w internecie). Obecnie schody są już nieczynne i częściowo nie istnieją, bo wytyczono tamtędy serpentyniasty asfalt. Nowy szlak wiedzie przez las, no ale jest też ten asfalt, pozwalający oszczędzić sobie kilkuset metrów przewyższenia, a jakichś czterech kilometrów podejścia. Nie wjedzie tam każdy, bo parking mieści bodajże tylko 30 samochodów i nie jest tani.


Dawne schody, dziś nieczynne i przecięte wielokrotnie wstęgą asfaltu.
Zdjęcie z telefonu, zrobione już po zejściu.
No ale pan kierowca tłumaczy nam, że on tam może wjechać za darmo i zawsze (zdaje mi się, że ma tam domek). A my dzisiaj możemy wjechać razem z nim. Uffffff... Mało tego, że wywiózł nas najwyżej jak się dało, to jeszcze poprowadził kawałek, wytłumaczył, że tu, wśród domków biwakować nie wolno, ale jak odejdziemy paręset metrów, to już spokojnie możemy się rozbijać. Biorąc pod uwagę, że akurat zaczynało kropić - facet oddał nam niemałą przysługę całą tą podwózką.


W dobrych dla odmiany humorach (wysiadając w Tyssedall i orientując się w naszym położeniu, nie byłam zbyt przyjaźnie nastawiona do świata) bierzemy się za ustawianie namiotu na torfowisku. I idziemy w kimę. Nie na długo jednak, bo jutrzejszy dzień ma być pogodny tylko do popołudnia, a zatem znowu czeka nas dezercja.

Jak no camping, to no camping. Idziemy wyżej.
Ekwipunek biwakowy towarzyszący mi w Norwegii: śpiwór - TEST i materac - TEST

Zrywamy się bladym świtem, pakujemy na lekko, namiot zostaje. Mamy oczywiście pewne obawy przed takim rozwiązaniem, no ale tak będzie wygodniej, a przede wszystkim szybciej, a to dla nas szczególnie ważne. Jeśli zamarudzimy na szlaku zbyt długo, niechybnie zmokniemy.


Trolltunga to niesamowicie popularne miejsce - w pogodny dzień szlakiem wędrują tysiące osób, a żeby móc sobie zrobić w odosobnieniu zdjęcie na słynnej skałce, trzeba ustawić się w kolejce i odczekać swoje. Czasem nawet dwie godziny. Preikestolen czy Kjeragbolten, które odwiedziliśmy w poprzednich dniach, też nie należą do odludzi i pewnie ruch jest tam podobny. To, co różni od siebie te miejsca, to długość szlaków. Na Kjerag, z Oygardstolen, gdzie da się jeszcze dojechać samochodem, a więc skąd rusza większość turystów, idzie się jedynie półtorej godzinki, w porywach do dwóch. Na Preikestolen ze schroniska - tyle samo (my szliśmy innym, o wiele dłuższym szlakiem). Dojście na Trolltungę z ostatniego parkingu wymaga 8-kilometrowego marszu (nam zajęło to 3 godziny). Nie wszyscy jednak docierają na ów parking. Samochodów mieści się tam 30, na dole jest szlaban, który otwiera się tylko wtedy, gdy zwolni się jakieś miejsce. Miejsce warte 500 NOK (czyli ok. 250 zł). Zdaje mi się, że gdzieś widziałam informację o kursującym tamtędy autobusie, ale nie mogę teraz tego potwierdzić. W każdym razie, kto nie dotrze na parking na czterech kółkach, ten musi na własnych nogach, a to oznacza dodatkowe 4 kilometry (cały szlak wydłuża się zatem do 12, co w obie strony daje 24) i kilkaset metrów przewyższenia - najgorszego na całej trasie, dalej jest już dreptanie po pofalowanym terenie.

Z tego względu, można gdzieniegdzie natrafić na ostrzeżenia przed tym szlakiem. To ze zdjęcia wisi na przystanku autobusowym w miejscowości Odda:



Wystosowanie tego typu ostrzeżeń zapewne nie wzięło się znikąd. Można się domyślać, że wielu ludzi pragnących stanąć na krawędzi wysuniętej nad przepaścią skały, wyrusza na tę wycieczkę jak na spacer. A to jednak kawał drogi do pokonania, zwłaszcza, jeśli jej start przypada w Skjeggedal, a nie kilkaset  metrów wyżej, czyli na parkingu kończącym niedawno wylany asfalt. Można się też domyślać, że spora część tych ludzi nie chodzi po górach, nie ma doświadczenia, ani kondycji, po prostu chce zobaczyć Język Trolla i z tego powodu wyrusza na swój pierwszy trekking w życiu. Stąd te, wydawałoby się że wręcz dziecinne, ostrzeżenia: weź zapas wody, trochę ubrań, latarkę. No i ten ostatni punkt: to, że jesteś zmęczony, nie znaczy jeszcze, że potrzebujesz pomocy.

Natomiast historie o tym, że szlak na Trolltungę jest szlakiem trudnym są już wyssane z palca. Albo rozpowszechniane przez osoby, dla których długi = trudny. Szlak jest banalny, nie ma ani jednego fragmentu, który by wymagał użycia rąk dla zachowania równowagi, czy wykonywania jakichkolwiek wspinaczkowych wygibasów. Ekspozycji też brak na całej trasie. Wyjątkiem jest sama skała, będąca celem szlaku, czyli Język Trolla - zejście na nią jest lekko czujne (ale nie trudne), a tytułowa skałka, no cóż, wisi w powietrzu, więc lufa być musi.

Wyruszamy bardzo wczesnym rankiem, aby przed popołudniowym deszczem być już na dole. Idziemy bez ciężkich plecaków, a zatem szybko, przy czym ja nie aż tak szybko jak Bartek, więc na dłuższy czas tracę go z oczu. Szlak o tej porze jest jeszcze prawie zupełnie pusty, za towarzystwo robi cisza i kolejne mijane oznakowania, dotyczące liczby pozostałych kilometrów.

Nie ma co się śmiać, w nocy naprawdę będzie ciemno.
Teren jest łagodny, pozbawiony trudności. Ładnie tu - gdzieniegdzie jakiś stawek, w oddali górskie, ośnieżone szczyty, potem zaczyna odsłaniać się jezioro (Trolltunga leży nad jeziorem, nie nad fiordem).


Przygotowując się do tego szlaku, sporo naczytałam się o błocie. W sumie to chyba głównie ze względu na to trolltungowe błoto, wzięliśmy ze sobą do Norwegii stuptuty. Tymczasem, woda wlała mi się do butów przez nasiąknięte skarpetki, gdy zdobywałam w deszczu Kjerag, a wychodząc w środku nocy z namiotu, nie pomyślałam o stuptutach; w drodze na Preikestolen wymijaliśmy z trudem ogromniaste błotne kałuże, tutaj natomiast... Przemaszerowałam cały szlak w suchuteńkich, nieskalanych choć kropelką błota stuptutach. To nie znaczy, że błota tam nie ma. Jest, ale leżą na nim drewniane kładki, pozwalające przejść suchą nogą. (Oczywiście mówię o środku lata - my byliśmy
 pod koniec lipca, wiosną to może wyglądać inaczej.)

Błotko i kładka nad błotkiem.
Biwaczek (nie nasz) w pięknych okolicznościach przyrody
Na całej trasie rozstawione są słupki z tabliczkami, co kilometr informujące, ile drogi zostało jeszcze do celu. Schronisk czy innych bufetów tam nie ma, natomiast w mniej więcej równej odległości od siebie, stoją przy szlaku trzy niewielkie chatki - "rescue cabin". Nie zaglądałam, więc nie bardzo wiem, co może się w nich znajdować.

Rescue cabin.

No i tak sobie idziemy, Bartek gdzieś z przodu, ja obstawiam tyły, zatrzymując się co jakiś czas na zdjęcia. Wreszcie mijam ostatnią tabliczkę - tę informującą, że został kilometr. I niby idę coraz czujniej, kiedy rejestruję girami kilkusetmetrową odległość od znaku, coby nie przegapić celu. Niby... ale i tak przegapiam. Do skałki odbija się w prawo, a ja wyprułam na wprost, bo szlak się tam wcale nie kończył, a i żaden znak nie informował, że należy skręcić. No nic, trochę się nadreptałam i przy okazji zobaczyłam (na szczęście z daleka), jak pan w wychodku bez drzwi robi kupę. Wiem, że nie chcieliście tego wiedzieć, ale ja też nie chciałam tego widzieć.

Wróciłam się te jakieś 200 metrów, które się zagalopowałam za daleko, a potem już kierowałam się za ludzkim gwarem. Bo choć ruszyliśmy o świcie, to zdaje się, że nie byliśmy pierwsi, a poza tym, dookoła poustawianych było mnóstwo namiotów, z których również pewnie turyści wyskoczyli w miarę wcześnie, póki jeszcze można było dopchać się na skałkę, bez tracenia połowy dnia w kolejce.

Domyślam się, że jakby mi się bardzo chciało, to bym znalazła ich na Youtubie, bo kręcili filmik dronem ;)
Sama skała to, rzecz jasna, fajne i nietypowe miejsce, na pewno warte zobaczenia. Wrażenie spacerowania po niej też jest ciekawe i dosyć emocjonujące. Problemem jest tłum. Żeby móc się w pełni nacieszyć obecnością tutaj, najlepiej chyba byłoby rozbić się z namiotem w okolicy i bladym świtem być już na Języku. Z tym że pewnie i tak co dzień kilka osób wpada na ten pomysł. ;) A w ciągu dnia... wygląda to po prostu tak, że włazisz na skałę, znajomy cyka ci kilka ujęć, potem szybka wymiana i to by było na tyle. Bo czekają następni, wieeeelu następnych. Jak już wspomniałam - ruszyliśmy na szlak zaraz po wschodzie słońca, a w okolicach skałki zastaliśmy już lekki i gęstniejący z każdą minutą tłumek.


Zamieszczane w internecie zdjęcia z tego miejsca często sprawiają wrażenie, że Trolltunga jest zawieszona nad taflą jeziora. Istotnie, gdzieś tam w dole, pluszcze sobie urocze górskie bajorko, ale sam Język Trolla wystaje ponad kamienistym zboczem. Gdyby komuś zdarzyło się z niego spaść, lot ten niestety nie skończy się w wodzie (co z tak wysoka i tak mogłoby mieć przykre skutki). Czy to się zdarza często? Dotychczas zdarzyło się raz. O jeden raz oczywiście za dużo, ale to i tak niewiele, biorąc pod uwagę specyfikę miejsca i natężenie w nim ruchu turystycznego.


Troll miał nas na końcu języka ;)
fot. Bartek
Skałka jest dość szeroka, upadek z niej raczej nie grozi, ale świadomość bycia otoczonym przez śmiertelnie niebezpieczną przepaść, z nieomal każdej strony, robi pewne wrażenie, a ostrożność tak czy owak zachować warto. Trolltunga to jednak takie miejsce, w które przychodzi się głównie po to, żeby zrobić sobie spektakularne (i generujące milion lajków) pamiątkowe zdjęcie, stąd normą tam są zachowania takie jak podskakiwanie, stawanie na rękach, czy też...


...pozowanie nago ;). Co do siadania na krańcu platformy, to jest to moim skromnym zdaniem dużo bezpieczniejsze (a na pewno psychicznie lżejsze) niż na Preikestolen. Trolltunga jest bowiem lekko zadarta do góry, siedząc więc na niej z dyndającymi nóżkami, trzeba się mocno wychylić, żeby spojrzeć w przepaść, a jeszcze mocniej, żeby spaść. Wystarczy więc tego nie robić i wszystko powinno być dobrze ;). Ja sobie w każdym razie usiadłam.

Dla takich fotek przyjeżdża się do Norwegii ;)

Bartek w kolejce do sesji zdjęciowej
No i to by było na tyle, wracamy. Krótka to była dla nas wycieczka, z jednej strony satysfakcjonująca, bo w ogóle udało nam się tutaj dotrzeć, z drugiej pozostawiająca pewien niedosyt, bo aż chciałoby się posiedzieć dłużej w tej okolicy. Niestety, tego lata to pogoda rozdaje w Norwegii karty, a siedzieć tu w strugach deszczu to nam się akurat nie chce.


Droga z namiotu na Trolltungę (niecałe 8 km) zajęła nam około 3 godziny. Powrót trwa praktycznie tyle samo. Po złożeniu namiotu i spakowaniu się, czeka nas jeszcze zejście do Skjeggedal, które zajmie kolejne 2 godziny. Mieliśmy zamiar schodzić szosą, ale jakoś tak zaplątaliśmy się pomiędzy domkami i trafiliśmy w końcu na szlak prowadzący przez las - a wytyczony dopiero kilka lat temu i zbudowany podobno przez Szerpów. Nie jest to szlak wygodny - jest stromy i wiedzie w dużej mierze po wystających spod ziemi korzeniach drzew.

Ostatnie wypłaszczenie przed ostrym zejściem do Skjeggedal.
To tutaj dzień wcześniej podrzucił nas pan z samochodem.

Nóżki mnie bolą

Po zejściu do Skjeggedal, udało nam się złapać stopa do Oddy, skąd autobusem z przesiadką wróciliśmy do Stavanger. Na tamtejszym polu namiotowym (niedrogo!) spędziliśmy ostatnie dwa dni norweskich wakacji. Prognozy pogody nie zawiodły - dzień po ucieczce z Trolltungi burze z oberwaniem chmury przetaczały się przez niebo co jakąś godzinę i nawet próba wyjścia do sklepu zakończyła się bardzo szybko i bardzo mokro. Udało nam się jeszcze zwiedzić Stavanger i spędzić ostatni wieczór na tej samej plaży, na której nocowaliśmy zaraz po przylocie.

Filmik Bartka z Trolltungi:



Po Norwegii dreptałam w butach Chiruca :)


http://chiruca.pl/


5 komentarzy:

  1. nie mogę wyjść z podziwu, że Ty tam usiadłaś! tak samo jak i nad tym, że na Preikestolen ludzie nie boją się dyndać nogami nad tą przepaścią...
    a co do posta to super, wpisałam sobie Norwegię jako cel na ten lub przyszły wakacyjny odpoczynek :p

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziewiąte zdjęcie od dołu - to z "Króla lwa"? A gdzie mały Simba? :D

    Jak patrzę na te tereny, przypomina mi się szwajcarski Grimselpass :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zazdroszczę widoków i podziwiam :) Zdjęcia z tego miejsca są piękne, ale informacja o tym, że trzeba odstać w kolejce żeby zejść na język trochę zasmuca. Taka presja czasu: "szybciej bo 50 innych za tobą chce zrobić to samo".

    OdpowiedzUsuń
  4. W jakim miesiącu byliście w Norwegii? :)
    Jeju, tak milo przeczytać Twoją relacje i powspominać naszą wędrówkę na język trolla... :) My byliśmy w sierpniu 2014. Już po sezonie ;) spaliśmy wszędzie w namiocie i przemieszczaliśmy się stopem, więc nie wyszlo tragicznie drogo... ;)

    http://fotografia-prania.blogspot.com/2014/09/zyjac-w-zachwycie-tym-wstrzasajacym.html?m=0

    OdpowiedzUsuń