poniedziałek, 11 listopada 2019

Kazbek, czyli o rzeczach wielkich

Fot. Aga Wielińska
Tym razem przylatuję do Gruzji na kilka dni przed rozpoczęciem właściwej wyprawy, chcąc się lepiej niż ostatnio (link do relacji sprzed dwóch lat TUTAJ) zaaklimatyzować. Pierwszego dnia, który i tak w większości przesypiam, odpoczywając po nocnym locie, Kazbek chowa się w chmurach. Ale już następnego ukazuje się w pełnej okazałości, rozpogodzony, majestatyczny, ogromny, piękny i cokolwiek straszny. Patrzę na ten absurdalnie wielki masyw, wyrastający tuż ponad maleńką mieściną i próbuję odgadnąć swój los. Czy tym razem wejdę? Co mówisz do mnie, góro? Czy będziesz dla mnie łaskawa? To pozostanie jednak zagadką nieomalże do ostatnich chwil, ostatnich kroków wzwyż.




To było trudne - tu wrócić. Nie logistycznie, nie organizacyjnie, bo czekało na mnie zaproszenie od Ewy, która prowadzi agencję Mountain Freaks, jedyny koszt, jaki poniosłam, to kupno biletów na samolot, a czasu akurat miałam w bród. Było trudne psychicznie, bo na długo przed tym, zanim wysiadłam na lotnisku w Tbilisi, musiałam przetrawić swoją ewentualną porażkę. Kolejną porażkę. Zmierzyć się z czymś po raz pierwszy i nie dać rady - normalna sprawa. Ale gdyby miało nie wyjść po raz drugi, bolałoby zapewne bardziej. A przecież mogłoby nie wyjść, z miliona różnych przyczyn: ponownego ataku wysokościówki, mojej nienajlepszej kondycji (na którą oczywiście mam wpływ, ale miękka buła ze mnie i tyle), pogody, konieczności odwrotu całego zespołu na linie i tak dalej. Czułam, że nie mogę tam pojechać niegotowa na wszelkie możliwe scenariusze tego typu, bo jeśli się nie uda, to będę przeżywać to zbyt mocno. A zatem przetrawiłam ten swój ponowny wycof jeszcze w Polsce, na długo przed podróżą, wyobraziłam go sobie na różne sposoby, przebolałam i zaakceptowałam. Potem już mogłam ruszać.

Jednocześnie pakowałam plecak z nadzieją na pomyślność. Ale przede wszystkim, chciałam zmierzyć się z tą górą raz jeszcze, prawdopodobnie ostatni. I, tak po prostu - przeżyć przygodę, doświadczyć czegoś, czego się na co dzień nie doświadcza, czerpać z tego czasu, spędzonego w Gruzji, jak najwięcej.

Pierwszy dzień w Kazbegi, jak już wspomniałam, upływa mi sennie, ale już następnego rano ruszam do Juty, by wejść na przełęcz Chaukhi (w biurze agencji śmieją się, że trzeba mieć chorobę gardła, żeby poprawnie wymówić tę nazwę). Do miejsca wyjścia dojeżdżam busem agencji, który codziennie rano zawozi tam turystów. Jestem nadprogramowym pasażerem, więc siedzę na śpiworach upchniętych pomiędzy siedzeniami. Juta nazywana jest gruzińskimi Dolomitami i prawdopodobnie zasługuje na to miano - choć w Dolomitach (jeszcze!) nie byłam, ale jakoś faktycznie kojarzą mi się z tym miejscem. W Jucie jest iście cudnie. Na tyle, że stworzę o niej osobny post, żeby tutaj nie wrzucać wszystkich zdjęć stamtąd.




Przełęcz Chaukhi znajduje się na wysokości 3338 m n.p.m. i idę tam głównie po to, by zdobyć aklimatyzację, ale przy okazji napawam się widokami i przeżyciami. Ewa każe mi iść jak najwyżej - jak zdążę, to na samą przełęcz, jak nie - to tyle, ile mi się uda. Muszę wyrobić się na wieczornego busa do Kazbegi, w mojej głowie przez cały dzień tyka więc zegar, a wewnętrzny kalkulator oblicza, ile czasu będę potrzebowała na zejście. Z tychże operacji wynika, że spokojnie, z zapasem zdążę zejść na busa, dobijam więc do celu. I tylko sąsiadująca z przełęczą grań korci mnie bardzo, ale na nią się już, ze względu na oszczędność czasu, nie porywam.

A oto i on - Kazbek.
Tego dnia z gór schodzi grupa Mountain Freaks, która, nota bene, w pełnym składzie zdobyła szczyt, w przeciwieństwie do poprzedniej, która z racji kiepskiej pogody musiała obejść się smakiem. Dzięki zaproszeniu Ewy, wbijam się na ich pożegnalną kolację (wbija też Łukasz Supergan, którego wreszcie mam okazję poznać osobiście!). Wino popijam skromnie, gdyż nazajutrz zamierzam przejść się do bazy, ale rodzi się we mnie postanowienie, by na pożegnalnej kolacji mojej grupy, pardon my french, schlać się w cztery dupy. Jeśli wejdę - to z radości. Jeśli nie, to... kurde, tylko nie ze smutku! Tak po prostu. Obietnica grubej imprezy po zejściu w doliny, dana samej sobie, działa w pewien sposób motywująco. ;)

Tymczasem następnego dzionka planuję dotrzeć do Stacji Meteo, inaczej zwanej Bethlemi Hut, czyli bazy pod Kazbekiem. Oczywiście będę tam wchodzić też później, razem z resztą grupy, ale na razie idę sama, nasiąkać wysokością. Poza aklimatyzacyjnymi, to wyjście ma też walory zdjęciowe - trzaskam je dziesiątkami, bo warun dopisuje, co niestety nie powtórzy się w czasie wyjścia grupowego.




Szlak już znam, drogi się nie obawiam, jedynie lodowiec mnie zatrzymuje - tam Ewa poleca mi podczepić się pod jakąś grupkę, ewentualnie ruszyć pomiędzy idącymi grupami, tak, żeby ktoś mnie widział. Odcinek lodowca na dojściu do bazy jest raczej bezpieczny, większość zespołów (w tym te idące z Mountain Freaks) nie związuje się tam jeszcze liną. Ale to jednak lodowiec, więc dobrze by było, gdyby ktoś miał szansę zauważyć moje ewentualne zniknięcie. O tej porze, o której docieram pod brudny, błotnisty jęzor lodu, nikogo tam nie ma. Dzwonię więc do Ewy, pytając, czy może ktoś z Meteo mógłby chociaż zerknąć na mnie przez lornetkę. Ewa wysyła po mnie ze Stacji Mishkę, przewodnika, który tempo ma takie, że długo na niego czekać nie muszę. Przechodzę więc przez lodowiec pod opieką Mishki, na lekko, bo ten wspaniałomyślnie bierze mój plecak, choć protestuję, bo nie taszczę tam wiele - śpiwór i reszta cięższych gratów, których i tak jest mało, bo idę ostatecznie tylko na jedną noc, pojechały na koniu (przed czym też protestowałam, ale w końcu pozwoliłam o siebie zadbać ;) ). Mishka chyba lubi sobie pogadać, niestety nie zna angielskiego, ja nie znam rosyjskiego, hiszpańskiego, w którym również próbuje zagajać, niestety też nie. Ja nie rozumiem, o co pyta, on nie rozumie, co odpowiadam, ale jest sympatycznie. Jedyne, co udaje mi się w pełni skumać, to pochwała, że szybko i dobrze idę. Jak miło. :)

Lodowiec Gergeti
Pod eskortą Mishki dobijam do bazy, gdzie, poza zorganizowaniem sobie ciepłego papu, nie robię tego dnia już nic konkretnego. No dobrze, coś robię - robię zdjęcia, bo warun do nich się utrzymuje. I tak sobie myślę, że nawet jeśli nie wejdę na szczyt, to już i tak warto było przyjechać - przed dwoma laty nie miałam takich widoków, jak dziś.

Szlak do Stacji Meteo nie jest trudny, jedynym niebezpieczeństwem na nim jest wspomniany lodowiec. Wielu turystów dociera do niego i stamtąd zawraca, jeszcze więcej - odwiedza tylko przełęcz Arsha, z której rozpościera się piękny widok na wiadomą górę. Jeżeli więc trafisz kiedyś do Stepancmindy (pomimo oficjalnej zmiany nazwy wciąż nazywanej powszechnie Kazbegi) i będziesz się zastanawiał nad wyborem trasy na spacer, to śmiało możesz przejść się początkowym szlakiem na Kazbek.

Przełęcz Arsha...

I widok na Kazbek z niej...
W niewielkiej odległości od przełęczy (w stronę Stacji Meteo) znajduje się schronisko Atli Hut. To nowy obiekt, gdy byłam tam przed dwoma laty jeszcze go nie uświadczyłam. Stoi w miejscu zwanym Saberdze (Sabertse), gdzie grupy idące na pięciotysięcznik robią pierwszy, aklimatyzacyjny biwak. Z zewnątrz prosty, niepozorny, choć i niebrzydki, w środku naprawdę klimatyczny (zajrzę tam dopiero za drugim razem na szlaku do Stacji, już z grupą). Ceny lekko oszałamiające, ale zawsze można dziabnąć jakieś symboliczne piwko (no, nie zawsze, bo jak się idzie na Kazbek to niekoniecznie, ale na jednodniowej wycieczce już nic nie stoi na przeszkodzie). Dotarcie tam zajmuje około 3 i pół godziny (od kościółka Gergeti Trinity Church, bo tam jeszcze da się wjechać, jeśli idzie się doń pieszo to dochodzi dodatkowo ponad godzina).

Altihut


Stacja Meteo to już inna bajka. I to raczej z kategorii bajek dla dorosłych. Budynek dawnej stacji meteorologicznej (stąd nazwa, kłaniam się, capitain obvious), przeobrażony w schronisko, to prawdopodobnie siedlisko wszelakich bakterii znanych naukowcom. Ciasne pomieszczenia (bo trudno je nazwać pokojami) wypełniają piętrowe prycze, na których w rzadko którym przypadku można dopatrzeć się materaca (może to i dobrze, bo byłoby jeszcze bardziej fuj), zwykle jest to siennik, albo nie ma nic, śpi się na desce. Łazienka pozostaje w sferze marzeń, potrzeby załatwia się w słynnym wychodku, albo... wszędzie dookoła, bo nie wszystkim twardzielom zdobywający pięciotysięcznik starcza jaj, żeby wytrzymać tamtejszy smród (i to nie jest przytyk, sama czasem wybierałam kamień, choć może częściej z racji długiej kolejki aniżeli fetoru). Kuchnia... jakaś tam jest, ot, pomieszczenie przeznaczone do gotowania i spożywania, ale o bieżącej wodzie zapomnijcie, tej nabrać można na zewnątrz, z węża poprowadzonego z lodowca, po czym koniecznie przegotować, bądź uzdatnić w inny sposób (filtr, tabletki). Tam też można się ewentualnie umyć, ale mało kto to robi przez czas pobytu w bazie. Brak jakichkolwiek mebli, poza wspomnianymi pryczami, wszędzie kurz, choć ten pewnie czasem ktoś zamiata. Aczkolwiek podejrzewam, że jest to jedyna, występująca w Stacji forma sprzątania. Ale zawsze to budynek. Dwa lata wstecz, zniechęcona legendą Bethlemi Hut, postanowiłam być dzielna i spać w namiocie, obok Stacji. Tym razem wybrałam wątpliwe luksusy schroniska, bo jednak huk wiatru za murowaną ścianą, to nie to samo, co huk wiatru za cienkim materiałem namiotu, poza tym cieplej i jednak, jakby nie patrzeć, wygodniej.

Tego dnia, gdy docieram do Stacji Meteo po raz pierwszy na tym wyjeździe, trafia mi się łóżko (a raczej jego kawałek) w "pokoju" z Niemcami. Kręcę się po schronie, to wyjdę zrobić zdjęcie, to zagotować wodę i tak wychodzę z tego naszego wspólnego pokoiku i co chwila wracam. Współlokatorzy też się kręcą. I w tym całym ogólnym kręceniu się, otwieram razu któregoś drzwi, a tam... dupa. W całej dosłowności tego słowa. Męska, owłosiona i wypięta, w moją stronę, a jakże. Dla koneserów tematu mogę uściślić, że niemiecka. Poniekąd skonsternowana, wchodzę jednak do pomieszczenia i, odwrócona, zaczynam nerwowo grzebać w plecaku. Drodzy rodacy, dbanie o higienę ważne jest niewątpliwie, nawet, a może zwłaszcza w takim miejscu, jak Bethlemi Hut. Gacie czasem trzeba zmienić, rzecz zrozumiała. Jednakowoż przestrzegam Was, coby jakaś niemiecka blogerka dla odmiany nie napisała o polskiej wypiętej dupie - doprawdy da się to zrobić dyskretniej! Zwłaszcza, że obok mego współlokatora stała towarzyszka, która równie dobrze mogła w tym czasie przypilnować drzwi.

Dość jednak o dupie. Łapcie coś na odwidzenie swoich wyobrażeń.


Śpi mi się nienajgorzej, na siku wychodzę zdaje się tylko raz, bo choć pamiętam o nawadnianiu podczas aklimatyzacji, to pamiętam też, jak upierdliwe jest wyłażenie w środku zimnej i wietrznej nocy do oddalonego o kilkadziesiąt metrów wychodka i ociupinkę, zupełnie celowo, je zaniedbuję (Ewa, nie krzycz!). Powrót na pryczę do najłatwiejszych nie należy (z wychodka wraca się pod górkę), łapię charakterystyczną wysokogórską zadyszkę. Plan na kolejny dzień jest taki, żeby, o ile możliwości organizmu pozwolą, zaaklimatyzować się jeszcze lepiej, czyli przejść się do kapliczki położonej na prawie czterech tysiącach metrów (Stacja Meteo leży na 3653 m n.p.m.). Rankiem czuję się wciąż dobrze, ruszam zatem ku kapliczce, a po jej bezproblemowym odwiedzeniu zbieram graty i schodzę do Stepancmindy.


Widok na bazę z okolic kapliczki.
Gergeti Trinity Church i widoczne w dole Kazbegi.

Tego wieczora zaplanowany mam tylko odpoczynek, ale plany planami... Na instagramie odzywa się do mnie, całkiem niespodziewanie zresztą, Marcin, jeden z ratowników Bezpiecznego Kazbeku. Przyjechał właśnie, z paroma innymi osobami, zasilić bądź zmienić obecnie stacjonującą w bazie grupę. No i idą wieczorem do knajpki i czy pójdę z nimi? No jacha! Po zmyciu z siebie bazowego syfu, wędruję tętniącymi wieczornym życiem uliczkami Kazbegi, aż nogi zanoszą mnie do opisanego w instagramowej wiadomości miejsca. Knajpka jest to zewnętrzna, pali się ognisko, z laptopa podłączonego do głośników rozbrzmiewa dobra muzyka, jest klimat. Oprócz członków ekipy Medyk Rescue Team, winko sączą też Maciek i Paweł, którzy okazują się być uczestnikami mojej, zaczynającej się oficjalnie jutro, wyprawy. A z nimi też ich koleżanki, Iza i Kamila. Siedzi mi się tam bardzo miło, chłonę piwo i wrażenia, ale ostatecznie zmęczenie bierze górę i opuszczam ekipę.


Kolejny dzień, to czas przyjazdu pozostałej części naszej grupy. Odbieram z agencji zaklepany do wypożyczenia sprzęt (co bym nie musiała wieźć go z Polski), poznaję stopniowo współtowarzyszy najbliższych zmagań. Naszą liderką będzie Aga, Ewa w międzyczasie ulotniła się na inny wyjazd, bodajże do Tuszetii. Grupa jest dość liczna i mieszana narodowościowo. Spośród 22 osób niewiele ponad połowa to Polacy, oprócz nas Niemcy, Austriacy i Portugalczyk. Wieczorem obowiązkowa kolacja, raczej grzeczna, bo trzeba oszczędzać siły. No i wreszcie, nazajutrz - ruszamy! Pogoda oczywiście nie wytrzymała i musiała się skiepścić. Dziś idziemy tylko do Saberdze. Dojście do Stacji Meteo w jeden dzień jest oczywiście możliwe (trwa niecałe osiem godzin, jeśli do kościółka podjedzie się samochodem) - co sama parę dni wcześniej uczyniłam, ale niezalecane, jeśli zamierza się tam spędzić dłuższy czas (ja za pierwszym razem szłam tylko na jedną noc i byłam już po aklimatyzacji na przełęczy Chaukhi, więc mogłam sobie na to pozwolić). Docieramy zatem, straszeni deszczem, w okolice Altihut i rozbijamy tam namioty. Ja, wraz z Brygidą i Hanią - trzyosobowy. Deszcz zaczyna padać na dobre, spędzamy więc czas wewnątrz namiotu, a wieczorem przenosimy się na jakiś czas do ciepłego i przytulnego Altihut.

Zdjęcie z mojego wcześniejszego wypadu, z grupą już nie miałam takiej pogody...
Czego Wam jeszcze nie opowiedziałam o szlaku do Stacji Meteo i w ogóle na Kazbek, a przynajmniej nie w tegorocznej relacji, to psy. Jest ich tu stadko, raczej stałe, które migruje, niekoniecznie razem, podążając za turystami, pomiędzy Saberdze a Bethlemi Hut, a pojedyncze osobniki zapuszczają się też wyżej - czasem na sam szczyt. Nie bujam, parę dni przed moją wyprawą Ewa wrzuciła na swój firmowy FB zdjęcie kundelka... zwiniętego w kłębek i urządzającego sobie na wierzchołku Kazbeku, pod nogami wspinaczy, drzemkę. Mają rozmach sierściuchy! Pieski są oczywiście bezpańskie, a co za tym idzie niezaszczepione i brudne, a do tego dość przypadkowo zsocjalizowane. A jednak w większości sympatyczne, niektóre nawet bardzo, choć bywają i takie, co wobec swoich współtowarzyszy okazują agresję, zwłaszcza gdy w grę wchodzi otwarta nieopodal konserwa, albo kabanosy.

Tego słodziaka, gdybyście byli w okolicy, koniecznie ode mnie pomiziajcie.
Tylko nie pokazujcie tego zdjęcia mojej Busi. ;)
Rankiem zwijamy biwak i udajemy się dalej, w kierunku Stacji Meteo. Plecaki ze wszystkim, co nie było nam potrzebne podczas noclegu na Saberdze pojechały wczoraj na koniach i pewnie już czekają na nas na górze. Kolejne konie zabierają namioty, cobyśmy nie musieli ich dźwigać. Raźnym krokiem, w kapryśnej raczej aurze, zmierzamy ku - dla wielu - nieznanemu. Trochę zazdroszczę nieświadomości warunków panujących w bazie, trochę zaś zwykłej ciekawości tego miejsca, której ja już jestem pozbawiona. Najbardziej jednak zazdroszczę błogiej niewiedzy, jak ciężkim przedsięwzięciem jest atak szczytowy. Ja już wiem. I na samą myśl popuszczam w gacie.

Jeśli mnie pamięć nie myli, to dwa lata temu nie było jeszcze tego typu mostków na trasie i trzeba było trochę kombinować.




Droga przez lodowiec.

Stację Meteo widać na tych ciemnych piargach.
(zdjęcie z innego dnia)
Jeszcze tylko upierdliwe piargi i dotrzemy do Meteo.
(zdjęcie z innego dnia)
"Pokój" w bazie zajmuję razem z Hanią i Brygidą oraz dwójką Austriaków. Rozpoczyna się normalne obozowe życie, pogaduchy o wszystkim i o niczym, z naciskiem jednak na pogodę, która tutaj wcale nie jest tematem-zapchajdziurą. Gotowanie, picie - wody rzecz jasna, pielgrzymki za potrzebą i niekończące się gmeranie w plecakach, które trzeba zazwyczaj kompletnie rozpakować, żeby znaleźć jedną, potrzebną akurat, rzecz. A potem spakować z powrotem. Zasięg od czasu mojego pobytu tutaj przed dwoma laty, diametralnie się poprawił. Kartę do telefonu Magti, ważną bodajże dwa tygodnie i naładowaną odpowiednio do poniesionej opłaty, można zakupić, o każdej porze dnia i nocy, na lotnisku w Tbilisi, a internet śmiga nieomal wzorcowo w całej bazie (na szlaku dojściowym nie wszędzie) i ponoć można go złapać nawet na Kazbeku i użyć do zdania relacji live ze szczytu. Zaszła też inna, poniekąd szokująca zmiana. W budynku Stacji Meteo otwarto restaurację. Mkinwarcweri Cafe może nie jest do końca tym, co mamy zwykle na myśli mówiąc "restauracja", no ale kurde, sam fakt jej zaistnienia to już zdziwko. Łazienki nie uświadczysz, bieżąca woda - proszę bardzo, na dworze, z bakteriami widocznymi gołym okiem, ale restauracja - owszem, jest! Ewa przestrzega jednak uczestników wyprawy jeszcze w mailu przed wyjazdem, że na restauracyjnym menu nie ma co polegać, bo bywa, że ze względu na brak składników (które nie dojechać mogą, zapewne koniem, chociażby z powodu złej pogody) nie oferuje nic poza herbatą, czy kawą. Obecność knajpki ma jednak chociażby ten walor, że jest w niej ciepło, a jak już będzie po wszystkim, to będzie można napić się piwa, nie musząc czekać na to aż do zejścia do Kazbegi. :)

Ławeczka za schroniskiem, dawniej punkt łapania zasięgu, teraz już niekoniecznie.
Kolejka do wiadomego miejsca i cień wielkiej góry.


Chwila dla sponsora. Liofy Summit to eat już Wam polecałam (np. TUTAJ) i polecać będę, bo zaprawdę powiadam Wam, dobre są one! Do Gruzji zabrałam ze sobą pięć wybranych dań, które spośród wszystkich  przetestowanych wcześniej w Norwegii (relacja TUTAJ) najbardziej mi posmakowały. W subiektywnym rankingu mojego podniebienia wygrywają: pasta bolognaise, salmon and broccoli pasta, beef stew with potato, chicken fajita with rice oraz chicken tikka with rice. Spokojnie mogą się równać z tymi na literkę "L" ;).




Drugiego dnia pobytu w bazie zaplanowane mamy wyjście aklimatyzacyjne - niezupełnie do kapliczki, bo trochę ponad nią, tak, żeby klepnąć cztery tysiące metrów. A zaraz potem ćwiczenia z czekanem i liną na pobliskim stromym płacie śniegu. Początkowo wyjście to ma odbyć się bodajże o 9, ale co jakiś czas Aga obchodzi pokoje i namioty, przesuwając je o kolejne 30 minut czy godzinę. Na dworze rozszalała się bowiem ulewa, taka fest, z gradem i wiatrem i nie wygląda to rokująco. Zaszywam się w śpiworze, oglądając zapisane na telefonie "Stranger Things". Niby wiem, że taki stan pogody może zniweczyć wszystkie plany, począwszy od dzisiejszej aklimatyzacji i ćwiczeń, a skończywszy na nocnym wyjściu, które bez aklimatyzacji się po prostu nie odbędzie. A ponoć ta noc ma być zdecydowanie lepsza od następnej, więc za oknem właśnie ważą się nasze losy. Bo, nie owijając w bawełnę, jeśli nie pójdziemy się aklimatyzować, to w nocy nie będzie ataku, a jeśli tej nocy nie będzie ataku, to najprawdopodobniej nie będzie go wcale. Mam to jednak w nosie, wciąga mnie serial, a pchać się na cztery tysiące na siłę, w strugach padającego poziomo, lodowatego deszczu, jakoś mi się nie chce. Serial serialem, niechęć do przemaczania ciuchów potrzebnych mi na atak szczytowy niechęcią, ale... prawda jest taka, że tak byłoby w sumie łatwiej. No, nie wyszło, ale co mogłam na to poradzić? Pogoda, co zrobisz, jak nic nie zrobisz? To nie ja bym w razie czego zawiodła, nie moja niedoszlifowana kondycja, nie mój organizm, tylko ona, francowata ulewa.

Nie ma jednak lekko, ponowna próba wdrapania się na pięciotysięcznik tak łatwo mnie nie ominie. Około południa pogoda nieco się poprawia, wciąż wprawdzie wieje, ale już nie pada. Wychodzimy zatem na aklimatyzację, a zaraz potem na ćwiczenia. No i szykujemy się na nocny atak...


Kapliczka już w dole.

Ćwiczeniowy płat śniegu.


Hania w kontrolowanym ślizgu.

Prognoza pogody na najbliższe godziny, przygotowana przez Bezpieczny Kazbek.
Ku wieczorowi istotnie się wypogadza. W duszy też mi się wypogadza. A więc będzie próba, już dziś, za kilka godzin. No dobrze, zróbmy to, Gosiu. Zmierzmy się raz jeszcze z wielką górą, a przede wszystkim z samą sobą. Nieważne, co z tego wyjdzie, samo to, że tu wróciłam napawa mnie jakąś dumą. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą, powiadają. Ja już zwyciężyłam. Swoje lęki, obawy, swój wstyd. Jestem spokojna, na tyle, na ile można być spokojnym, będąc jednocześnie przerażonym oczekiwanym wysiłkiem. Bo to jest wielki wysiłek. Średnim tempem na szczyt idzie się osiem godzin. To tyle, ile codziennie siedzisz, czy tam stoisz w robocie. Tutaj te osiem godzin trzeba cały czas iść pod górę, najpierw w ciemności, ciągle w zimnie, im wyżej, tym w coraz silniejszym wietrze i coraz bardziej rozrzedzonym powietrzu. A potem jeszcze trzeba zejść, co zajmuje tylko niewiele mniej czasu. Może dla kogoś wytrenowanego to bułka z masłem, o ile nie dopadnie go wysokościówka. Dla mnie to jednak zdecydowanie wyczyn. Którego zamierzam lada moment dokonać.

Źródło obrazka: Klub Podróżników Śródziemie

Źródło obrazka: Portal Górski
Ruszać mamy o trzeciej. Coś tam śpię, lepiej i więcej niż ostatnio. Pobudka w środku nocy, nałożenie na siebie wszystkich warstw: bielizna termo, polar, puchówka, zimowe spodnie, bluza, podwójne ciepłe skarpety (prawie wszystko z Decathlonu, dzięki!), do plecaka jeszcze softshell (nie przyda się) i kurtka z membraną (ta owszem). Ciepły i pożywny liof do brzuszka, herbata do dwóch termosów (duży i mały), batony i żele poupychać po kieszeniach, coby nie zamarzły, ostatni dymek z iqosa. Sprawdzenie, czy w plecaku jest wszystko, co potrzebne, wymiana baterii w czołówce. Wreszcie uprząż na dupę i jestem redi stedi goł. W głowie jedno wielkie niechemisię, ale i wola walki do samego końca. Jeżeli nie powstrzyma mnie pogoda, choroba, czy cokolwiek innego, to tam kurde wejdę.


Z dwudziestodwuosobowej grupy rusza nas dziewiętnastka. Bartek zrezygnował z własnej woli, jeszcze przed aklimatyzacją. Dwoje Niemców uziemia paskudna biegunka, dokładnie to uziemia jego, a ją - chyba miłość. Idziemy w trzyosobowych grupach na linie za przewodnikami. Droga rozpoczyna się piargami, od razu pod górę. Z piargów niebawem zaczyna wystawać lód, trzeba uważać, bo tu jeszcze idziemy bez raków. Siłą rzeczy porównuję swój stan do tego niegdysiejszego - jest lepiej. Wówczas już na tym pierwszym etapie zaczynałam odstawać tempem od grupy. Po jakichś dwóch godzinach wchodzimy na lodowiec, tam pierwsza przerwa. Można napić się herbaty, coś na szybko przegryźć, tam też zakładamy raki. Ostatnia okazja do zrobienia siusiu za kamieniem, a mnie się, jak na złość, jeszcze nie chce. Tu też przewodnicy informują, że następna pauza będzie na plateau i że tam, kto chce będzie mógł się oddzielić i zawrócić.



Spektakularny świt. A w obiektyw patrzy Mishka, mój chyba ulubiony przewodnik. ;)

Pieseł. Tutaj to normalny widok.
Plateau na horyzoncie.
Na plateau przerwa i przegrupowanie. Tu kilka osób rezygnuje z dalszej drogi, między innymi Hania, która była ze mną na linie. Zmienia się przewodnik, z którym idę - do szczytu będę iść łącznie na czterech różnych linach, z czterema różnymi przewodnikami. Ja i Brygida musimy oddalić się za potrzebą. Oddalanie się oczywiście nie ma większego sensu, i tak musimy być cały czas na linie, a schować się tu nie ma za czym. Prosimy więc wszystkich, żeby odwrócili wzrok, co większość posłusznie robi. I tylko Hania krzyczy: "haha, ale śmiesznie wyglądacie", a potem w bazie nawet wyraża żal, że nam zdjęcia nie zrobiła. ;)








Ostatnie widoki...
Za plateau zaczyna się trudny psychicznie fragment drogi. Dotychczas coś się zmieniało w krajobrazie, teraz tylko biel, potęgowana przez coraz gęściej oplatającą nas chmurę. Wcześniej można było, patrząc na okolicę, zorientować się, gdzie mniej więcej jesteśmy (no... przynajmniej ja mogłam, bo już tam kiedyś byłam). Wyżej to już niemożliwe, wszystko jest monotonne, stok zachowuje podobny kąt, po prostu się idzie, krok za krokiem. Po drodze odłączają się (oczywiście z przewodnikiem) Paweł z Maćkiem, ten pierwszy źle się czuje, ma halucynacje i zaburzenia widzenia, ten drugi postanawia zejść wraz z nim. Kiepsko to działa na moje morale, miałam ich za czarne konie tej wyprawy. Sama fizycznie czuję się w porządku, ale z głową mi lekko dziwnie. Jakbym to nie ja tu szła. Ale dramatu jeszcze nie ma, walczę więc. Żeby tylko zobaczyć ostatnią przełęcz pod szczytem, tę, do której dotarłam dwa lata temu, złapać orientację, gdzie się jest, ocenić odległość i swoje szanse. Wreszcie Nika, z którym akurat idę na linie zarządza krótki postój. Pytam go po polsku, bo coraz lepiej radzi sobie z tym językiem, gdzie jesteśmy i czy daleko do przełęczy. A wystarczyło podnieść wzrok! Nika macha ręką i mówi: tam masz przełęcz, a tam - szczyt. W głowie mi się rozjaśnia, podskakuje i morale i ciśnienie. Pytam jeszcze dla pewności: Nika, czy mamy czas, czy zdążymy? Bo nie można wchodzić bez końca, przed południem trzeba zrobić odwrót, z racji lubiącej się psuć w godzinach popołudniowych pogody. Nika odpowiada twierdząco. Wtedy pierwszy raz pozwalam sobie uwierzyć, że wejdę. To już niedaleko. O ile dwie godziny harówy najpierw w głębokim śniegu, a potem na stromym, wywianym do lodu zboczu, to może być niedaleko.

Tak, to "już" szczyt. :)
Podejście do przełęczy jest okropne, takim je zresztą zapamiętałam. Brnie się w śniegu, ostatni ruch na przełęcz trzeba wykonać właściwie na czworaka, żeby się w ogóle tam wdrapać. Przez całą drogę miałam nadzieję, że na tym górnym plateau zostawię plecak, tak jak robili to uczestnicy wyprawy sprzed dwóch lat i na wierzchołek pójdę na lekko.


A tu dupa. Tym razem nie niemiecka, tylko blada. Pizga tak, że zostawienie plecaka równałoby się pożegnaniu z nim. Wyciągam termos, żeby napić się łyka herbaty, Nika mnie pogania. Szybkie przegrupowanie na linie, ktoś się odłącza, ja mam iść dalej. Myślę sobie, że teraz już naprawdę blisko, teraz już nic mnie nie powstrzyma. O, jakże się mylę! Szczerze? Gdybym wiedziała, jaką orką będzie dla mnie ta ostatnia godzina do wierzchołka, to bym zrezygnowała. Dlatego bardzo dobrze, że nie wiedziałam. :) Idę ostatnia w zespole i szybko okazuje się, że go spowalniam. Robi się stromo i, o ile wcześniej szło mi się całkiem nieźle, tu nagle moje siły opadają. Silne podmuchy wiatru zatykają mi usta i sama już nie wiem, czy nie mogę oddychać przez nie, czy przez niską zawartość tlenu w powietrzu. Przewracam się kilka razy, trochę z niemocy, trochę przez wiatr i dobrą chwilę zajmuje mi za każdym z tych razów podniesienie się. Muszę wyglądać na wykończoną, bo dwie, czy trzy osoby, schodzące z góry łapią mnie za ramię, drugą ręką podnoszą kciuk do góry i pocieszają, że już niedaleko. Nawet nie pamiętam, w jakim języku. Mam ochotę odpuścić, każdy krok jest dla mnie męczarnią. Ale tu już nie ma przegrupowań, jeśli ja nie wejdę, to nie wejdą pozostałe osoby z liny. Muszę wejść. Wchodzę.

Nie ma fajerwerków. Nie ma wzruszenia, radości. Jest tylko zmęczenie. Jakimś cudem przypominam sobie, że warto byłoby strzelić sobie selfie.

Uśmiech niby szczery, ale jakże ciężki do wykonania. ;)
Fot. Aga Wielińska
(nie śmiejcie się z moich kijków, nie było czasu ich złożyć na przełęczy, gdy zamieniałam je na czekan :)
Szczyt to dopiero połowa drogi... Teraz trzeba zejść. Ponieważ na podejściu byłam na linie ostatnia, schodzę pierwsza. Jest stromo, jest ślisko, trzeba wytężyć zmęczone zmysły. Za górnym plateau można już trochę wyluzować, ale czekany zostają w rękach. Monochromatyczność krajobrazu znów powoduje u mnie popadnięcie w swoisty trans. Chwilami zastanawiam się, czy za mną faktycznie idą jacyś ludzie, czy idę sama przez tę biel. Z odrętwienia wyrywa mnie na chwilę wyłaniająca się nagle z mgły postać. Wysoka, postawna i... pojedyncza. Co do cholery? Tu wszyscy chodzą z liną! Gośka, czy ty właśnie widzisz yeti? No nie, widzisz Polaka, który wybrał się na spacer i dotarł niewiele poniżej szczytu. Aga go zawraca, ten daje się przekonać i szybko znika nam z pola widzenia. Zostaje ta okropna biel... Zmęczenie we mnie z jednej strony się nasila z każdą godziną, z drugiej - jakby trochę maleje, im niżej jesteśmy, im więcej tlenu dostają moje płuca.

Zastanawiam się, po co ja tam właściwie wlazłam. Nie było to doświadczenie przyjemne, ojjj nie. Nie było to doświadczenie piękne, bo naoglądałam się głównie śniegu i wnętrza chmury. Nie było to mi w żadnej mierze potrzebne. Zastanawiałam się wtedy i zastanawiać się miałam długo potem. I nie wiem w zasadzie, czy doszłam do jakichś sensownych, jednoznacznych wniosków. Ot, weszłam. Cytując klasyka, po chuj drążyć temat? :) Dla mnie to było coś wielkiego, a warto od czasu do czasu zrobić coś wielkiego. Bo chyba każdy ma w życiu chwile, a ja chyba częściej niż przeciętny przedstawiciel ludzkiego gatunku, że czuje się mały i nic niewart. Wtedy może sobie przypomnieć. I trochę mu lepiej... Tak, czy owak, mam nad biurkiem plakat z Kazbekiem. Lubię sobie na niego czasem popatrzeć. Gdybym tam nie wlazła, to bym nie lubiła. A zatem - było warto.

Mój ci on!
Fot. Aga Wielińska
Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że swą obietnicę przedwyborczą, czy tam przedszczytową spełniłam i na kolacji pożegnalnej było grubo. ;)


A zatem jestem zdobywcą pięciotysięcznika. Nieważne, jakie to ma znaczenie dla mnie, czy dla reszty świata. Po prostu jestem, zrobiłam to, choć nie musiałam. Nikt mi już tego miana nie odbierze. W tym roku zmieniłam pracę, do czego czaiłam się od pięciu lat. Zaczęłam jeździć samochodem, czternaście lat po zrobieniu prawka. Ten rok na dzień dobry solidnie kopnął mnie w dupę. Tym bardziej cieszę się, że jest dla mnie rokiem rzeczy wielkich. Kazbek się w to wpisał idealnie.

Wszystko to, co opisałam w powyższej relacji odbyło się dzięki możliwości danej mi przez Ewę i jej agencję Mountain Freaks (TUTAJ link do ich strony, a TUTAJ do FB). Dziękuję!!!

A odbyło się w poczuciu względnego bezpieczeństwa, dzięki pracy Polaków z projektu Bezpieczny Kazbek, w których warto rzucić pieniądzem, na przykład przy okazji rozliczania podatku (link TUTAJ).

Dziękuję też wszystkim uczestnikom wyprawy za wspólną przygodę. Bardzo miło było mi Was poznać. :)

Na Kazbek weszłam w TYCH butach, a jadłam TE liofy. ;)

Więcej o Kazbeku możecie poczytać w mojej relacji sprzed dwóch lat (TUTAJ) oraz w TYM moim tekście.





9 komentarzy:

  1. jak zwykle fajny opis..taki po prostu zjajami i dla normalnych,,szacun młoda damo i pozdrówka od zgreda z Wawy

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyjemnie się czyta :-)Ciekawa relacja. Gratulacje :-) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zwykle fajnie się czytało, napisane na luzie i z humorem �� No i gratuluję zdobycia Kazbeku!
    P.S. Też lubię Stranger things, pozdrawiam ��

    OdpowiedzUsuń
  4. Gośka,jesteś wielka!��

    OdpowiedzUsuń
  5. "w tym roku zmieniłam pracę" - więc czym się teraz nasza Ruda zawodowo zajmuje? :)
    a co do Twojego roku 2019 - gratuluję! i Kazbeku, i odwagi do zmiany roboty, i odwagi do "siądnięcia" za kółkiem po takim czasie ;) jesteś WIELKA!

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo ciekawa i wciągająca relacja :) Trzymaj się cieplutko! ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Niesamowita wyprawa! Ja rok emu pierwszy raz byłam w górach i zakochałam się! Byłam na szczycie Nosala, Kasprowego i Gubałówki :)

    OdpowiedzUsuń