niedziela, 24 stycznia 2021

Baby na Babiej, czyli prawdziwy sylwester marzeń

 

Zacznijmy od tego, że nie przepadam za sylwestrami. Może dlatego, że tak się jakoś zdarzają zawsze na samym początku zimy (nie lubię), dokładnie w tym momencie, w którym pompowany już od końcówki lata świąteczny balonik (presji świąt też niespecjalnie ulegam, no ale fakt, że to całe zamieszanie dookoła się zagęszcza sprawia, że czas jakoś tak szybciej leci) może nie tyle z hukiem pęka, co z sykiem kapcanieje. A po sylwestrze nieuchronnie nadciąga styczeń, a styczeń to jest proszę państwa w moim prywatnym świecie czyste zło, gorsze nawet od listopada. No i ten społeczny wymóg, żeby coś w tego sylwestra robić. Bo, umówmy się, większość ludzi coś tam robi, zamiast po prostu położyć się spać, to jednak czeka na tę północ, chociażby oglądając serial. Albo grając w grę. Wymyśliłam sobie onegdaj pewien sposób na celebrowanie tej szczególnej nocy i swego czasu cztery sylwestry po kolei spędziłam w górach (najpierw to był tylko spacer nad Morskie Oko, potem picie w Pięciu Stawach po konkretnej wyrypie, a potem to już trochę bardziej po bandzie, bo spanko na Krzyżnem i na Jarząbczym). Ale wyszło tak, jak wychodzi często z wieloma nawykami - raz dałam sobie spokój i pooooszłoooo. Dokładnie, to w kierunku oglądania filmów poszło.

Tego roku nie czułam bynajmniej jakiejś wielkiej presji, by odmienić tę tendencję. I chyba na tym polegał cały plot twist. W tym roku nie czułam praktycznie żadnej presji. Oprócz tego, że w kwietniu zadokowałam na kilka tygodni u rodziców, co zaowocowało przebiegnięciem prawie stu kilometrów w wiejskich plenerach, a potem nawet zrzuciłam parę kilo, to, cóż, kolejne miesiące przyniosły już tylko równię pochyłą. W Tatrach byłam raz, w górach - dwa razy, bo w lutym trafił się Turbacz. Górę Trzech Krzyży pozwolę sobie pominąć w statystykach. Dalszych wyjazdów - okrągłe zero. Na bloga wrzuciłam ze cztery wpisy. Ciężko powiedzieć, co ja właściwie robiłam w tym roku. Pandemia stanowiła dobre tło mojego prywatnego rozmemłania i, gdy reszta ludzkości głupiała z nudów, ja otwierałam piwko z błogą satysfakcją, że w sumie to nic nie muszę, bo i tak niewiele mogę. 


Ogólnie to nie mam nic do ludzi, którzy spędzają życie na kanapie, wpatrzeni w telewizor. Ostatnio im nawet zazdroszczę. Bo wydają się, jeśli nie szczęśliwi, to chociaż zadowoleni z takiego przebiegu ich egzystencji. Ja z przebiegu swojej jestem od jakiegoś czasu permanentnie niezadowolona. Kiedyś receptą na to były góry, teraz to już trochę nie działa, ale ruszenie tyłka z domu wydawało się jednak dobrą opcją. Może nie od razu szansą na wyrwanie się z marazmu (ten czekał na mnie wiernie w domu) i raczej nie żadną obietnicą, że tak zaczęty rok zaowocuje większą liczbą wycieczek (a może?). Tylko tak po prostu. Kiedyś jedna znajoma rzuciła takie fajne hasło: "a może po prostu najebmy się i zobaczmy, co się wydarzy?". Mnie przyszło do głowy: a może po prostu pojedźmy w góry i zobaczmy, co się wydarzy?


Gdybym miała jechać sama, niewykluczone, że w ostatniej chwili bym się rozmyśliła, poddała się temu przyjemnemu poczuciu niechcemisię, które potem niestety zwykle odbija się czkawką. W połowie grudnia złożyłam jednak propozycję wspólnego sylwestrowego szczytowania swojej psiapsi, na którą ona zareagowała wręcz bardzo entuzjastycznie. Gdy na parę dni przed godziną zero odważyłam się wreszcie zerknąć na prognozy, okazało się, że chyba się nie wymigam. Wiatr, nie pozwalający ludziom ustać na nogach miał zupełnie odpuścić i w ogóle nad Babią Górą szykowała się pogoda absolutnie nie tylko dla koneserów. Do ostatniej chwili wahałam się, czy nie odbić jednak w Pieniny, bo przecież, heloł, prognozy prognozami, a na Babiej piździ zawsze. A jednak wylądowałyśmy na Babiej. I jednak nie piździło.


Ruszamy o 7 rano, nie potrzebujemy całego dnia w górach. Na szczyt chcemy dojść na zachód słońca, a wejście z przełęczy Krowiarki wedle mapy zajmuje 2 i pół godziny. Bierzemy wprawdzie poprawkę na naszą kondycję i zamiłowanie do wyrobów tytoniowych, ale i tak wychodzi nam, że nie ma sensu zrywać się wcześniej. Za Radomiem wstaje piękny dzień, niewiele dalej jednak słońce skrywa się w jednolitej chmurze, czasem mieszającej się dodatkowo z mgłą. Prognozy obiecywały pogodny wieczór na górze, po drodze jednak przestaję im wierzyć. Chrzanić to. Przygoda.


Na parkingu meldujemy się równo w południe. Miły pan wskazuje wolne miejsce, a gdy przy płaceniu mówię, że odjedziemy stąd dopiero jutro, podpytuje, czy mamy miejsca w schronisku. Mówię z uśmiechem, że nooo powiedzmyyy, na co on, też z uśmiechem, odpowiada, że nooo dobraaa i idzie być miły gdzieś indziej. Zmieniamy buty, wyciągamy plecaki, rozkładamy kijki. I tu następuje zonk, bo Lena sobie przypomina, że z jej kijkami coś ostatnio było nie tak i istotnie, jeden ni cholery nie chce się zakręcić. Jeden z moich kijków natomiast postanawia wykazać pewną solidarność i dla odmiany nie chce się odkręcić. Szarpiemy się z nimi chwilę, po czym idę łapać miłego pana i sprawdzać siłę w jego rękach. Miły pan wpada na pomysł, żeby z drugiej strony kijek potrzymał też jakiś mężczyzna, więc podchodzimy do auta, przy którym się takowy kręci, po czym okazuje się, że ma on w tym aucie kombinerki, co rozwiązuje problem mojego kijka. Kijek Leny zresztą też udaje się zacisnąć, choć jest krótszy niż być powinien, ale zawsze to jakieś wsparcie. Chwilowy pech zamienia się w uśmiech losu.


Na szlak wkraczamy około wpół do pierwszej. Pierwsze metry podejścia są dla nas ciężkie, ale z czasem wpadamy w rytm i praaawie bez marudzenia miarowo pniemy się do góry. Jest względnie ciepło, wiatru zero. Trochę ludzi podchodzi, więcej schodzi. Przypięte do naszych plecaków maty (i same dość spore, wypchane zimowymi śpiworami plecaki) oczywiście od czasu do czasu wzbudzają w tej drugiej grupie pewne zainteresowanie. Instruuję Lenę, że jakby co, to odpowiadamy, że trenujemy przed zimowym K2. Sama raz rzucam ten tekst, zwykle jednak pytanie, po co nam te tobołki, zostaje wyartykułowane dopiero przy idącej parę metrów za mną Lenie, a ona, nie chcąc się wdawać w żadne szczegóły, odpowiada każdorazowo po prostu: "hehe". :)



Podejście na Babią Górę z Krowiarek jest łatwe i dość łagodne, choć na pierwszym odcinku poziomice układają się jednak najgęściej. Gdy las stopniowo zamienia się w kosówkę, stok powoli nieco się wypłaszcza, a wędrówka staje się przyjemniejsza. Jesteśmy wciąż w chmurze, ale nacieszamy oczy urokliwą zimą i ogólnie przyjazną pogodą. Turyści schodzący z góry nie wydają się jakoś szczególnie radośni, podejrzewam więc, że nic ciekawego tam dziś nie czeka. A jednak gdzieś pod koniec kosodrzewin jakaś kobieta rzuca do nas sama z siebie, że ta chmura to się zaraz kończy, a na szczycie jest pięknie. Dostaję turbodoładowania jak wtedy, gdy zobaczyłam majaczący przez mgłę wierzchołek Kazbeku i uwierzyłam, że na niego wejdę (teraz o to trochę łatwiej, zmęczenie jakby nie to). Niewiele później faktycznie zaczynamy przed sobą widzieć coś, co wydaje się być końcem szlaku - no nie jest, bo Babia z tej strony trochę oszukuje i to nawet nie był jeszcze Gówniak (dla nieobeznanych w masywie Babiej Góry - Gówniak to jak najbardziej oficjalna nazwa jej przedwierzchołka, wierzchołek zaś zwie się Diablak). No ale nagle z nieco mrocznego lasu i smętnej zamglonej kosówki wyszłyśmy na szerokie śnieżne pola skąpane w słońcu, pod nami natomiast rozpostarło się morze kłębistych chmur, a w oddali wyraźnie zarysowały się wierzchołki Tatr. Zrobiło się pięknie, a miało być jeszcze piękniej. A zatem odsuwający się szczyt, zasłaniany przez kolejne wzgórza, specjalnie nie irytował.


Do szczytu, wbrew pozorom, jeszcze dość daleko...

Ale już jest pięknie!



Już wiedziałam, że przed nami spektakularny zachód słońca i prawdopodobnie też spokojny biwak - bo gdyby na szczycie miało jednak wiać, to byłyśmy na tyle blisko, że już byśmy to czuły. Wędrówka przestała mnie męczyć i poczułam... szczęście. Takie dogłębne i czyste, jak wtedy, gdy pierwszy raz spojrzałam na Lofoty. Trochę na nie liczyłam, wybierając się na tę wycieczkę, ale ostatecznie udało mu się jednak mnie zaskoczyć.


Trafiło nam się nawet widmo brockenu, o co w sumie przy takiej inwersji nietrudno.


O dziwo, dotarłyśmy na szczyt praktycznie co do minuty zgodnie z przewidywanym przez mapę czasem. Do zachodu została nam niecała godzinka, rozsiadłyśmy się więc na matach, coś podjadłyśmy, coś zapaliłyśmy. Zgromadzony tam tłumek czekał na punkt kulminacyjny, czyli zgaśnięcie słońca gdzieś za horyzontem, a my czekałyśmy na jego rozejście się, coby uniknąć tych wszystkich niewygodnych pytań, jak już wyciągniemy namiot, a w międzyczasie zrobiłyśmy obchód w poszukiwaniu najdogodniejszego miejsca na jego rozbicie. No i same też podziwiałyśmy, jak pięknie ten parszywy rok pogrąża się w mroku.


 


 




 

 

Wreszcie jednak zachód definitywnie nastąpił, zaczęło się robić ciut ciemno, a ostatni łowcy złotego światła wciąż trwali na posterunku. Zarządziłam wzięcie się do roboty, bo łatwiej jednak ogarnąć biwak przy resztkach naturalnego światła. No więc zarzucałyśmy już chyba tropik, gdy na górę wdrapał się jeszcze jeden człowiek, odziany dość lekko, bo na tułowiu miał tylko koszulkę. Koszulka była koloru czerwonego i zaraz zniknęła pod kurtką, ale zdążyłam zobaczyć, co było na niej napisane. Nasze spojrzenia spotkały się, ja, trochę speszona, zagaiłam: "gorąco, co?", a czerwona koszulka odpowiedziała na to pytaniem, czy wiemy, że tu nie wolno biwakować i poszła robić zdjęcia. No nic, trochę wtopa, ale przecież jak przestaniemy teraz rozbijać namiot, czy nawet go zwiniemy, to nie będzie przecież znaczyło, że zaraz nie rozstawimy go z powrotem i człowiek w czerwonej koszulce zapewne się tego domyśli. A więc gmeramy przy śledziach i sznureczkach. Czerwona koszulka, teraz już w zakamuflowanej formie wraca i rozpoczyna miłą pogawędkę, a nawet doradza coś w kwestii rozstawiania namiotu. I tak patrzy na nas i możliwe, że walczy sam ze sobą, ale ostatecznie mówi nam, że o północy będą tu patrole i pewnie nas stąd wygonią i że nieopodal, już po słowackiej stronie jest taka fajna chatka. I tłumaczy drogę do niej. Zbieramy się więc ze szczytu, żegnamy wesoło, dziękujemy za ostrzeżenie i pomoc i ruszamy w poszukiwaniu chatki. O ruinach schroniska słyszałam, o chatce tuż pod szczytem Babiej Góry - jak dotąd nie. Nie wiem za bardzo, jak ona ma wyglądać, bo nasz wybawca od przymusowej północnej emigracji dysponował tylko zdjęciem ławeczki przed nią. I gdy schodzimy już parę minut wedle wskazówek, a wokół nas rysują się tylko przykryte białą czapą krzaki, zaczynam się raczej rozglądać za płaskim miejscem pod namiot. I wtedy dostrzegam jakiś trójkąt wystający znad kosówki. Kilka kroków bliżej już wiem, że to nie złudzenie, ale dach budynku, którego szukamy. To teraz jeszcze: żeby tylko chatka była wolna. Zaglądam z bojaźliwą ciekawością do środka - pusto! Farta to my dzisiaj mamy. 


Ładujemy się do środka, mościmy sobie maty, na razie nie wyciągamy śpiworów, bo spać jeszcze nie zamierzamy, a jest dość ciepło. Miejsca akurat tyle, by dwie osoby rozłożyły się obok siebie, a po bokach mamy jeszcze ławeczki. Przez parę godzin świętujemy sylwestra przy soplicowej "sałatce owocowej", a potem zasypiamy, nastawiając budzik na północ. 

Z chatki doskonale widać jakieś słowackie miejscowości. Aby popatrzeć z góry na fajerwerki, nie musimy nawet z niej wychodzić, właściwie wystarczy wygrzebać głowę ze śpiwora. Ogólnie mój stosunek do fajerwerków jest raczej krytyczny, ale skoro już i tak strzelają, to moja odmowa przyglądania się temu świata nie zbawi. A patrzenie na rozległy, rozbłyskujący wieloma kolorami w akompaniamencie huku obszar (a to wszystko na tle gór) było dość ciekawym doświadczeniem. 

Do rana liczne zastępy turystów kręcą się koło chatki, zaglądają do środka, budząc nas niechcący. Nasila się to zwłaszcza niedługo po północy - część z nich to zatem pewnie biwakowicze wygonieni ze szczytu, którzy rozbili się tam, gdy my już zeszłyśmy (podobno tacy byli). No i przychodzi poranek. Pierwszy poranek nowego roku. Cóż, gdyby mógł być obietnicą, byłaby to dobra obietnica. 

 



Ogarniamy się i wracamy w kierunku szczytu. Mijamy go jednak, trawersując w płaskim miejscu zbocze do szlaku schodzącego do schroniska. Tam już sobie powoli i bezproblemowo (poza tym, że Lena miejscami zjeżdżała na tyłku, bo nie udało jej się przed wyjazdem kupić raczków, a nakładki nie wszędzie jednak dawały radę) schodzimy, zahaczamy o schron, pod którym pałaszujemy placki ziemniaczane (ciasto na placki powinno być pulpą, tarcie ziemniaków na grubych oczkach to zbrodnia przeciw ludzkości!!!) i poimy się kawą. I to byłby w zasadzie koniec przygód, gdyby nie problemy z odpaleniem samochodu, czekającego na parkingu. I tu szczęście uśmiechnęło się do nas raz jeszcze - akurat na miejscu obok zaparkował właśnie mechanik, któremu udało się odpalić silnik i który doradził, żeby poczekać, aż się rozgrzeje i powiedział, co należy naprawić po powrocie. A potem już tylko mglisty powrót do domu. I zmęczenie - z rodzaju tych dobrych. 


(P.S. Nie wiem, czemu zdjęcia się tak porozrzucały, ale nie mam siły ich teraz poprawiać. Aaaa i wszystkie są z telefonu jak coś, stąd możliwa gorsza jakość.)




10 komentarzy:

  1. Akurat wlazłem na bloga a tutaj nowa relacja :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jest szanse na wskazówki, jak dotrzeć do tej chatynki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co pamiętam wystarczy chyba zejść ze szczytu na stronę słowacką i iść w dół szlakiem, idąc na Babia ze Słonej Wody na Słowacji mija się ja gdzieś obok szlaku, żadna tajemnica tam trafić. Pozdrawiam ��

      Usuń
    2. W sumie racja. ;) Tylko żeby w następnego sylwestra tam balangi na sto osób nie było. :D

      Usuń
  3. Dobrze móc poczytać coś nowego.
    Mały minus za brak morosowania na Babiej ;).
    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajnie się czytało! Dzięki za tekst. I życzę więcej wypraw w góry w tym roku ;) U.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pytanko: których szlaków w Tatrach jeszcze nie zaliczyłaś? zostało coś jeszcze po polskiej stronie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczyty raczej wszystkie (jeśli chodzi o szlaki oczywiście), chyba że coś mi umknęło teraz z pamięci. Zostały różne szlaki dojściowe, nigdy np. nie szłam Żlebem Kulczyńskiego, czy na Małołączniak przez Kobylarzowy Żleb, no albo z Hali Gąsienicowej na Gęsią Szyję też nie. W Słowackich jeszcze w dużej części Zachodnich nie grasowałam.

      Usuń
  6. Fajna, kojąca relacja przeczytana przed snem ;-) Chyba muszę zagaić, jaki masz telefon, bo foty naprawdę super!
    Ps. Trochę mnie pocieszyłaś, bo w tym parszywym 2020 roku też byłam tylko dwa razy w górach plus szybki wypad w Pireneje; osiągnięcie blogowe - podobne :-D Tak czy siak, miejmy nadzieję, że 2021 będzie lepszy, ja już chyba kończę swoją izolację i gnicie w domu, bo tak się nieda żyć...Aaa i masz rację - zazdroszczę tym, dla których takie właśnie siedzenie na tyłku to norma, a nawet powód do zadowolenia :-P

    OdpowiedzUsuń