piątek, 1 maja 2020

W plecaku Rudej, czyli co warto brać ze sobą na dłuższe łazikowanie

 
To uczucie, gdy zarzucasz na plecy pakunek ważący jakieś trzydzieści kilogramów... no, to nie jest uczucie, za którym się tęskni. Ale wspomnienie tego uczucia, choć samo w sobie średnio przyjemne, kojarzy mi się wyłącznie pozytywnie: najlepsze wakacje ever!

(Info praktyczne: wpis dotyczy używanych przeze mnie produktów przydatnych na biwakach połączonych z wędrówką, nie trzeba czytać przydługiego wstępu, ani całości, wpis jest podzielony nagłówkami, można więc szybko znaleźć, co tam kogo interesuje ;)



Pierwszy raz załadowana jak wół juczny pojechałam w 2017 roku do Norwegii (linki do wpisów: TU, TU, TU i TU), ale wtedy to jeszcze lajcik, bo choć przez dziesięć dni jadłam wyłącznie to, co przywiozłam na plecach z Polski (#cebulanawakacjach), a poza żarciem plecak - wówczas 65 litrowy - wypchany miałam ciuchami i ekwipunkiem biwakowym, to jednak nie niosłam w nim namiotu, który taszczył dzielnie mój towarzysz, a to wiele zmienia. Wyjazd w Alpy (KLIK) następnego roku wymusił na mnie zakup większego plecaka, bo tu już namiot wylądował na mych barkach (ówczesny konkubent dźwigał w zamian linę), a do tego trzeba było przytachać ze sobą drugą parę butów (w dodatku zimowych) i kilka wspinaczkowych zabawek. No i żarcie na cały wyjazd, wiadomka. Bolało, ale tylko krótką chwilę, bo z całym tym majdanem wędrowaliśmy ledwie przez parę godzin, potem już robiąc tylko wyskoki z namiotu. No i w końcu to, co określam najlepszymi wakacjami ever, czyli też Norwegia, a konkretniej Lofoty (wpisy z Lofotów TU, TU i TU). Tu już nikt nie poniósł mi namiociku, bo tym razem mój towarzysz nie był równocześnie moim konkubentem, tu nie było też rozbicia namiotu na parę dni i oddalania się na pobliskie wycieczki z mniejszym bagażem, tylko prawie wszędzie, gdzie lazłam, lazł też mój mandżur. Ba! Tu w wielu miejscach nie było słodkiej wody, więc musiałam czasem nabierać jej na spory zapas. Ciało chybotało się na boki przy każdym kroku, kolana trzeszczały, plecy chwilami błagały o litość, a wieczorami wyjadałam zapasy nie z głodu, ale po to, by choć trochę zmniejszyć wagę bagażu. Ale to oznaczało, że mogę się zatrzymać tam, gdzie chcę (w Norwegii tak można, przeczytacie o tym TU), choćby to była plaża, albo szczyt góry (z obydwu możliwości skwapliwie skorzystałam). Że mogę iść dowolnym tempem i spontanicznie zmieniać plany, przeczekiwać godzinami deszcz, drzemiąc w namiocie, a potem wykorzystywać przebłyski lepszej pogody na marsz, nigdzie się nie spieszyć, znikąd w pośpiechu nie uciekać. No przecież bosko! Moim skromnym zdaniem nie ma lepszego sposobu na wakacje, niż właśnie łazęga z namiotem. Jednocześnie mam świadomość, że dla większości ludzi coś takiego to raczej byłaby katorga niż świetny urlop. Ale wszak podobnych do mnie wariatów też nie brakuje. I o tym, co warto ze sobą na taką łazęgę zabrać, będzie ten post.

1. Namiot

Rzecz jakby podstawowa. Namioty są, proszę szanownych Państwa, różne. Najpopularniejsze są chyba campingowe, a camping z założenia wygląda tak, że gdzieś tam sobie podjeżdżamy samochodem, wyciągamy z bagażnika namiot, rozbijamy go i on tak sobie potem stoi parę dni, czy tygodni. Nikt go nawet nie próbuje wsadzać do jakiegoś plecaka. W związku z czym , namiot campingowy ma być z założenia łatwy w rozkładaniu i zapewne jak najtańszy, ale już totalnie niekoniecznie lekki czy kompaktowy. Nie wiem, czy wiecie, ale istnieją namioty nazywane dwusekundówkami, a to od tego, że rozkłada się je... no może nie w dwie, ale w kilka sekund. Jako ciekawostkę możecie zobaczyć je TUTAJ, ale w góry to tego raczej nie bierzcie. Na dłuższe wędrówki potrzebujemy czegoś, co zmieści nam się do plecaka i nie będzie stanowiło połowy jego wagi, a te wymogi spełniają namioty trekkingowe. Prędkość, jak i łatwość rozkładania schodzą na dalszy plan.



Namiot Rudej:
- Na Lofoty potrzebowałam namiotu jednoosobowego, wybrałam namiot z Decathlonu Trek900 ultralight (link TUTAJ). Waży on niewiele ponad półtorej kilo i, o dziwo, nie mam większych problemów ze spakowaniem go do pokrowca (piszę "o dziwo" dlatego, że zwykle pokrowce na namioty są tak bardzo na styk, że trzeba się nakombinować i napocić, żeby je dopiąć). Wielkość pakunku to 40 cm. Zarówno stelaż, jak i szpilki są wykonane z lekkiego aluminium. Rozkładanie nie jest może do końca intuicyjne, więc przed wyjazdem je sobie przećwiczyłam, a potem już codziennie robiłam to sprawnie i bezproblemowo. Namiot nigdy mi nie przemókł, choć uporczywy, wielogodzinny deszcz jest w Norwegii częstym towarzyszem i bardzo szybko wysychał. Jedyny zarzut, jaki do niego mam, to ociupinkę mało miejsca - olbrzymi plecak nie mieścił mi się w przedsionku, wkładałam go więc do środka i zwykle spałam z nogami na nim. Z mniejszym bagażem to jest idealna jednoosobówka, z moimi dziewięćdziesięcioma litrami - prawie idealna. ;)


- mam też namiot campingowy 2-osobowy (najtańszy model z Decathlonu, podobno hit Woodstocka), przydaje się np. na wyjazdach w skały, ale na noszenie przez kilka dni w plecaku jest zdecydowanie zbyt ciężki i za duży po spakowaniu. Mój model już wychodzi ze sprzedaży, jego nowa wersja TUTAJ.


2. Plecak

Tu kwestią podstawową jest litraż. Ja potrzebuję dużo, bo jeżdżąc do krajów, w których jest drogo, zabieram całe żarcie ze sobą (o żarciu będzie niżej). Z ciuchami się z kolei nie umiem za bardzo ograniczyć. No muszę mieć drugą bluzę, drugie spodnie, trochę więcej niż jedną koszulkę na zmianę. Więc po porady o light-and-fast to nie do mnie. W każdym razie, o ile na pierwszym wyjeździe pod hasłem "człowiek-żółw" wystarczyło mi jakoś 65 litrów, o tyle na ostatni z dotychczasowych ledwo spakowałam się w 90. Więcej ze sobą zabrać i nosić uważam za niewykonalne i nie planuję, ale wypchaną po brzegi dziewięćdziesiątkę pewnie jeszcze kiedyś uskutecznię. Drugim istotnym aspektem jest system nośny, ale raczej nie spotkałam się, żeby plecak o litrażu powyżej 40 takowego nie miał.


Plecak Rudej:
- Poza wspomnianymi litrażowymi potworami mam też mniejszy plecak, Deuter 40+10, który sprawdza się przy jakichś małych nielegalnych tatrzańskich biwaczkach, ale szczerze mówiąc nie przepadam za nim. Jakoś tak zawsze bolą mnie od niego plecy. Zaletą jest to, że używam go już ładnych parę lat i nic się nie zniszczyło, poza tym, że lekko zmienił kolor. No i mógłby być trochę niższy, a szerszy. Tego dokładnie modelu chyba nie ma już w sprzedaży, podobny macie TUTAJ.


- Obydwa moje większe plecaki są polskiej marki Wisport i zdaje się, że też są już powoli wycofywane, bo na stronie producenta ich nie znalazłam. W niektórych sklepach internetowych można je jednak znaleźć. Mniejszy to Wisport Quickpack 65 (TAKI), a większy: Wisport Mosquito Max (TAKI). Ich największą zaletą jest chyba cena - za większy dałam mniej niż 500 zł, podczas gdy ceny plecaków innych marek w tym litrażu raczej oscylują bliżej tysiąca. Drugi mega plus to wytrzymałość, są wykonane bardzo solidnie. Wprawdzie w jednym poszedł mi już suwak w którejś kieszeni, ale ktoś dał mi cynka, że mogę go wysłać do producenta celem naprawy. Zapłaciłam tylko za przesyłkę, naprawili za darmo, pisząc, że to w ramach gwarancji, choć nie okazałam paragonu (a nawet go nie miałam, bo akurat chodziło o mniejszy plecak, który odkupiłam od kogoś). No i kocham ich system nośny! Ciężar naprawdę fajnie rozkłada się na ciele, a długa wędrówka nie przeradza się po paru godzinach w katorgę. W przypadku Quickpack'a 65 producent zapunktował też dołączonym pokrowcem. Do Mosquito Max niestety musiałam sobie dokupić (McKinley 70-80 l).

Wisport Quickpack 65 oraz najcieplejszy z mych śpiworów

3. Śpiwór

Wybierając śpiwór musimy zwracać uwagę na podaną na nim temperaturę. Zazwyczaj producenci podają trzy parametry: temperaturę komfort, graniczną i ekstremalną. Tak naprawdę powinna nas interesować tylko temperatura komfort - jeśli śpiwór ma T-comfort określoną jako 0 stopni, to oznacza to, że powinno nam być w nim ciepło, kiedy temperatura otoczenia wynosi właśnie tyle. Temperatura graniczna, to taka temperatura otoczenia, przy której będzie nam już w tym śpiworze lekko zimno, ale powinno nam się udać jeszcze zasnąć. Ekstremum to kwestia przetrwania i nie popadnięcia w hipotermię, o spaniu nie ma raczej mowy. Wybierając się na wakacje pod namiotem, musimy zatem wziąć pod uwagę to, jakich temperatur oczekujemy w określonym regionie nocą. Chociażby w Tatrach, w środku lata, na większych wysokościach zdarzają się przymrozki. Ja osobiście jestem wyznawczynią podejścia, że lepiej mieć ze sobą za ciepły śpiwór, niż za cienki, bo jak mi będzie za gorąco, to rozepnę suwak, albo w ogóle tylko się przykryję. Za to jak będzie mi za zimno, to niewiele da się zrobić.
Druga istotna kwestia, to oczywiście waga i wielkość śpiwora. Parametry te nie mają może większego znaczenia, gdy jedziemy samochodem na pole namiotowe, ale gdy zamierzamy się przemieszczać, nosząc ze sobą całe wyposażenie - nagle nabierają znaczenia zasadniczego. Dlatego na wędrówki lepiej wybierać śpiwór wypełniony puchem, a nie syntetykiem. Śpiwór puchowy zawsze będzie dużo lżejszy od swojego syntetycznego odpowiednika o tym samym zakresie temperatur. Dodatkowo puch się świetnie kompresuje, więc o wiele łatwiej jest go spakować.


Śpiwór Rudej (wszystkie moje śpiwory są puchowe):
- Śpiwór, którego używam najczęściej, to decathlonowy Forclaz Helium 0 stopni komfort (pisałam o nim TUTAJ), nie ma go już w sprzedaży, jego obecny odpowiednik macie TUTAJ. Sprawdza się latem na jakichś tam górskich biwaczkach (w górach noce rzadko bywają upalne), zabrałam go też na pierwszy wyjazd do Norwegii.
- Potem był wyjazd w Alpy, gdzie biwakować mieliśmy u stóp przeszło czterotysięcznego Matterhornu, jak też jedną bądź dwie noce dużo wyżej - na Plateau Rosa, przy drodze na Breithorn. Korciło mnie wzięcie lekkiego śpiworka, ale nie odważyłam się. Z drugiej strony nie chciało mi się taszczyć posiadanego przeze mnie od paru lat śpiwora typowo zimowego z komfortem -19 stopni. Zakupiłam zatem coś pomiędzy, a mianowicie śpiwór Cumulus Alaska 900 (czyli TAKI), o temperaturze komfort -10 stopni. Wybrałam go w dużej mierze ze względu na stosunek wagi do zakresu temperatur, który w tym modelu jest wyjątkowo korzystny (jak na tak ciepły śpiwór waga jest niewielka). Gdy pakowałam się na Lofoty, miałam ogromny dylemat, który śpiwór zabrać i ostatecznie... cóż, prawdopodobnie przegięłam, ale zabrałam "Alaskę". Jest cięższa od mojego decathlonowego śpiwora o jedyne 300 gramów, a przynajmniej nie musiałam ani trochę obawiać się, że za tym kołem podbiegunowym zmarznę. Gdybym jechała jeszcze raz o tej samej porze roku - zdecydowanie wzięłabym cieńszy śpiwór. Z drugiej strony nie żałuję jednak jakoś bardzo tego, że wzięłam grubszy - po kilku godzinach moknięcia i przyjmowania uderzeń wiatru na szlaku, miło było się zakopać w naprawdę puszystą pierzynkę.
- No i mam jeszcze śpiwór Cumulus Alaska 1300 (TAKI), o którym napomknęłam powyżej. Spałam w nim zimą, bez namiotu, wysoko w Tatrach, przy kilkunastu stopniach mrozu i naprawdę było ok.


4. Materac / karimata

Osobiście w tym zakresie preferuję rozwiązania, które da się schować do plecaka, gdyż: a) łatwiej toto zapakować do samolotu, b) nie ma ryzyka, że przyczepione na zewnątrz gdzieś po drodze odpadnie i się zgubi, c) nie zdradza niecnych planów (jak idę spać gdzieś, gdzie nie wolno), d)odpada problem zahaczania matą o kosówkę albo skały. Z drugiej strony karimata bywa oczywiście rozwiązaniem wygodnym - jest leciutka, a jej rozłożenie i złożenie to sekundy roboty. Z kolei plusem pompowanego materaca, bądź maty samopompującej jest większa wygoda, co zaczyna mieć znaczenie, gdy planujemy więcej niż dwie noce w terenie.



Materac/karimata Rudej:
- Celowo nie dałam w nagłówku maty samopompującej, gdyż takowej nie posiadam. Kiedyś wpadł mi w ręce materac Forclaz (pisałam o nim TUTAJ, już nie ma go w sprzedaży, obecny zbliżony model to TEN) i tak go sobie używam z powodzeniem już parę lat. Jest dość kompaktowy, wagę też ma akceptowalną, jedyna istotna dla mnie wada, to brak izolacji, ale przed wyjazdem na Lofoty wykombinowałam sobie rozwiązanie tego problemu. Wymyśliłam, że cudnie byłoby zakupić coś w rodzaju ceraty izolującej, przy czym nie miałam pojęcia, czy coś takiego w ogóle istnieje i jest dostępne na rynku. Przeczesałam internety i okazało się, że owszem, a następnie nabyłam na allegro za jakieś grosze (moja cerata była duża, wielkości podłogi namiotu dwuosobowego, więc po prostu przecięłam ją na pół). Waży toto nic, a upchać można nawet do bocznej kieszeni plecaka.
- Karimatę mam z Decathlonu, są tam dostępne dwie grubości karimat - ja mam tę grubszą (TAKĄ), bo kupowałam ją na zimę (spokojnie się sprawdza) i nigdy jakoś nie uzupełniłam swojej outdoorowej szafy o cieńszy model. Uwaga - na samym początku swojej biwakowej przygody śmigałam z matą... do ćwiczeń. Byłam zielona w temacie (nota bene moja mata też była zielona... nie w temacie, tylko tak ogólnie), nie znałam się na tym, weszłam do sklepu, znalazłam jakieś maty, no i kupiłam. Taka mata się oczywiście (choć dla mnie to wtedy oczywiste nie było) nie nadaje, nie ma izolacji i jest zbyt delikatna, w związku z czym bardzo szybko się niszczy.

5. Poduszka

Nie jest to rzecz absolutnie konieczna, bo w sumie całkiem wygodnie się śpi na zapasowych ciuchach upchanych np. w worek od śpiwora, ale jeśli nie bierzemy ze sobą zapasu ubrań, bo np. planujemy tylko jeden nocleg, to można sobie wziąć poduszkę dmuchaną. Lekka i kompaktowa, a zawsze to coś pod głową.


Poduszka Rudej:

- kiedyś używałam rogala, na którym na zdjęciu śpi Rejczel, teraz mam TAKĄ

6. Kijki trekkingowe

Na Lofoty zapakowałam je w ostatniej chwili, miałam nie brać, bo tyle się tych klamotów nazbierało, że chciałam zrezygnować choćby z tego jednego balastu. Tyle, że dowiedziałam się, że kolega bierze i stwierdziłam, że nie zdzierżę patrzenia z zazdrością, jak on sobie pomaga kijkami, podczas gdy ja nie mam czym. Wzięłam i nie wiem, jak poradziłabym sobie bez nich. Przy dźwiganiu większego plecaka kijki są moim zdaniem nieocenione. Z kolei w góry latem kijków raczej nie biorę, choć to też zależy od trasy - gdy  zamierzam iść szlakiem (lub poza), gdzie trzeba będzie dużo sobie pomagać rękoma, raczej zostawiam je w domu, żeby nie musieć ich nosić przytroczonych do plecaka.

Te akurat pożyczone :)

Kijki Rudej:
 - Parę lat temu zakupiłam tani model w Decathlonie, nie najtańsze, bo tamte akurat nie wyglądały rokująco, ale te ciut droższe (obecny odpowiednik to chyba TEN model), używam stosunkowo często, jestem zadowolona.

7. Czołówka

Mam tak głęboko wryte w banię, że latarkę w terenie trzeba mieć ze sobą zawsze, że choć wiedziałam, że na Lofotach w czerwcu trwa dzień polarny i cały czas jest jasno, to i tak wzięłam ze sobą czołówkę. Kolega zresztą też. Gdyby trzeba było wezwać pomoc w pochmurny dzień, czy coś. Ogólnie co to jest czołówka i do czego się przydaje, wszyscy chyba wiedzą. Kupując tego typu latarkę warto zwracać uwagę na moc światła wyrażoną w lumenach, tryby świecenia (fajna jest opcja czerwonego światła, które podobno nie daje po oczach i można go używać np. w namiocie czy schronisku bez ryzyka pobudzenia towarzyszy), jak też takie bajery, jak chociażby wodoszczelność.


Czołówka Rudej:
- używam Petzl Tikkina, ale niestety nie polecam. Świeci tylko w dwóch trybach, w obydwu szału nie ma. Obecnie czaję się na TO cudo (miałam w rękach, rewelacja!).

8. Camelback (bukłak na wodę)

Tu krótkie wyjaśnienie, bo nie każdy musi wiedzieć, co to jest, albo inaczej to nazywa (spotkałam się na przykład z określeniem... "pęcherz wodny"). Camelback to taki worek na wodę bądź napój, połączony z rurką. Worek umieszcza się w plecaku, rurkę wyciąga się na zewnątrz i przymocowuje np. gdzieś przy pasie piersiowym, żeby się nie śmajtała. Dzięki temu można pić, kiedy się chce, bez konieczności robienia przystanków na wyciągnięcie butelki z plecaka (a potem schowanie jej). Długo wzbraniałam się przed tym rozwiązaniem, dziś już sama nie wiem czemu. Nosiłam przełożony przez ramię taki pokrowiec na butelkę (TAKI, są też inne rozmiary) i twierdziłam, że to mi wystarcza. Aż w końcu ktoś mi podarował camelback i postanowiłam raz wypróbować to ustrojstwo. Jakość życia w drodze wskoczyła na nowy level.

Tu jeszcze z (wtedy nieodłącznym) pokrowcem ;)

Camelback Rudej:
- model z Decathlonu, obecnie nie widzę dokładnie takiego na stronie (widzę TAKI - są dostępne też o pojemności 1l i 3l). Wbrew moim obawom, worek jest bardzo wytrzymały i pomimo upychania go w dość przeładowanym plecaku, nigdy nie pękł. Nie zdarzyło się też, by przeciekał. Natomiast dość szybko uszkodził się ustnik i woda zaczęła kapać, ale nie oznacza to, że cały camelback jest do wyrzucenia - ustnik wraz z rurką (albo sam ustnik) można wymienić.

9. Kuchenka, menażka, sztućce, kubek

Ekwipunek zazwyczaj konieczny podczas dłuższych łazęg (zwłaszcza tych w oddaleniu od cywilizacji), bo zawsze to miło wrzucić sobie do brzuszka coś innego, niż batony albo kabanosy, a i herbaty czy kawy człowiek się raz na jakiś czas chętnie napije. Dodatkowo gotowanie wody jest jednym ze sposobów na uzdatnianie jej do picia.


Rzeczy kuchenne Rudej:
- Kuchenkę mam marki Primus, kupiona w Decathlonie, obecnie niedostępna w tym sklepie (ale są inne, np. TAKA). Wybierając kuchenkę, zwracajcie uwagę, na to, jakie kartusze do niej pasują (wkręcane, czy wciskane) - nie wszystkie rodzaje są dostępne w każdym sportowym sklepie, a przede wszystkim - za granicą, co jest ważne, bo kartuszy nie wolno przewozić samolotem. Wedle mojej wiedzy bardziej uniwersalne są wkręcane.
- Menażkę mam TAKĄ, oprócz garnuszka z rączką i przykrywką, w zestawie jest też plastikowa miseczka oraz zestaw sztućców. Jest to menażka jednoosobowa, oczywiście są dostępne też większe, chociaż myślę, że nawet, jeśli jedziemy gdzieś we dwójkę, to lepiej zabrać jedną mniejszą wraz z jedną kuchenką i ugotować wodę dwa razy, niż dźwigać dwa zestawy, ale co kto lubi.



- Kubki metalowe, przytroczone do plecaka klawo wyglądają, zwłaszcza, że obecnie dostępne są przeróżne śliczne, artystyczne kubaski, ale... po pierwsze śmajtają się na boki i stukają, po drugie - kurzą się, a jak chcemy schować te pięknoty do plecaka, to zajmują sporo miejsca. Fajnym rozwiązaniem są silikonowe kubki, które się składa, czyli coś TAKIEGO.


10. Bidony

Bez wody ani rusz. Jeżeli w pobliżu naszej wędrówki są strumyki, jeziora albo chociaż sadzawki, bądź płaty śniegu - jesteśmy uratowani i wystarczy, że mamy ze sobą coś do uzdatniania wody (a w przypadku śniegu kuchenkę), a już nie musimy dźwigać jej zapasu. Gorzej, jeśli planujemy wędrówkę szczytami gór, gdzie nie biją żadne źródła, albo np. wzdłuż brzegu morza, gdzie wody jest niby pod dostatkiem, tyle, że słonej. Można przed wyjazdem kupić wodę w plastikowych butelkach i potem się tymi butelkami posiłkować przez cały urlop, jasne. Tylko, że takie butelki zgniatają się, przez co tracą objętość, a czasem nawet dziurawią przy np. upadku. Ja w każdym razie wolę zabrać ze sobą dwie albo trzy butelki wielorazowe. Niekoniecznie wyłącznie plastikowe - jedną mam metalową, żeby móc do niej przelać wodę od razu po przegotowaniu (gdy np. topię śnieg).



Bidony Rudej:
- ostatnio używałam m.in. TAKIEGO i TAKIEGO.

11. Termos

Latem raczej nie używam, zimą to rzecz niezbędna. I nawet nie chodzi o to, by napić się czegoś gorącego, ale by w ogóle się czegoś napić, zamiast polizać lód.

Termos Rudej:

- Decathlonowy, a jakże, litrowy, TEN model. Trzyma dobrze, nie mam zastrzeżeń. Mam też taki malutki termos z tego sklepu (zdjęcie niżej), ale z niego akurat nie jestem specjalnie zadowolona.


12. Jedzenie

Trzy razy wyjechałam za granicę na około 10 dni, jedząc prawie tylko to, co przywiozłam (poza małymi grzeszkami, takimi jogurt ze świeżą bułką, czy pizza ostatniego dnia), tak więc - da się. Cały sekret tkwi w trwałości zabieranych produktów oraz sproszkowanej formie jak największej ilości z nich.



Jedzenie Rudej:
Zwykle stawiam na:
- Żywność liofilizowana jako podstawa wyżywienia, jeden porządny posiłek w ciągu dnia (o tym, czym są liofy i co odróżnia je od zupek chińskich pisałam TU). Pokutuje opinia, że liofy to fujka. Owszem, bywają takie, po których spróbowaniu człowiek nagle przestaje być głodny. Ale są też liofy na tyle dobre, że wizja przeżycia na nich ponad tygodnia nie przyprawia o nudności. Ba, są nawet takie, które smakują na tyle dobrze, że ja, będąc kuchennym leniwcem, chętnie kupowałabym je, gdyby były odrobinę tańsze i serwowała sobie czasem na obiad w domu, gdy totalnie nie mam chęci stać przy garach. Z liofilizatów, które wypróbowałam, te które polecam, to: Lyo Food oraz Summit to Eat. Dodatkowo smaczne bywają liofy z Decathlonu, np. ichniejsza carbonara (której już chyba nie produkują) albo kurczak curry (natomiast uczciwie przestrzegam przed bolognese, bo to jakaś smakowo-konsystencyjno-wyglądowa pomyłka).


- Owsianki, ryżanki (ewentualnie też jaglanki, ale ja nie cierpię smaku kaszy jaglanej) smakowe instant, kupowane w dyskontach spożywczych (czasem są w woreczkach, czasem w kubeczkach - te drugie przesypuję sobie w domu w jednorazowe woreczki). Dobra jest też bananowa ciapa z Decathlonu, choć przyznam, że trochę droga.
- Na krótsze wędrówki, albo jako uzupełnienie oczywiście zupki chińskie, czy inne gorące kubki - lubię wrzucać do nich ser żółty, który nota bene podobno da się zetrzeć na wiórki i ususzyć, dzięki czemu się długo nie zepsuje, ale jeszcze tego nie próbowałam.
- Oprócz tego: placki do tortilli (nie kruszą się, nie czerstwieją, długo wytrzymują), kabanosy, suszone owoce, batony proteinowe, muesli i zwykłe, orzeszki ziemne, jakieś pasztety czy konserwy w małych opakowaniach (żeby opróżnić je za jednym razem)

13. Filtr do wody

Nie zawsze w czasie dłuższej wędrówki można sobie nabrać zapasu wody z kranu, czy ze źródła. (Nie)szkodliwość picia wody bezpośrednio ze strumieni jest dyskusyjna - zwykle każdy pije, zachwala i mówi wszystkim, że jeszcze od tego nie umarł, dopóki pierwszy raz nie dostanie sraczki. Filtr umożliwia oczyszczenie wody z prawie każdego zbiornika, nawet jeśli jest to niewielka, stojąca sadzawka. Oczywiście, wodę zawsze można przegotować i wtedy filtr niepotrzebny, tyle że ja uważam gotowanie za czynność czasochłonną i niezbyt wygodną, chociażby z tego względu, że ugotowaną wodę musimy ostudzić, zanim przelejemy ją do plastikowej butelki, a tym samym poczekać z gotowaniem następnej porcji. Filtr z kolei też jakiś mega wygodny nie jest - wodę trzeba przez niego przecisnąć, do filtra dołączony jest taki zgniatany butelko-worek. Przeciskanie też zabiera trochę czasu, a ponadto, jeśli filtrujemy wodę bardzo zimną, to grabieją od tego ręce. Są też butelki z filtrem, tu odchodzi problem z przeciskaniem wody, ale za to nie możemy jej sobie przefiltrować na zapas. Uwaga - podobno taka przefiltrowana woda jest uboga w składniki mineralne i słabo nawadnia, więc trzeba do niej wrzucić jakiś izotonik albo elektrolity. Nie wiem, ile w tym jest prawdy, ale ja na wszelki wypadek zawsze ją sobie czymś ulepszam.

Filtr Rudej:
- Posiadam filtr Sawyer Mini (TAKI), który ma moc przerobową 380 tys. litrów wody, czyli jest nie do zajechania, jeśli chodzi o użycie turystyczne przez jedną osobę. Tyle, że raz na jakiś czas trzeba go przeczyścić, wstrzykując do niego czystą wodę w kierunku przeciwnym, niż kierunek filtrowania (strzykawka była w zestawie). Chroni przed wszelkimi drobnoustrojami o wielkości minimum 0,1 mikrona. Poza zgniataną butelką, na którą zresztą można nakręcić filtr i pić bezpośrednio, jest też dołączona słomka.

14. Tabletki do uzdatniania wody

- Rozwiązanie jeszcze wygodniejsze od zarówno gotowania, jak i filtrowania, bo wystarczy wrzucić małą pastylkę do butelki, odczekać odpowiednią ilość czasu i voila - pićku gotowe. Warto dodać tylko coś smakowego, by nie jechało chlorem.

Tabletki Rudej:
Na Lofotach jechałam wyłącznie na tabsach (poza nielicznymi okazjami do nabrania wody z kranu), wtedy jeszcze pożyczonych od kolegi, potem kupiłam sobie zapas na allegro - nazywają się Javel Aqua.



15. Powerbank

Gadżet teraz dość popularny i noszony często w torebkach, kieszeniach, czy plecakach nawet po mieście. Tyle że na dłuższy wyjazd potrzebujemy powerbanka o trochę większej pojemności, niż taka, która zapewni jedno podładowanie telefonu.

Powerbank Rudej:
- Xiaomi 20000mAh - niestety to jest już cegiełka, ale dzięki temu przez parę dni nie muszę się martwić o kontakt ze światem, cpyknięcie parudziesięciu zdjęć dziennie, czy wieczorne przejrzenie fejsbunia. Na cały wyjazd niestety przy mojej intensywności użytkowania telefonu nie starcza i trzeba chociaż raz dopaść jakąś stację benzynową z kafejką albo inne miejsce z ogólnodostępnym gniazdkiem. Do pełna ładuje się... mniej więcej całą noc.


16. Bateria słoneczna

 - Albo żeby nie musieć koczować na stacji benzynowej, czy innym przybytku łaskawie oferującym prąd, można sobie zakupić i wziąć ze sobą takie właśnie cudo, jakim jest bateria słoneczna. Można ją sobie nawet przypiąć do plecaka i ładować sprzęty idąc. Tylko, że... musi świecić słońce. Co na Lofotach przez cały pobyt zdarzyło się na tyle intensywnie, żeby bateria zaczęła działać dokładnie jeden raz. ;)

Bateria słoneczna Rudej:
- Kupiona na Ali Express, nazywa się Blitzwolf. Początkowo działała bez zarzutu, ale ostatnio mam wrażenie, że trochę szwankuje (nie zawsze ładuje, gdy świeci słońce, czasem znienacka przestaje ładować). Przed kolejnym większym wyjazdem raczej kupię nową (myślę nad ).

17. Ręcznik z mikrofibry

Przed pierwszym w życiu noclegiem w schronisku spakowałam do plecaka dla siebie i ówczesnego towarzysza życiowego dwa ręczniki, takie normalne, frotte. Niewiele więcej się w tym plecaku zmieściło. Sama nie wiem, co i kiedy olśniło mnie, że istnieją cienkie, lekkie i kompaktowe ręczniki z mikrofibry i że w dzisiejszych czasach na wyjazdach nie wypada używać innych. Kupić można chociażby w Decathlonie.

18. Turystyczna torebka

Kiedyś nosiłam nerki, ale jednak niezbyt lubię, albo jeszcze nie trafiłam na taką, która by mi pasowała. Za to jakiś czas temu kupiłam sobie TAKĄ torebkę (moja ma inny kolor) i raczej zawsze zabieram ją ze sobą, bo mam w jednym miejscu dokumenty, pieniądze (mały portfelik kupiłam w Sinsayu za dyszkę, cały czas są tam takie), leki, chusteczki, ewentualnie też żel do dezynfekcji, czy jakieś pierdoły, które nie powinny latać luzem po plecaku, bo się zgubią (np. zapalniczka). Jak wsiadam do autobusu, to plecak idzie do luku, a torebka z tym, co najważniejsze wsiada ze mną do środka. Jak wędruję, to raczej wkładam ją do plecaka, choć to już zależy od sytuacji.

19. Kompaktowy zapasowy plecak

Czasem jest tak, że część gratów można gdzieś zdeponować (położyć plecak w jakiejś dziurze, rozbić namiot gdzieś niżej itd.), a na szczyt uderzyć na lekko. No, tylko, że to na lekko, to tak nie do końca, bo nie zostawimy w niestrzeżonym namiocie aparatu, czy innej cennej elektroniki, pasowałoby też zabrać wodę, może też kurtkę od deszczu. Można próbować wszystko na sobie pozawieszać, albo upchać w kieszeniach. Można też na takie okazje nosić ze sobą kompaktowy plecak (np. TAKI albo TAKI), który nic nie waży. Ja często korzystam z tego rozwiązania i doradzam je jako taki nieoczywisty podróżniczy tip.




To tyle ode mnie, o ile o niczym nie zapomniałam. ;) Jeśli macie swoje wędrowniczo-biwakowe must have'y, to wpisujcie je w komentarzach! :)



2 komentarze:

  1. Czy myślałaś kiedyś żeby zamiast pisać bloga spróbować zrobić vloga?

    OdpowiedzUsuń
  2. Mój must have to krem z łojem jelenia z Rossmana. Stopy rano jak nowe. No i zatyczki do uszu.

    OdpowiedzUsuń